Motocykl poleca:

Honda FMX 650, KTM 640 LC4 SM, Suzuki DR-Z 400 SM, Yamaha XT 660 X

Poleć ten artykuł:

Wypasiony wygląd, sprawdzona technika i ceny, które nie ścinają z nóg – nadszedł czas supermoto, które ja wolę nazywać funbike’ami. I mam po temu swoje powody. W końcu supermoto to gałąź sfery funbike, czyli maszyn służących przede wszystkim do zabawy i do szaleństw.
Zobacz całą galerię

Wjazd do garażu. Nasz ostatni zakręt przed metą, ostatnia prosta. Pełna gotowość: przyhamować, odchylić się, wyprostować. Ostatni pisk opon, zanim brama pojedzie w górę. Jakby się umówili, Karsten, Micha i Sven już wcisnęli wyłączniki zapłonu. Kiedy jedziemy przez podwórko, tylko delikatne trzaski rozgrzanych układów wydechowych i grzechot łańcuchów rozbijają ciszę. Nikt nic nie mówi. Bo i po co? Wszyscy wiedzą: to był naprawdę dziki dzień!

Bo przecież na motocyklach supermoto – będących rezultatem dłubania w genach – nie mogło być inaczej. „Mieszanka cech charakteru odpowiadających za zabawę – pomyślałem – do tego duża domieszka off-roadu, sporo ze streetfightera, niewielka szczypta freestyle’u i niemały kawał sportu – to mi pasi”. Nie ty pierwszy to wymyśliłeś – powie ktoś. Jasne, ale wiedzieć a spróbować... Wszystkie cztery maszyny od pierwszego spojrzenia pokazują, że są z jednej stajni: pochylone jak do ataku, na 17-calowych przednich ko- łach, z niczym rozdziawiony dziób ptaka przednimi błotnikami i szerokimi, off-roadowymi kierownicami, przypominającymi łokcie hokeisty.



SUZUKI DR-Z 400 SM  
   


Ale spoko, przecież te maszyny wcale nie szukają zaczepki. Bo nasze supermoto to inna bajka. Są bardziej cywilizowane, milsze, znacznie cichsze. Dlatego Hondę FMX 650, KTM-a 640 LC4 Supermoto, Suzuki DR-Z 400 SM i Yamahę XT 660 X wolę nazywać funbike’ami.

Cofnijmy się nieco w czasie. O godz. 7 rano nic nie było wiadomo. Kto na czym? Sven wybrał Suzuki, być może dlatego, że na pierwszy rzut oka najlepiej pasowało do jego żylastej budowy ciała. Już sam żarówiasto żółty kolor mówi, że DR-Z to sportowa dusza. Podkreślają go wąska kanapa i agresywna pozycja motocyklisty. Micha, choć raczej szczupły, sięgnął po Hondę. Nieco szersze i bardziej komfortowe siedzisko pasuje do łagodniejszego wyglądu FMX-a. Odgięta do tyłu kierownica to znak, że postawiono tu na większy luz.

Karsten wybrał KTM-a. Nie ma wątpliwości – LC4 skonstruowali Europejczycy dla Europejczyków. Sprawia wrażenie masywniejszego, dojrzalszego. Ma bardziej zaokrąglone zbiornik paliwa i siodło, pozwala na mniejsze ugięcie kolan, do tego dźwignie, które wyglądają na solidniejsze. Dla mnie pozostała Yamaha, po której z miejsca widać, że funbike nie musi oznaczać zadowalania się byle czym. Kanapa, zbiornik paliwa i kokpit nie różnią się od tego, co mamy w szosowych motocyklach klasy średniej.

Dosyć gadania, szkoda dnia. Niech zagrają silniki. Tylko Suzuki umieściło przycisk ssania tradycyjnie, tzn. bezpośrednio przy gaźniku, natomiast w Hondzie i KTM-ie urządzenie do startu na zimno można uruchomić wygodnie z kierownicy. Bardziej wyrafinowana okazuje się Yamaha – całą sprawę biorą na siebie wtrysk paliwa i elektronika sterująca pracą silnika. Wszystkie zaskakują natychmiast, tyle że singiel Hondy potrzebuje najwięcej czasu, żeby złapać odpowiedni rytm.


YAMAHA XT 660 X  
   

Wrzucamy bieg. Sven wystrzelił do przodu, lawiruje na deerzecie między autami stojącymi na światłach. Slalom między lusterkami i maskami samochodów. Pełny odpał! Nie da się pokonać ciaśniejszych miejsc niż na Suzuki, szybciej również nie. 146 kilogramami (oczywiście z płynami) dyryguje się łatwiej niż można by oczekiwać. Tylko kurierzy na rowerach szybciej przemykali przez krajobraz pełen ruchomej blachy. Micha na Hondzie dotrzymuje mu kroku. Wprawdzie musi przerzucać o 30 kg więcej, ale FMX nie robi mu wbrew. Nawet Karsten na KTM-ie nadążał. Wykorzystywał przede wszystkim solidną moc silnika, krótkimi szarpnięciami gazu przeskakując z luki w lukę. Ja miałem problem z utrzymaniem płynnego rytmu – 189-kilogramową Yamahę trzeba najpierw wyhamować, aby ją przyspieszyć albo złożyć w zakręt. Jednak że sytuację najczęściej ratowały – jak przystało na funbike – szeroka kierownica i wyprostowana pozycja jeźdźca.

Stoimy w pierwszym rzędzie pod światłami. Kątem oka widzę, że wokół nie ma zwarcia. OK, samochodziarze, zamiast z zazdrością, patrzą na bike’i z zainteresowaniem. Tak jak wczoraj przy wyładunku przed wjazdem do naszego garażu. Nawet jedna babcia zatrzymała się zaciekawiona. „Motocross?” – zapytała. Wygląd – on dominuje w księdze pt. „Funbike” zawsze i wszędzie. Większość uważa je za pojazdy nieszkodliwe, coś jak zabawki dla małolatów, za miłe maszyny dla sympatycznych młodych ludzi. Ta sympatia to po części również zasługa odgłosu pracy singli. Bo wszystkie cztery należą do przytkanych. Zarówno z grubych podwójnych wydechów Hondy i Yamahy, jak i z pojedynczego tłumika Suzuki wystają rurki grubości kciuka. Tylko w KTM-ie oba tłumiki bardziej obiecująco intonują melodię singla.

Tagi:

Oceń artykuł:

4.1

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij