Motocykl poleca:

Kawasaki Ninja 250 R

Poleć ten artykuł:

Wojownik ninja jest bezwzględny, zimny i wyrachowany. Nie zna litości ani nie wybacza błędów. Czy produkowana na Tajwanie Kawa 250 R Ninja ma geny japońskiego wojownika?
Zobacz całą galerię

Nie ulega wątpliwości, że Ninja 250 wygląda zadziornie. Jednak gdy kolesie z Kawasaki zaczęli opowiadać o „ninja spirit”, na twarzach słuchaczy pojawiły się ironiczne uśmieszki. A gdy Karim Mostafi, szef PR na Europę, powiedział, że akustycy „zielonych” nieźle się spocili, żeby uzyskać dźwięk w stylu ninja, sala walnęła śmiechem. Jednak gość nie przejął się tym zbytnio i mówił dalej. Nową „250” napędza rzędowy twin, chłodzony cieczą. Podobnie zresztą jak poprzednika (ZZ-R 250, który w USA był sprzedawany do zeszłego roku pod nazwą Ninja 250). Jakiś tęgi mózg w Akashi wykombinował, że skoro w Europie nie można kupić sportowej „250”, mała Ninja będzie strzałem w dziesiątkę. Żeby było ciekawiej, jakieś inne żółte rączki w 2004 roku przyczyniły się do wycofania ZZ-R-a 250. No cóż, nikt nie jest doskonały...

No, prawie nikt, bo szef konstruktorów silnika – Kozo Arai – pochwalił się niezłym osiągnięciem: zasilana wtryskiem ćwierlitrówka poza miastem ma wciągać zaledwie 2,5 litra (!) na 100 km. Również w mieście wygląda to całkiem nieźle – na jednym litrze paliwa Kawa ma przejechać 27 km, czyli na pokonanie 100 km powinno wystarczyć 3,7 l wachy. Jeszcze ciekawiej to wygląda, jeśli wziąć pod uwagę 17-litrowy zbiornik paliwa – teoretycznie stację benzynową trzeba odwiedzać co jakieś 450 km. Brzmi to jak z bajki, ale zobaczymy, co pokaże życie.





Styliści dostali zadanie stworzenia bestii. I to się chyba udało. Zapatrzeni w ZX-6R oraz w ZX-10R, stworzyli agresję w pigułce. Ostre, kanciaste linie, 17-calowe koła oraz bryła maszyny nawiązują do większych kuzynów. Wszystko pięknie. Siadam za sterami i mam wrażenie, że przeniosłem się w lata 80. ubiegłego wieku. Wygląda na to, że analogowe zegary, przełączniki i kokpit pozostały niezmienione od czasów GPX-a 250, który zadebiutował w 1986 roku. Wygląda to tak sobie, w ciemnościach niebieskie podświetlenie nieco ratuje sytuację – to szczególnie poprawi humor fanom VW Golfów... Oprócz tego pozycja jest OK. Nie narzekali ani niscy, ani wyrośnięci. Widoczność w lusterkach daje radę. Mały Ninja w mieście czuje się jak ryba w wodzie, więc wjechaliśmy w sam środek zakorkowanej jak diabli Barcelony. Klamka sprzęgła pracuje bardzo lekko. Skrzynia ma aż sześć przełożeń, więc jest w czym mieszać. Tylko trzeba przy tym dość precyzyjnie wybierać biegi. Oprócz tego nie ma się co czepiać.

W głowicy rzędowego twina pracują dwa wałki rozrządu i ma on osiem zaworów. Za dostarczenie papu odpowiada wtrysk paliwa Keihin o średnicy gardzieli 28 mm. Przy 11 000 obr/min w pełnym galopie pędzi stadko 33 KM. Przy pięciocyfrowych obrotach w silniku włącza się agresor. Brzmi wtedy jak grupa fińskich drwali tnących się nawzajem piłami łańcuchowymi. Na wysokich obrotach wszyscy wokół mają wrażenie, że silnik tej bestii ma co najmniej 600 cm3. Ten dźwięk nie będzie obcy użytkownikowi, bo ćwierćlitrowa jednostka lubi obroty. Do około 5000 obr/min nic się nie dzieje. Dopiero gdy wskazówka obrotomierza minie cyfrę osiem, sprzęt budzi się do życia. I nic dziwnego, bo o 200 obr/min wyżej na tylne koło trafia 22 Nm. Jednak prawdziwa zabawa zaczyna się powyżej 10 000 obr/ /min i zostaje przerwana przez odcięcie przy ok. 13 500 obr/min. Silnik jest zdumiewająco elastyczny – na szóstce zszedłem do 50 km/h, odkręciłem gaz i maszyna bez żadnego szarpania, ale jak żółw, zaczęła przyspieszać! Jeśli chcesz dynamicznej jazdy, nie ma przeproś – trzeba mieszać w skrzyni.





Jazda w korkach to poezja. Kawa jest jak prawdziwy wojownik ninja – pojawia się znienacka, atakuje korek i znika. Dwutłoczkowy przedni zacisk może i wygląda trochę śmiesznie w zestawieniu z tarczą hamulcową typu wave, ale skutecznie osadza w miejscu ważącą bez płynów 154 kg maszynkę. Z tyłu z tarczą o średnicy 220 mm współpracuje również dwutłoczkowy zacisk. Tworzą one zgrany duet. Jak na Ninję przystało, sprzęt jest dość wąski i zwinny. Poręczności służą wąskie laczki – 110 mm przodu i 130 z tyłu. Przedni widelec ma golenie o średnicy 37 mm i żadnej możliwości regulacji, z tyłu jest trochę lepiej, bo mamy pięciostopniową regulację napięcia wstępnego sprężyny. Fabryczne zestrojenie na równych hiszpańskich asfaltach dało radę. Mieliśmy trochę pecha, bo trafiliśmy na historyczny moment – po kilkutygodniowej suszy w Barcelonie spadł deszcz, i to dość obfity. Wszyscy lokalesi byli wniebowzięci, chyba tylko ekipa na zielonych sprzętach klęła, ile wlezie. Hiszpański asfalt w deszczu nie należy do najbardziej przyczepnych, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się nie lubi. Ninja 250 R, obuty w tajwańskie (a jakże!) laczki IRC Road Winner, dawał radę.

Wreszcie wyjechaliśmy za miasto na zakręconą jak diabelskie rogi dość wąską drogę. Normalnie każdy by cieszył michę od ucha do ucha, ale nie dość, że padało, to jeszcze wjechaliśmy w gęstą mgłę. I miny nam trochę zrzedły; ale ninja nie może być miękki. Wysokim jeźdźcom trudno będzie się poskładać za owiewką (wystają łokcie, bo miejsce zajmują kolana). Trzeba jednak przyznać, że pozycja jest komfortowa – nie narzekali ani goście rozmiaru XS, ani XL. I co dość istotne, siodło jest po prostu znakomite. Pasażer, jak to na przecinaku, ma bardziej przechlapane. Naprzemienne zakręty nie stanowiły dla Kawy większego wyzwania. Wtedy wkurzało tylko, że aby odkręcić gaz na maksa, trzeba się trochę nakręcić rolgazem. Na długiej prostej wskazówka prędkościomierza wskazała liczbę 170 km/h i gdyby nie to, że był winkiel, mogłoby być więcej. Goście, którzy tankowali na trasie, policzyli, że ludzie z Kawasaki nie ściemniają – przy dość ostrym traktowaniu spalanie wyszło w okolicach 4 l/100 km (w cyklu mieszanym).

Można śmiało powiedzieć, że praprzodkiem małej Kawy był wojownik ninja. Nie powala ona ani siłą, ani masą. Ale tak jak prawdziwy ninja jest zwinna i przechytrzy niejednego większego sprzęta, a przy tym wygląda poważnie. Ninja 250 R nie ma konkurencji w swojej klasie. A przy tym sportowe stodwudziestkipiątki mają nie tylko dwukrotnie mniejszą moc i pojemność, ale także bardzo podobną cenę. Ninja 250 R wydaje się ciekawą propozycją dla fana przecinaków, który nie ma jeszcze takich umiejętności, żeby opanować supersporta 600. A przy tym nie chce wydawać zbyt wielkiej kasy ani kupować motocykla wyprodukowanego w Chinach. Ninja kid made in Taiwan może wszystkim nieźle dokopać.

Tagi:

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij