Motocykl poleca:

Harley-Davidson FLSTF Fat Boy

Poleć ten artykuł:

Harley-Davidson Fat Boy. Gdy miał roczek, zadebiutował w Hollywood. Dosiadał go sam Arnold Schwarzenegger. Jak na gwiazdę filmową przystało, przeszedł operację plastyczną. Zmieniono mu serducho, na nowo zaprojektowano kilka detali. Choć nigdy do mięczaków nie należał, dopracowany przez lata, teraz stał się sprzętem dla niegrzecznych chłopców.

Zobacz całą galerię

Potężny Fat Boy z Terminatorem T- -800 w siodle wyłamuje ogrodzenie mostu i leci na dno kanału. Motocykl twardo spada na koła, spod silnika sypie się snop iskier. T-800 z zaciętym wyrazem twarzy w okamgnieniu opanowuje sytuację i rusza na ratunek młodemu Johnowi Connorowi. Gdy na początku lat 90. po raz pierwszy oglądałem „Terminatora 2”, kopara opadła mi do ziemi. Efekty specjalne z udziałem motocykli zwalały z nóg. To nic, że jadący na maleńkiej crossówce młody Connor tak często zmieniał biegi, że skrzynia musiałaby mieć ich z 15. Nie miało znaczenia, że scenę skoku nakręcono, podwieszając Harleya stalowymi linami do specjalnego dźwigu, a w siodle zamiast Arnolda Schwarzeneggera siedział jego dubler. Wynik i tak był porażający. Gdy wracałem wtedy z kina, oczywiście nie miałem zielonego pojęcia, że za kilkanaście lat będę, jak Arnold, siedział za kierownicą lśniącego chromem Fat Boya AD 2007.

 



Jest rok 2006. Naszą planetą (na razie) nie rządzą cyborgi, teleportację nadal oglądamy tylko w filmach science fiction, podobnie zresztą jak podróże międzyplanetarne. Jadę między starymi portowymi budynkami. Od ścian odbija się dźwięk V-twina. Brzmienie zdradza, że silnik do maleństw nie należy – jego pojemność to 96 cali3 (po europejsku – 1584 cm3), podzielonych na dwa cylindry. Zamiast gaźnika mamy wtrysk paliwa, a w układzie wydechowym ukryto sondę lambda. W tym Motocyklu wszystko jest ogromne, jak na służbowy pojazd Terminatora przystało. Szeroka, wygięta z masywnej rury kiera zmusza do szerokiego rozstawienia dłoni. Kanapa jest tak wielka, że po wizycie u rymarza z powodzeniem dałaby się przerobić na końskie siodło. 350 km, które pokonałem jednym skokiem, zupełnie nie czułem w kościach. Terminator tym bardziej by nie czuł. Dyskusyjny może być styl, w jakim pokonałem tę odległość, bo Fat Boy nie ma ani szyby, ani miniowiewki. Jazda setką trochę przypominała trening bokserski – walka z naporem powietrza była dość ostra. Przy większych prędkościach stopy opierałem na podnóżkach pasażera. Było nawet całkiem wygodnie, choć czułem się wtedy jak dżokej. Za swój sukces uznałem, że mimo iż wskazówka prędkościomierza raz po raz mijała 160 km/h, ręce nie wydłużyły mi się ani o milimetr. Aż przyjemnie było patrzeć, jak kierowcy z opadającą szczęką oglądają tylną oponę. Tylnego kapcia Grubemu Chłopcu może pozazdrościć niejeden supersport. Pod stalowym błotnikiem z trudem mieści się guma o szerokości 200 mm! Widok robi wrażenie, szczególnie na kolesiach przegrywających sprinty spod świateł. Bo są one ulubionym sportem Fat Boya. 120 Nm przy 3300 obr/min katapultuje bike’a. Jedynka, dwójka i ciągle jesteśmy na prowadzeniu. Wykorzystując efekt zaskoczenia przeciwnika, można prowadzić jeszcze przez kilkadziesiąt metrów. Później daje znać o sobie mała moc. Choć Fat Boy jest typem mięśniaka, w silniku drzemie tylko ok. 75 KM.


W przednim reflektorze, wielkości sporej wazy do zupy, jak w lustrze odbijają się portowe dźwigi. Powoli toczę się wzdłuż kanału. Motocykl ma 130 mm prześwitu i waży godne szacunku 313 kg. Widelec miękko wybiera kocie łby. Na większych nierównościach bike reaguje dobiciem zawiasów; tylne koło ma 103 mm skoku, przednie – 130. W takich sytuacjach po raz kolejny z opresji tyłek ratuje grube, wygodne siodło. Kto będzie jeździł po normalnych i równych drogach, nie będzie narzekał.
Nieco mnie zaskoczyło, że Fat Boy nieźle radzi sobie z koleinami. Nie miałem wrażenia, że przód maszyny żyje swoim życiem. Motocykl jest sztywny i prowadzi się precyzyjnie. Podobnie sprawa wygląda ze składaniem się w zakręty. Jeździsz bike’em dla macho, więc musisz być jak macho. Chwytasz kierę niczym byka za rogi, pochylasz i po sprawie. Wcale nie potrzeba do tego dużej siły, a szorujące o asfalt podłogi dadzą znak, żebyś dalej nie przeginał.


Gdyby Terminator był babą, też pewnie jeździłby Fat Boyem. Dlaczego? Bo zmiany wprowadzone w nowym wcieleniu tej maszyny rzeczywiście ułatwiają życie. Tak lekko działającego sprzęgła nie powstydziłby się żaden bike! Jest to tym fajniejsze, że częste wajchowanie klamką nie kończy się już zakwasami w lewym przedramieniu. Biegi wchodzą lekko i precyzyjnie. Tego jeszcze w Harleyu nie było. Czy cicho? Na pewno ciszej od poprzedników, niemniej w tej dyscyplinie konkurenci radzą sobie lepiej. Skrzynia zyskała szósty bieg, co jest dużym wydarzeniem. Po zapięciu najwyższego przełożenia w kokpicie zapala się kontrolka „zielona szóstka”.

Kolejnym objawem ucywilizowania kultowej maszyny (chwalę to rozwiązanie) są wałki wyrównoważające w silniku. Widlak pracuje niemal bezwibracyjnie. Czy to znak słabości nowego Harleya? Nie! Wreszcie, bez obawy o wypadnięcie plomb z zębów, można spokojnie czekać na zielone światło. Największy spalinowy wibrator zmienił się w motocykl, którym można bez obawy o chorobę wibracyjną pojechać na wakacje. Kto będzie lansował się Fat Boyem w mieście, doceni nowy system zabezpieczania przed kradzieżą.

Tagi: test | Harley-Davidson

Oceń artykuł:

4.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij