Motocykl poleca:

Hyosung GV 250 Aquila (cz. 3)

Poleć ten artykuł:

Hysoung Aquila zbliża się do mety testu. W duchu słyszę oklaski, widzę wiwatujące tłumy. Zjeżdżam na pobocze, by poprawić kask, kurtkę, założyć czarne okulary. Jak szpan to szpan. Przyciskam rozrusznik. I co? Cisza! Napięcie rośnie. Znowu padł akumulator! A do mety mam zaledwie parę kilometrów.
Zobacz całą galerię

Nasz test długodystansowy Hyosunga Aquili od początku przypominał mi scenariusz dreszczowca – na początku niech będzie spokojnie, po chwili wybuch emocji i tak aż do finału, w czasie którego widzowie spadają z krzeseł. Od startu testu naszego Hyosunga dręczyły drobne usterki w postaci odkręcających się śrub. Od czasu do czasu okazywało się, że na kolanku wydechu dzwoni luźna obejma tłumika, innym razem odkręciła się metalowa osłonka. Nie było to nic poważnego, ale ciągłe przykręcanie tej czy innej śrubki po pierwsze wyrabiało nasze zdolności manualne, a po drugie było szkołą cierpliwości. A tej – jak wiadomo – nigdy za wiele. Wizyta w serwisie i tubka Loctite’a definitywnie załatwiły sprawę śrub żyjących własnym życiem.

Nic nie zapowiadało gwałtownej zmiany sytuacji. Aż tu, mniej więcej w 1/3 dystansu testu, Aquila postanowiła zafundować nam większą dawkę emocji – krótkie spięcie w elektryce i akumulator w sekundę skonał. Niby nic strasznego, ale kłopot był. Wymiana w ramach gwarancji załatwiła sprawę.




     
 Nie pomogły ani przeglądy, ani regulacje. Dziura w mocy pomiędzy 5500 a 6000 obr/min pozostała. Mimo jeżdżenia zimą, rdza nie nadgryzła Aquili. Jej ślady zauważyliśmy tylko na końcówkach tłumików.  Tuż przed końcem testu urwało się mocowanie osłony łańcucha.

Później na dłużej nastały ciche dni. Regularne wizyty na stacjach benzynowych i co 6000 km przeglądy w serwisach – monotonia zaczęła mieszać się z nudą. Od czasu do czasu co wyżsi kumple narzekali, że nie będą już jeździli tym minikrążownikiem, bo brakuje im miejsca na nogi. Innym razem któraś z pasażerek krytykowała tylną kanapę. Wystarczyło jednak, by paru miało do załatwienia sprawy w mieście, by po Hyosunga ustawiała się kolejka. Na ulicach bowiem nikt nie narzekał na niedostatki mocy. Stadko 28 KM wystarczało, by wygrywać z samochodami sprinty pomiędzy światłami. Silnik ochoczo krę- cił się do maksymalnych obrotów, a płynnie wchodzące biegi zachęcały do dynamiczniejszej jazdy. Po prostu miód. Zaletami Aquili były też niewielka masa, niska kanapa i wąska jak na tę klasę maszynek kierownica, co ułatwiało śmiganie pomiędzy samochodami stojącymi w korkach.
 
Gdy wydawało się, że tak będzie do zakończenia testu i w lodówce już chłodził się szampan, silnik nagle odmówił posłuszeństwa. Rozrusznik nie chciał zagadać, a ledwie żarzące się żarówki ponownie wróżyły problem z akumulatorem. A miało być tak pięknie! Parę ostatnich dni przed zakończeniem testu dało nam trochę zaprawy fizycznej, bo bike’a odpalaliśmy na pych. Aquila zdobyła metę na ostatnich nogach. Gdyby silnik miał większą pojemność albo trudniej zapalał, wizyty w serwisie nie udałoby się uniknąć.

W promieniach jesiennego słońca robimy ostatnie zdjęcia i sumiennie zapisujemy wszystkie zauważone usterki. Nie jest tego za wiele. Pęknięte plastikowe mocowanie osłony łańcucha jest powodem, dla którego trafia ona na półkę w garażu. Denerwująca dziura w obrotach, pojawiająca się pomiędzy 5500 a 6000 obr/min, nie zniknęła. Nie pomogły precyzyjne regulacje gaźników. Ten model po prostu tak ma. Założone pod koniec testu Continentale TKH 24 (tył) i TKV 11 (przód) są jak nowe. Przejechały zaledwie 5000 km. Nowe opony były zdecydowanie lepsze niż fabryczne Shinko, które szczególnie na mokrym asfalcie zmuszały do ostrożnego korzystania z hamulców. Na Conti Hyosung prowadził się precyzyjniej, choć miękkie zawieszenia nadal zasługiwały ma krytykę. Zaliczenie dziury na drodze, o które w Polsce nietrudno, kończyło się bólem kręgosłupa i dobiciem tylnych amortyzatorów. Wyprzedzając na koleinach, trzeba było się przyzwyczaić do nieprzyjemnego bujania na boki.

     
     
    Tłoki nie wyglądały najlepiej, choć wyniki pomiarów dowiodły, że wszystko jest w najlepszym porządku (1). W komorze spalania (2) widać cienką warstwę nagaru, gniazda zaworów były szczelne. W Hyosungu wałki rozrządu są łożyskowane w łożyskach tocznych (3). Napinacze łańcuszków rozrządu (4) – OK. Na koszu sprzęgła widać lekkie zużycie (5), ale nie grozi to niczym poważnym. Po teście zestaw napędowy (6) kwalifikował się do wymiany. Koła zębate w skrzyni biegów (7) – jak nówki.

Po teście do wymiany nadawał się łańcuch napędowy i obie zębatki. Przy tak dużym przebiegu nie ma w tym nic dziwnego.

Na liczniku pękło 25 000 km. Pora przyjrzeć się, jak Aquila zniosła próbę. Najpierw oglądamy przednie zawieszenie. Tu wszystko jest OK. Nie widać wycieków. Uszczelniacze, chroniące masywne plastikowe osłony, nie wymiękły przed piaskiem i kurzem. Łożyska kół i wahacza nie mają luzów. Ku naszemu zaskoczeniu, jazda zimą nie odcisnęła swojego piętna na aluminiowych obręczach, lakierze ani ramie. Rdzy ani widu, ani słychu, bo przecież kilka nadgryzionych śrubek można pominąć.

Odstawiamy motocykl do serwisu, gdzie bike zostanie rozebrany, a podzespoły zmierzone. Dopiero tu przekonamy się, w jakiej kondycji jest silnik. Pierwsze pomiary przynoszą zaskakujące rezultaty. Tarcze sprzęgła są w idealnym stanie. Nieco gorzej wygląda kosz sprzęgłowy – na jego brzegach pojawiły się delikatne progi, choć sprzęgło pracowało równo, bez szarpnięć i zacięć. Niespodziewanie do wymiany kwalifikują się sprzężyny. Są minimalnie krótsze niż dopuszcza to serwisówka.



Striptiz silnika odkrywa kolejne niespodzianki. Na denkach tłoków pojawiła się cienka warstwa nagaru, ale to żaden powód do niepokoju. Za to brunatne zacieki na płaszczach wyglądały tak, jakby ktoś przypalał tłoki w ognisku. Dlaczego tak się stało – nie mamy pojęcia, serwisanci też. Mierzymy średnice tłoków. Mieszczą się w granicach fabrycznych tolerancji, podobnie jak luz pierścieni – zamków i rowków w tłokach. Na cylindrach i tłokach nie znaleźliśmy nawet najdrobniejszych rysek. Być może winę za dziwaczne zacieki ponosi kiepskiej jakości olej. Tak więc pewne jest, że silnik mógłby pracować bez jakiejkolwiek naprawy jeszcze przez długi czas. Skrzynia biegów – jak wyżej.

Wyniki szczegółowych pomiarów nasuwają tylko jeden wniosek – 25 000 km to dla silnika Hyosunga bułka z masłem. Gorzej wygląda sprawa z elektryką. Dwa razy padł akumulator. Czyli o dwa razy za dużo. Trudno podać jednoznaczną przyczynę awarii. Podejrzanymi są: kiepskiej jakości bateria, zwarcie w instalacji lub klątwa elektryków. Odpowiedź na zawsze pozostanie tajemnicą naszej Aquili.


Tagi: Hyosung | GV | 250 | test długodystansowy | część 3

Oceń artykuł:

4.5

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij