Motocykl poleca:

Honda CB 1300 S, Kawasaki ZRX 1200 R, Moto Guzzi V11 Scura R, Suzuki Bandit 1200 S

Poleć ten artykuł:

Czasem kamyk rozpoczyna lawinę. Tym razem była nim Honda CB 1300 S. Zaczęło się od wspomnień o jej pierwowzorze: „A pamiętacie CB 1100 R i jej starty w 24 godziny w Le Mans 30 lat temu?” Od słowa do słowa, wreszcie ktoś rzucił – jedziemy do Le Mans!
Zobacz całą galerię

Nie da się cofnąć czasu. Tę prawdę bezwględnie widać po obwodzie w pasie. W garderobie wszyscy biorą kombinezony w rozmiarze 52. Przecież wcześniej świetnie pasował. Dzisiaj trzeba sięgnąć po przynajmniej 54, bo dawni herosi dziś wyglądają w obcisłej skórze jak ściśnięte w środku długości kiełbasy. Jeszcze gorsze pytanie, które musi paść: A może stroje tekstylne? Są przecież dużo wygodniejsze, trasa długa, a przy pogodzie w środku kwietnia nigdy nie wiadomo... A może samochód? O nie, nigdy! Ambicja nie pozwala. Więc startujemy na dwóch kółkach. Wszak to one są powodem wyprawy do Francji. A szczególnie Honda CB 1300 S, następca modelu CB 1100 R – marzenie naszej młodości, hołd dla historycznych długodystansowych wyścigówek Hondy RSC i RCB (patrz ramka obok). A skoro już, to przy okazji sprawdzimy też konkurencję.



Suzuki Bandit 1200 S

Pachnie wiosną. Przy każdym starcie spod świateł ktoś podnosi przednie koło. Prawie jak za dawnych czasów. Nasze tekstylne garniturki są wprawdzie trochę nie w klimacie, ale cóż – wygrała rozwaga. Jest ciepło, więc skóry podróżują w samochodzie technicznym. Przebierzemy się najpóźniej za Paryżem.

Co do motocykli: wspomniana Honda CB 1300 S w klasycznych biało-czerwonych barwach, jak pierwowzór. Potężna, masywna. Naprawdę duży motocykl, ale mimo to bardzo elastyczny. Udana owiewka, fascynujące linie, trudno oderwać wzrok od zadartej tylnej partii z podwójnym diodowym światłem stopu. Wszyscy chętnie by jej dosiedli, ale w końcu szeryf ma swoje prawa.

Dalej: Kawa ZRX 1200 R – dziś już tak klasyczna, że sama robi za wzorzec. Potem Suzuki Bandit 1200, w wariancie S, z najobszerniejszą owiewką i dzięki nowemu lakierowi w dawnych tradycyjnych barwach. Jest bardziej dynamiczne niż kiedykolwiek dotąd. I jeszcze Moto Guzzi V11 Scura R – najostrzejsza broń z Mandello del Lario. Ma prawo uważać się za prawo- witego spadkobiercę wyścigowej tradycji Le Mans. Choćby dzięki Öhlinsom, czarno- czerwonemu lakierowi i niezwykle szerokiej kierownicy.


Kawasaki ZRX 1200 R


Wszystkie cztery olbrzymy mają wspaniałe rurowe ramy, na których mimo sporych zbiorników paliwa (około 20 litrów) bez trudu odnajdują się nawet panowie, których łatwiej przeskoczyć niż obejść. Dotyczy to też autostrady, chociaż za kusymi łupinami w Kawasaki i Moto Guzzi nieźle wieje, natomiast na Suzuki jest dość przytulnie. Zaraz, zaraz, stop. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nie ma nic wspólnego z maszynami turystycznymi, nie chodzi o taką przytulność. Wręcz przeciwnie, cały czas da się wyczuć powiew historii, jest on obecny nawet w odcinkach sprinterskich. Dawniej bardzo nam brakowało pojemności skokowej. Dlatego każde wyprzedzanie na naszych ówczesnych bike’ach oznaczało pracowite mieszanie biegami.

A teraz? Gaz i tyle. Tylko raz, tylko po to, aby wiedzieć, jak to smakuje, spróbować tej przyjemności. Uśmiech do wyprzedzanego i wiuuuu... już nas nie ma. Najzwinniej wychodziło to Hondzie CB 1300 S i Kawasaki ZRX 1200 R, bo mają najwyż- szy moment obrotowy, a Honda ma ponadto krótkie przełożenie. Jednak i Bandit 1200 S nie ma powodów do wstydu. Natomiast V11 Scura R z głośnym tłuczeniem dwucylindrowca i wibracjami trochę odstaje od czterocylindrowych bolidów. Wszystko tłumaczy rzut oka na wykresy osiągów i momentu obrotowego (patrz strona 38). Jakieś pytania?


Moto Guzzi V11 Scura R

Chyba tylko jedno – jak do Le Mans? Pojechaliśmy najpierw autostradą do Paryża (żeby nadrobić trochę czasu), potem szosą około 200 km na południowy zachód. Nie tylko dlatego, że to przyjemniejsze, lecz także dlatego, że w drodze na legendarne wyścigi zdarzyły nam się dwie fantastyczne rzeczy. Po pierwsze, nie byliśmy sami. Czterech tropicieli przeszłości, zbliżając się do Le Mans, stało się częścią ogromnej rzeki jednośladów, która miała jeden cel: wziąć udział w wielkim party. Po drugie, ludzie witali nas jakbyśmy ich wyzwalali z niewoli. I to mimo że prawie wszyscy (oprócz nas i 2-3 BMW) produkowali spektakl dźwiękowy, który całkowicie zagłuszał nawet wyrazisty gang CB 1300, a co dopiero szepty pozostałych.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij