Motocykl poleca:

Honda VT 750 Shadow 2005

Poleć ten artykuł:

Od dawna ciekawiło mnie, dlaczego Japończycy z Hondy nazwali swojego cruisera Shadow (z ang. cień)? Cruiser z definicji ma kapać chromem i pięknie błyszczeć, a najlepiej się to udaje w pełnym słońcu. Ostatecznie uznałem, że sprawę trzeba zbadać bliżej.

Zobacz całą galerię

Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Jeśli tak, to mam go za sobą. Polakierowana na wiśniowo Shadowka obudziła bowiem moje zainteresowanie. Kolor bardzo mi się podoba. Tylko po jaką cholerę ta szyba?! Jak dla mnie, ani ciut ciut nie dodaje to Hondziawce uroku, wręcz przeciwnie. Na szczęście, zawsze można ją odkręcić, żeby podkreślić ładnie skrojoną sylwetkę – maszyna jest długa i niska, nawet bardzo niska. W końcu stalową ramę modelu 2005 zaprojektowano na nowo. Z całą pewnością zachwycą się nią jeźdźcy nieco nikczemniejszego wzrostu. Gwarantuje to 660 mm, bowiem tyle dzieli siodło od gleby, co jest najniższym wynikiem w klasie. Dzięki temu nikt nie będzie narzekał, że nie może opanować ważącego 256 kg sprzęta. Natomiast gostkowie powyżej 180 cm raczej nie będą się cieszyć z pozycji za sterami. Kanapa jest co prawda wygodna, gorzej z resztą. Brakuje miejsca na nogi, a zbyt nisko poprowadzona kierownica nie ma żadnej regulacji. Jak dla mnie (189 cm), na dłuższe wypady spacerówki i wyż- sza kiera byłyby w dobrym tonie.


Co do chromów, to chyba znaleziono złoty środek – nie można narzekać na ich brak, ale też po oczach nie bije ich nadmiar. W jesiennym słońcu pięknie błyszczą chromowane pokrywy silnika, szklanki widelca i obudowy lamp. Fajnie wygląda chromowana pokrywa puszki z filtrem powietrza o kształcie łezki. Respekt budzi długi nisko poprowadzony wydech 2 w 1. Jednak czar pryska w momencie odpalenia. Dźwięk V-twina co najwyżej wzbudzi uśmiech politowania. Honda porusza się niemal bezszelestnie, jak na cień przystało. To nie ułatwia jazdy po mieście, bo jeśli cię nie usłyszą, to cię nie zobaczą.


Stacyjkę umieszczono z boku – na wysokości lewego uda jeźdźca, obok – cięgło ssania i kranik paliwa. W końcu, jak klasyka to klasyka. Za odżywianie jednostki napędowej odpowiada gaźnik o średnicy gardzieli 34 mm. Nowoczesnym akcentem jest tutaj czujnik położenia przepustnicy. Użebrowane cylindry udanie imitują chłodzenie powietrzem. Ale o utrzymanie właściwej temperatury dba ciecz, chłodnicę zaś ładnie wkomponowano między podciągi ramy. Stadko prawie 46 KM nie zapewnia wielkich emocji. Silnik dość chętnie wkręca się na obroty, ale należy pamiętać, że maksymalną moc osiąga przy 5500 obr/min, z kolei moment 64,2 Nm przy 3000 obr/min. Można go kręcić wyżej, ale to niewiele zmienia. Shadow żadnym wymiataczem nie jest i tyle. Po prostu ten typ tak ma. Do dostojnego toczenia się po okolicy czy dalszych wyjazdów z prędkościami pozwalającymi na podziwianie widoków w zupełności wystarcza. Mówiąc krótko – spokój w cieniu.

Oczywiście, można śmigać z katalogową maksymalną, czyli coś koło 150 km/h, ale wtedy nerwowość motocykla udziela się jeźdźcowi. Mimo to spalanie nie poraża – przy takiej jeździe wciąga nieco ponad 7 litrów na setkę. A jeśli zwolnisz do 90- 100 km/h, łyknie w porywach 4,5 l.

Shadowka buja się na nierównościach jak statek w czasie sztormu. Szczególnie nie kocha kolein oraz tzw. zdrapek – tu każde awaryjne hamowanie to porządny strzał adrenaliny. Zawieszenia, bez szkody dla komfortu, mogłyby być twardziej zestrojone. Mocowana do półek szyba wielkości żagla również sprawy nie ułatwia. Mimo to micha mi się ucieszyła, kiedy wjechałem na w miarę równą górską dróżkę. Bez specjalnego wysiłku trochę poprzycierałem podnóżkami w winklach. Następny w kolejności do zeszlifowania był chromowany gmol na chłodnicy, ale to raczej kosztowna przyjemność (986 zł). Zabawa zaczyna się robić męcząca, jeśli winkle są za ostre. W końcu pierwowzór tego sprzęta opatentowali Amerykanie, a ich highwaye do krętych przecież nie należą. W czasie dłuższych przelotów mogą wkurzać wibracje – silnik ich nie szczędzi.


Hamulce dają się nieźle dozować, na ich skuteczność też nie narzekałem. Nawet tylny bęben daje radę. Jest tylko jedno „ale” – jeśli klamę przedniego hebla obsługujesz jednym lub dwoma palcami możesz się nieźle zdziwić, gdy oprze się ona na pozostałych na manetce. Kolejną upierdliwą duperelą jest brak kontrolki rezerwy. Jedziesz i gdy silnik zaczyna się krztusić, przekręcasz kranik w pozycję „res” i po sprawie – masz jeszcze 3,6 litra wachy. Gdyby okazało się, że musisz to zrobić w czasie wyprzedzania zestawu tirów, kleks w gaciach murowany. Poza tym szczegółem, kokpitu nie ma się co czepiać. Wszyscy preferujący nocne podróże mogą poczuć się nieco rozczarowani – spece z Hondy mogliby popracować nad reflektorem.

Dostałem wersję porządnie obładowaną gadżetami. Niestety, nie są one tanie. Np. w uszczęśliwienie pasażerki oparciem musimy zainwestować 631 zł. Do tego przydałyby się sakwy, żeby mogła wszystko spakować, a to znaczy kolejne 2342 zeta. Wątpliwej urody szyba, nie dość że słabo chroni bardziej wyrośniętych to kosztuje aż 2436 zł. Do tego dochodzi coś w stylu chromowanych chlapaczy na błotnikach, za które chcą kolejne 1389 złociszy.

Cenę gołej wersji (32 900 zł) można ścierpieć. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, czyli w wyposażeniu. To żaden wyczyn dokupić ich za 1/3 ceny maszyny. Najbardziej konserwatywni fani cruiserów będą zniesmaczeni plastikowymi błotnikami i takimiż lampami oraz lusterkami. Mimo to na pewno znajdą się tacy, którzy najwyżej będą cenić spokój w cieniu.

 

Tagi: test | Honda | VT 750 S

Oceń artykuł:

3.2

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij