Motocykl poleca:

Honda CBF 600 (cz. 1)

Poleć ten artykuł:

Maszyny w naszych testach długodystansowych nie mają łatwego życia, ale nikt im tego nie obiecywał – tylko „pot, krew i łzy”. CBF w ciągu każdego miesiąca testu nawijał na koła ponad 4500 km. Nie ma litości.
Zobacz całą galerię


Jestem Honda CBF 600. Od chwili, gdy przyodziano mnie w owiewkę i podłączono ABS, mówią na mnie SA, choć wolałabym, aby wołano na mnie „as”. Pod koniec czerwca wysłano mnie do kraju między Odrą a Bugiem. I zaczęło się – trafiłam w łapy ziomków z MOTOCYKLA. Gdy wspomnieli coś o teście długodystansowym (what the fuck is it?), nie wiedziałam, co jest grane, więc nie przejęłam się zbytnio. Tym bardziej że ledwo zrozumiałam ich gadkę. Teraz już wiem: praca, praca, do wyrzygu praca. Na szczęście, pracoholizm mi pasi. Goście mnie wkurzyli, więc postanowiłam, że się nie dam. Pomogła mi w tym domieszka włoskiej krwi, stamtąd właściwie pochodzę. Ale może od początku.


Moim ulubionym kolorem jest czarny, to zresztą widać. Błotnik, zbiornik, boczki, zadupek, silnik, kiera i felgi błyszczą, a przód wokół moich oczu czy – jak to mówicie – lamp jest matowy. Mam dzieloną kanapę – też czarną. Przy czym siodło jeźdźca można regulować w zakresie 15 mm. To ułatwia jazdę tym mniej wyrośniętym, no i amazonkom – co mnie szczególnie cieszy. Pod tylną częścią kanapy mam schowek, a tam – zestaw narzędzi, znajdzie się też miejsce np. na puszkę sprayu do łańcucha czy do naprawy opony lub na kilka innych gadżetów. Kokpit przypomina samochodowy – prędkościomierz i obrotomierz mają klasyczne wskazówki. Nowoczesnym akcentem jest cyfrowy zegar z licznikiem przebiegu dziennego. Po bokach ma on kontrolki kierunkowskazów, u góry zaś – długich świateł, oleju, luzu oraz rezerwy paliwa, która zaczyna błyskać, gdy w baku pozostaje 3,5 litra wachy. Usłyszałam kilka niecenzuralnych słów o tym, że nie mam wskaźnika poziomu paliwa. Ale przecie ż można bez niego żyć. W osobnych okienkach umieszczono po prawej wskaźnik temperatury cieczy, a po lewej kontrolka ABS-u. Całość jest czytelna. Lusterka mam dość szeroko, tak więc nie powinno być problemu z obserwacją tego, co za plecami.

 
Bujam się na 17-calowych felach. Tylna guma o szerokości 160 mm poprawia moje samopoczucie, z przodu mam 120 mm. Za hamowanie odpowiadają podwójne tarcze Sunstar o średnicy 296 mm i dwutłoczkowe zaciski Nissin, z tyłu zaś w tarczę o średnicy 240 mm wgryza się jednotłoczkowy zacisk. Do tego dołożyli mi ABS – to co prawda najprostsza wersja tego systemu, ale generalnie daje radę. Jednak w kilku przypadkach nieszczęście było blisko, np. kiedyś na dojeździe do świateł wjechałam na drobne nierówności w poprzek jezdni, na domiar złego cholera wie skąd zjawił się pieszy. Klamka zaciśnięta na maksa, a tu cisza – system centralnie zgłupiał. Wyszłam z tego cało, ale nie dzięki ABS-owi.

Mówią, że prowadzę się nieźle. Przecie ż muszę dbać o reputację. Zestrojenie zawiasów mam neutralne – wypracowano udany kompromis między sztywnością a komfortem. Dzięki temu płynnie pokonuję łuki, ale wiem, że nigdy nie będę królową winkli. Tym bardziej cieszy mnie, gdy mówią, że w czasie szybkiego śmigania po zakrętach zachowuję się wystarczająco stabilnie, podobnie jak gość z Hamamatsu – Bandit 650. Zdarzyło mi się w towarzystwie mocniejszych maszyn skosztować górskich serpentyn i stwierdziłam, że nie mam się czego wstydzić. Może nie jestem najszybsza, ale w tyle też nie zostaję. Jednak są dwa warunki – po pierwsze, w czasie jazdy z pasażerem napięcie wstępne tylnego amora musisz mi ustawić na maksa, bo dopiero wtedy ma wystarczające rezerwy. A po drugie, musisz mocno mieszać w 6-biegowej skrzynce. Silnik mam dość elastyczny, ale jak chcesz nadążyć, to nie ma zmiłuj – trzeba kręcić. Serducho, bo o nim tu mowa, przeszczepiono mi od starszej siostry – cebeery 600, zatem mog ę się pochwalić sportowym pochodze niem. Jednak mam nieco lepszy dół i mniejszą moc. Tak, to prawda mam 78 KM i trzeba mnie zakręcić aż do 10 500 obr/min, żeby je wszystkie zaprząc do pracy. Na osłodę dodam, że krzywa mocy przebiega niemal liniowo – bez żadnych załamań. 58 Nm momentu obrotowego uzyskuję przy 8000 obr/min. Żaden dresiarz w salonie się nade mną nie zatrzęsie, ale może to i lepiej. Wachę piję z podciśnieniowych gaźników o średnicy gardzieli 34 mm. Oczywiście, podobnie jak u siostry, o zdrowie dba układ chłodzenia cieczą. Mimo że osiągi nie rzucają na kolana, jeśli zajdzie taka potrzeba, potrafię pokazać innym owalną końcówkę wydechu. Jazda po autostradzie z trzycyfrowymi prędkościami zaczynającymi się od 2 nie przekracza moich możliwości. Jednak coś za coś – potrafię wtedy łyknąć nawet ponad 10 litrów. Wiem, to niemało. Ale podczas jazdy z prędkościami spacerowymi – jak mówią jedni – czy zgodnie z przepisami – jak mawiają kolesie ubrani na niebiesko – wciągam niecałe 5 l/100 km. I to przy pełnym obciążeniu – jeździec, pasażer i bagaż. Prawda jest taka, że bez sprzeciwu pojadę tak jak chcesz: odkręcisz – zaszalej ę, podziwiasz widoki – też dam radę i nie będzie wiru w zbiorniku.



Usłyszałam od kogoś, że jestem uniwersalna – to chyba dobrze, nie wiem do końca, o co chodzi. Nie jestem wybredna – dobrze się czuję w zatłoczonym mieście, bo jestem wąska i zwinna. Dowiezienie jeźdźca do roboty czy do szkoły nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Na autostrady też nie narzekam, myślę, że jeździec również nie powinien. Zapewniam wygodną pozycję za sterami. Regulowana szyba z pewnością uchroni przed urwaniem głowy, niestety jest trochę za wąska i wieje po ramionach. Oprócz tego słyszałam narzekania, że po przejechaniu w ciągu jednego dnia 1000 km moja kanapa nieco uwiera w cztery litery. Ale kto o zdrowych zmysłach robi takie dzienne przebiegi? Na szczęście z tylnego siodełka nie było słychać żadnych narzekań – kobiety chyba mnie bardziej lubią. Dla ułatwienia mam centralną nogę, która zanikła u większości dwukołowych ziomali. Moi dręczyciele twierdzą, że to ułatwia życie. Nie jestem żadnym supersportem i nie muszę szczególnie dbać o linię, więc tych parę kilo w tę czy w tamtą mi nie robi. Niestety, zebrałam bluzgi za to, że nie ma jak zabrać bagażu na dłuższy wypad we dwoje, tak jakby nie można było przypiąć mi jakichś twarzowych sakw. Nikt nie jest doskonały, więc nie zamierzam się tym przejmować. Poza tym, w ofercie z akcesoriami można zakupić taki bagażnik, trzeba tylko wyskoczyć z 494 zeta i już.

Zarobiona jestem po uszy, ale nie ma tego złego... Dzięki temu zwiedziłam spory kawałek Europy. Kolesie, z którymi się woziłam, mają chyba zryte berety. Byliśmy m.in. na Bałkanach – w Kosowie, w Macedonii, zgubiliśmy się w górach w Serbii. Powiało horrorem, gdy za winklem znienacka skończył się asfalt i nie było go przez kolejne 70 km... Odcinek enduro brrr – obrzydlistwo, zawiechy do dziś mnie bolą na wspomnienie. Ale było warto – później Grecja, plaża, słońce, równiutkie asfalty... Pełen wypas!

Chociaż nie przepadam za cyframi, wspomnę jeszcze o przeglądach. Pierwszy, po 1000 km, jest bezpłatny, pod warunkiem że wrócę do miejsca zakupu. W każdym innym przypadku trzeba wybulić prawie 420 zł. Gdy na liczniku pojawiło się prawie 6000 km, znów odwiedziłam serwis. Tym razem dolano mi dwie setki oleju, podciągnięto łańcuch i sprawdzono, czy się gdzieś nie rozkręcam. Kosztowało to niecałe 160 zł. I od teraz co 6000 km muszę odwiedzać serwis – po prostu lubię, jak wszystko gra. Następna wizyta czeka mnie po 12 000 km.

Być może, jeszcze w tym sezonie spotkamy się na trasie. Bo nie wierzę, że dadzą sobie siana. Wyglądają mi na takich, którzy nie odpuszczą, nawet jeśli zacznie sypać śnieg.

Tagi: Honda | CBF 600 | test długodystansowy | część 1

Oceń artykuł:

3.3

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij