Motocykl poleca:

Kawasaki ZX-6R Ninja

Poleć ten artykuł:

„Zieloni” nieraz udowodnili, że najważniejsze dla nich to być najszybszymi. Nowy ZX-6R Ninja sprawia, że ich szanse na liderowanie wśród supersportów są bardzo duże.

Zobacz całą galerię

Większość z tych, którzy wybrali „636” Kawy, zrobili tak, ponieważ docenili minimalnie, ale jednak większą pojemność i lepszą elastyczność silnika. Decyzja Kawy o wypuszczaniu maszyn o pojemnościach innych niż klasy sportowe była ukłonem w stronę właśnie klientów salonów. Ale jeśli jednocześnie najważniejszym celem procesu konstrukcyjnego miała być walka o jak najlepsze miejsca na torze wyścigowym, tę sprzeczność widać na pierwszy rzut oka. Najnowszy ZX-6R to wyraźny sygnał, że Kawa wraca do wyścigów. Pojemność 599 cm3 nie pozostawia co do tego wątpliwości. Welcome back on the track.

Można przypuszczać, że w jakimś stopniu ekonomia przyczyniła się do wypuszczenia motocykla o takiej właśnie pojemności. Ale na pewno nie ona przesądziła. Szefowie „zielonych” chyba zdecydowali, że po raz kolejny chcą dokopać rywalom na torze. Dowód? Wystarczy zajrzeć do ich oświadczenia prasowego: „Niech inni mówią o maszynach przyjaznych dla użytkowników, ten motocykl został zbudowany, żeby zgarniać nagrody i kręcić najszybsze czasy”. Brzmi to całkiem przyjemnie.

Na miejsce pierwszej próby sił wybrano Barber Motorsport Park pod Birmingham w amerykańskim stanie Alabama. Ten trudny tor, gdzie nie brak ostrych wiraży, wzniesień i zjazdów, stanowi wyzwanie przede wszystkim dla podwozia. Niech więc nowa Kawa pokaże, co jest warta. Przedstawiciele firmy określili skonstruowany od podstaw rzędowy czterocylindrowiec jako „...zaprojektowany specjalnie na tor wyścigowy”, a nowe zawieszenia mają pozwalać zawsze i wszędzie „...odkręcać gaz do oporu”. Zobaczymy! Przekonajmy się, czy rzeczywiście ZX-6R „...rwie się do walki na torze”.

 


Z fabryki prosto na tor – to miłe uczucie wiedzieć, że dosiadam maszyny, której ostatnie detale dopieszczano niemal wczoraj. Rundy rozgrzewkowe pokonuję z rezerwą. Pierwsze wrażenia – sportowa pozycja jeźdźca, ciężar ciała mocno dociąża przód, nisko osadzone rączki kierownicy i duża swoboda ruchu. A więc prawdziwa wyścigówka. Ale co poza tym? Zwykłe formułki: „mocniejszy, lżejszy, brutalniejszy” są nietrafne. Prowadzi się dobrze – biorąc pod uwagę fakt, że rozstaw osi (1405 mm) i wyprzedzenie (110 mm) wzrosły odpowiednio o 15 i 4 mm, a kątowi główki ramy (65O) oczywiście dużo brakuje do pionu. Na pewno nie jest to żadna sensacja. Charakterystyka pracy silnika jest ładna i liniowa, na wysokich obrotach dobra, nawet bardzo dobra. Jednak nie ma mowy o astronomicznej liczbie obrotów, o jakiej spekulowała prasa, gdy maszyna była jeszcze prototypem. A co z wyjątkową zwartością konstrukcji, o której również pisano? ZX-6R ze swoim masywnym przodem wciąż sprawia wrażenie długiego. Reasumując – trudno dopatrzyć się w tej nowince tego, czego zwykle spodziewamy się po supersporcie nowej generacji.

Inaczej wygląda to po pierwszych metrach. Maszyna wykazuje zaskakującą subtelność, sprawia, że po sekundzie mam do niej bezwarunkowe zaufanie. Runda po rundzie, coraz szybciej, coraz pewniej, coraz bardziej intuicyjnie. Nowa „szóstka” jedzie tak naturalnie, że prawie nie zauważam, co ma do zaoferowania. Przy czym niezwykła stabilność i sprężyste a jednak czułe zawieszenia Showa (amortyzator z oddzielną regulacją tłumienia dobicia dla szybkich i wolnych ruchów tłoczyska. I do tego niewzruszona precyzja prowadzenia. Z bajeczną pewnością nowy ZX-6R zmierza zawsze dokładnie tam, gdzie go kieruję. I dostarcza superdokładnych informacji o tym, co dzieje się pod kołami.

Nie są to zalety, które da się wyrazić w gramach, centymetrach, stopniach albo liczbą obrotów. O doskonałości motocykla najlepiej świadczy to, że jeździec błyskawicznie zaczyna go wyczuwać. Tak jest w tym przypadku – po minucie wszystko odbywa się automatycznie, bez męczarni, początek hamowania przesuwa się coraz bliżej wejścia w wiraż, a przyspieszanie zaczyna się coraz wcześniej. Wkrótce wiem na bank, że ZX-6R jest wszechstronnie wytrenowanym atletą, który umie wszystko albo prawie wszystko.
Trochę szczegółów. Znacznie bardziej zwarty silnik (o 40 mm krótszy i o 40 mm węższy od poprzedniego ZX-6R) pracuje niezwykle równomiernie, ale w środkowym zakresie obrotów już nie z taką mocą. Za to od około 9000 do 14 000 obr/min (wtedy na szóstym biegu maszyna rozwija 125 KM, a z systemem ram-air nawet 131 KM) przyspieszeń nie powstydziłby się chyba nawet odrzutowiec. Ale możliwości silnika nie kończą się na 14 000. No i ten niesamowicie wysoki stopień sprężania – 13,3:1.


Ponadto dwie przepustnice i dwa wtryskiwacze na cylinder zapewniają znane już z poprzedniego modelu miękkie, zawsze pod kontrolą wchodzenie na obroty. W nowej maszynie nie mogło zabraknąć sprzęgła antyhoppingowego, które zapobiega podskakiwaniu tylnego koła. Natomiast z przodu w 300-milimetrowe tarcze wyjątkowo skutecznie wgryzają się czterotłoczkowe promieniowe zaciski Nissin, widelec Showa z goleniami o średnicy 41 mm efektywnie i z wyczuciem opiera się nacierającym masom. A nie są one tak niskie, jak można by oczekiwać. 167 kg masy własnej to w porównaniu z ostatnią generacją supersportowej „600” świetny wynik, jednak na tle 155 kg, jakie ma ważyć nowa Honda CBR 600 RR to niemal otyłość. Ale jak już wcześniej powiedziałem: w przypadku ZX- -6R wszystko to, co można wyrazić liczbami nie jest najważniejsze. W tym motocyklu imponują przede wszystkim dobre wrażenie i wyniki na torze wyścigowym.

Tagi: test | Kawasaki ZX-6R Ninja

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij