Motocykl poleca:

Honda CRF 450R 2002

Poleć ten artykuł:

Na Hondę CRF 450R czekaliśmy z niecierpliwością. Zza oceanu docierały do nas pieśni pochwalne na jej cześć. Klimat Polski nieco różni się do kalifornijskiego, dlatego pogoda i tym razem pokrzyżowała nam plany. Tradycyjnie nie zawiódł natomiast Łukasz Kurowski, mistrz Polski w motocrossie i enduro. Oto raport z wielu godzin spędzonych na ziemi oraz w powietrzu za sterami CRF.

Zobacz całą galerię

W pilnie strzeżonych warsztatach Hondy od sześciu lat powstawał kompaktowych rozmiarów czterosuw do motocrossu. Wyzwanie, jakie rzuciła Yamaha swoim YZ 400 F, długo pozostawało bez odzewu. Rywale nie spieszyli się do podniesienia granatowej rękawicy. W listopadzie 2000 r. świat obiegły pierwsze zdjęcia Sebastiana Tortelliego, podczas mistrzostw Japonii testującego prototyp o kryptonimie CRF 450R. Po kilkunastu miesiącach od tego wydarzenia, jeźdźcy MOTOCYKLA jako pierwsi w Polsce dosiedli krwisto-aluminiowej sensacji.



Zacznijmy od przykrej dla Hondy wiadomości: odpał, mimo że odbywa się intuicyjnie, stanowi pewien problem. Przy temperaturze +8°C dopiero po 3-5 kopnięciach silnik budził się do życia. Powierzenie mechanikowi odpowiedniego ustawienia wolnych obrotów graniczy z sadyzmem. Na błotnistym torze, gdzie jazda wysoko piejącą sztuką odpada ze względu na przyczepność podłoża, ta dolegliwość Keihina objawia się przykrymi zdławieniami przy napadaniu na zakręt. Cóż, miało być inaczej, w stylu – „jeśli tylko potrafisz zapiąć kask crossowy, to witamy na pokładzie”. Teoretycznie, procedura rozruchu stanowi bowiem dziecięcą igraszkę. Po prostu kop & go! Oczekiwałem dobrodziejstw automatycznego dekompresatora wraz z dźwignią gorącego ssania umieszczoną na kierownicy, a w zamian otrzymałem kilkanaście lekkich ćwiczeń na wzmocnienie prawej nogi. Terenowe motocykle spod znaku czerwonego skrzydła słyną z wysokiej jakości wykonania i ogromnej trwałości. W aluminiowym czterosuwie dbałość o detale i precyzję montażu osiągnęła obłędną doskonałość. Wspólna dla rodziny CR kuracja odchudzająca w pierwszej kolejności dopadła „450”. Operacje takie jak zmniejszenie średnicy śrub czy odchudzenie klocków hamulcowych mogą wydawać się ekstrawagancją konstruktorów. W praktyce można je docenić już po paru metrach jazdy.

Zachwyt budzi kokpit. Chociaż śliski pokrowiec wraz z miękką kierownicą jak co roku porażają taniochą, zadbano o ich quasi- -ekskluzywny wygląd. Wprowadzona w tym sezonie do crossowych Hond aluminiowa rama trzeciej generacji jest optymalnie wąska. Umożliwia rewelacyjną kontrolę nad maszyną, jednocześnie zapewnia mnóstwo miejsca do pracy. Wszystkie elementy są na swoim miejscu, a tak neutralną ergonomię ciężko znaleźć w innej japońskiej konstrukcji. Kierownicę zamocowano na silentblockach, co redukuje średnio dokuczliwe wibracje. Sprzęgło działa lekko, z zawadiackim szarpnięciem przy ruszaniu. Do bestialstwa YZ 426 wiele mu jednak brakuje. Mocarny przedni hamulec daje się łatwo dozować. Tylnemu także nie można nic zarzucić, zwłaszcza że ma sporo pracy przy tej charakterystyce silnika CRF 450R.



Typowe dla czterosuwów hamowanie silnikiem tutaj jest tylko legendą, motocykl radośnie prze do zakrętu, aby tam przyczaić się do ataku. Prawdziwe oblicze pokazuje właśnie przy wychodzeniu z winkla oraz każdym przyspieszaniu. Dodaj lekko gazu i otwórz szeroko oczy, bo Honda CRF 450R rozpędza się szybciej, niż jakikolwiek inny czterosuw. Siła uderzenia z do- łu jest porażająca, lecz po otrząśnięciu z szoku pozwala się ona okiełznać. Żadnego zrzucania czy szaleństwa. Średni i górny zakres obrotów cierpliwie czekają na swoją kolej i systematycznie włączają się do akcji. Pomimo możliwości kręcenia silnika do 12 500 obrotów, Honda ma odczuwalnie krótsze od Yamahy i KTM- -a 520 SX pasmo efektywnej mocy. Wybornie działająca skrzynia biegów pozwala na szybkie dopasowanie się do tej cechy. Starty z trójki? Proszę tylko zapiąć pasy. Brakuje też charakterystycznego dla dużych czterosuwów czknięcia przy nagłym dodaniu gazu. Dziwiłem się, dlaczego na błotnistym torze w Strykowie kierownica tak ochoczo zaczyna trzepotać na boki. Po dłuższym zastanowieniu pojąłem, że między poszczególnymi sekcjami jechałem o wiele szybciej niż kiedykolwiek w tym miejscu. Z drugiej strony należy pamiętać, że sprężyny w przednim zawieszeniu są twardsze niż w CR 250R. Parszywe niedoloty kończyły się pomyślnie dla piszącego te słowa pilota. Tylny teleskop działa bez zarzutu, chociaż swoje zadanie najlepiej wykonuje podczas dynamicznej jazdy. Wtedy pewnie wybiera garby powstałe na zarówno na dohamowaniu do zakrętu, jak i przy wychodzeniu z niego.

Sterowanie CRF-em w powietrzu stanowi ogromną przyjemność. Motocykl jest ultralekki, daje się bez problemu przekładać na boki czy wyciągać z pochylenia. Tylko donośny ryk wydobywający się z tłumika po najlżejszym dodaniu gazu przypomina, że kierujemy czterosuwem.

CRF, gdy jest spinany do maksymalnego wysiłku, wymaga od jeźdźca ogromnej koncentracji oraz dobrego pojęcia o rzemiośle crossowym. Oczywiście, można nim jeździć na ryby lub na grzyby oraz zdominować mistrzostwa Polski. Gotowa do jazdy 450R waży odczuwalnie tyle, co zatankowana „250” 2T. Honda wyraźnie zdejmuje z napędzanej czystą etyliną rodziny brzemię narowistych, ociężałych kolosów. Z podniesionym czołem może zasiąść na tronie w swojej klasie. Warto było czekać sześć lat.

 

Tagi: test | Honda | CRF 450 R

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij