Co decyduje o tym, że motocykl zaczyna być nazywany kultowym? Sukcesu nie gwarantują ani ponadprzeciętna moc, ani przytłaczająca masa. Motocykl legenda musi mieć charyzmę, dzięki której zalety przysłonią wady. Wszystkie prezentowane motocykle stały się maszynami kultowymi w czterech kolejnych dziesięcioleciach.
Kawasaki Z 1300, Münchem Mammutem 1200 TTS, Yamahą Vmaxem i Suzuki
Hayabusą, ze względu na odgłos ich pracy, można by jechać godzinami.
Albo może lepiej za nimi, tak aby lepiej słyszeć odgłosy pracy ich
silników i syk zasysanego do cylindrów powietrza. Za każdym razem jest
to oszałamiające, niezapomniane doznanie. Precyzyjnie w takt pracy
stukają zawory, szumią koła zębate. Uzupełnieniem tej uczty są odgłosy
docierające z krótkich rur wydechowych, przechodzące przy wyższych
obrotach w agresywny, zachrypły ryk. Po prostu genialne doznania, które
nigdy się nie znudzą. Najmniej z tych przyjemności jest dostępnych dla
właściciela Müncha. Do jego uszu dobiega jedynie perkusyjna kakofonia
dźwięków wydawanych przez silnik pochodzący z samochodu NSU TT, w
którym kierowca może ciągle i dokładnie, niczym za pomocą stetoskopu,
wychwytywać nieregularność jego pracy. Umożliwia mu to zareagowanie
nawet wtedy, gdy defekt dopiero zamierza utrudnić mu życie.
Mimo że Münch, który trafił w nasze ręce, został wyprodukowany w 1968
roku, nie oznacza to, że wymaga jakiejś wyjątkowej troskliwości. Po
pierwsze, jego właściciel utrzymuje go w pełnej sprawności, a po drugie
nie pozwala na to renoma trwałości, którą cieszy się ta maszyna. Nie
inaczej jest w przypadku trzech pozostałych. Jeżeli ktoś chce
zaprzyjaźnić się z najpotężniejszymi motocyklami ostatnich czterdziestu
lat, oprócz Müncha powinien jeszcze wypróbować masę Kawasaki Z 1300,
przyspieszenie Yamahy Vmax lub spróbować rozpędzić Suzuki Hayabusę. Do
wszystkich trzeba mieć respekt, ale można nie patyczkować się z nimi.
Wystarczy wsiąść i odkręcić gaz. Ale trzeba zrobić to dynamicznie!
Gdy kierowca Müncha przestanie wsłuchiwać się w odgłosy pracy silnika i
skupi sięna prowadzeniu motocykla, odkryje jego poręczność i łatwość, z
jaką pokonuje zakręty. To jest wyraźne zaprzeczenie dotychczas
obowiązującej obiegowej opinii. Przekonanie, że własności prowadzenia
zasługują co najwyżej na ocenę przeciętną, powstało prawdopodobnie
dlatego, że późniejsze modele, ważące ponad 300 kg, przewyższały pod
względem masy i mocy wszystkie ówczesne motocykle. Były więc trudne do
opanowania. Testowany egzemplarz, ważący z pełnym zbiornikiem 253 kg i
wyposażony w typowe dla jego epoki wąskie opony, porusza się bardzo
zręcznie. Oczywiście, Münch zdecydowanie lepiej czuje się podczas
płynnego pokonywania szerokich łuków niż ciasnych zakrętów. W ostrych
dają znać o sobie specyficznie działające hamulce. Olbrzymi bęben z
hamulcem duplex potrafi już przy lekkim naciśnięciu dźwigni znacząco
spowolnić rozpędzonego Müncha już w chwili, gdy zielone Ferrodo dotkną
bębna. Ale czar pryska, gdy przednia opona zaprze się o asfalt i byłaby
gotowa przenieść większą siłę hamowania. Dozowanie hamulca staje się
tym trudniejsze, że równocześnie trzeba mocno ciągnąć – oczywiście do
góry – dźwignię zmiany biegów. Najlepiej z potężnym międzygazem, w
przeciwnym bowiem razie słychać mocne trzaski, dochodzące ze
zmodyfikowanej skrzyni biegów rodem z Horexa Imperatora. Przed
wjechaniem w zakręt kierowca ma więc sporo do zrobienia, tym bardziej
że moment hamujący silnika jest mizerny. Powoduje to, że Münch wciąga
kierowcę w zakręt ze zbyt wysoką prędkością; zbyt szybko, by płynnie
pokonać jego krzywiznę. Po kilku emocjonujących momentach walki o
utrzymanie się w łuku na jego wyjściu można już otworzyć przepustnice
obydwu dwugardzielowych gaźników firmy Weber. Zachwyca miękkość reakcji
silnika na zmiany obciążenia. Jadącym z tyłu nie pozostaje nic innego,
jak wsłuchiwanie się w odgłos dochodzący z dwóch lśniących chromem
tłumików.
MÜNCH 1200 TTS 1968
Monumentalna technika: silnik NSU TT z imponującą osłoną łańcucha
rozrządu i skonstruowanym przez Friedela Müncha napędem pierwotnym.
Hamulec tylko w pierwszej chwili działa ostro, później kierowca może
liczyć na silną rękę albo na łut szczęścia.
To, że Kawasaki 1300 czasem zostaje nieco w tyle za Münchem, wynika nie
tylko z nieporęczności tego ważącego 322 kg motocykla. W tym przypadku
odgłos sześciocylindrowego silnika przypomina pracę współczesnych
motocykli. Przy niskich obrotach silnik mruczy cicho i przymilnie
niczym kot. Nie na darmo eksperci uważają rzędowe sześciocylindrowce za
najspokojniej pracujące. Nabieranie obrotów odbywa się z kocią
zwinnością. Dokładnie przy 6000 obr./min silnik zaczyna prychać i
porywać kanciasty, ważący niemal jedną trzecią tony motocykl do przodu.
A potrafi to być całkiem długi skok, jeżeli trzeba oczywiście. Z 1300
może rozpędzić się do 200 km/h, nawet jeśli ma na grzbiecie pasażera.
Jadąc solo, z brodą przyciśniętą do zbiornika, zobaczysz, jak wskazówka
prędkościomierza wspina się nawet do magicznej liczby 217 km/h. W
takich sytuacjach można zrewidować znaczenie słowa stabilność. Jazda
staje się walką o przetrwanie. Mimo stabilizujących opon Metzelera, już
przy prędkości 180 km/h podwozie nieśmiało zdradza gotowość do
wężykowania. Lepiej więc nie kusić losu. Dużo więcej radości daje
jazda, gdy wskazówka obrotomierza porusza się w pobliżu 6000 obr./min.
Nie pozostaje nic innego, jak przyspieszać, przymykać gaz i ponownie
przyspieszać.
Więcej takich pozytywnych opinii przydałoby się Z 1300 pod koniec lat
siedemdziesiątych. Ale w tym czasie potężna Kawa była mocno krytykowana
przez testujących ją dziennikarzy. Gdy przepisy w niektórych krajach
ograniczyły moce silników do 100 KM, w dobrym tonie było wytykanie
prawdziwych i zmyślonych niedoskonałości tego giganta. Bardzo szeroki
silnik z trudem pozwala na pokonywanie krętych dróg, a manewrowanie i
stawianie na podstawkę są trudne. Na dodatek motocykl był relatywnie
drogi jak na tamte czasy i taki pozostał do dziś. Z perspektywy czasu
dziennikarze przyznają się do błędu, czyli do słów krytyki podczas
przeprowadzanych testów długodystansowych, w trakcie których badano
koszty eksploatacji. Jakie bowiem znaczenie ma fakt, że po zamontowaniu
większej miski olejowej wzrósł koszt wymiany oleju? Jakie znaczenie ma
to, „że dzięki małym drganiom sześciocylindrowca nie trzeba było zbyt
często wymieniać żarówek”?
KAWASAKI Z 1300 1978
W potężnej, zwalistej sylwetce dominuje kanciaste wzornictwo.
Sześciocylindrowy Z 1300 jest tak szeroki z powodu alternatora
umieszczonego na końcu wału korbowego. Pod względem kultury pracy,
silnik jest klasą samą dla siebie.
Nikogo nie trzeba było specjalnie ostrzegać przed tym motocyklem, a
szczególnie przed jego wagą i kosztami utrzymania. Z 1300 od początku
swojego istnienia nie krył wad i zalet. Dzisiaj nie musi już niczego
udowadniać i może odkryć swoje prawdziwe oblicze. Jest to wszak pojazd,
którego główne zadanie polega na dawaniu właścicielowi możliwości
rozkoszowania się pracą sześciocylindrowego silnika. Przejawem
konsekwencji jest zatem fakt, że dwa przyciski „cruise” na lewym końcu
kierownicy nie uruchamiają tempomatu, lecz przestawiają wtrysk paliwa w
tryb pracy oszczędnościowej. Bez wymiernych dla użytkownika zysków
zresztą. Co się zaś tyczy wtrysku, zastosowano go od 1984 roku i miał
obniżyć zużycie paliwa w porównaniu z pierwszymi rocznikami
wyposażonymi w trzy gaźniki. Z 1300 do dziś konsekwentnie ignoruje ten
fakt i zużywa ponad 10 l/100 km.
Pojawienie się na rynku Yamahy Vmax przyjęto w latach osiemdziesiątych
z o wiele większą sympatią. Możliwe, że wielu zauroczyła jej ogromna
moc – 145 KM. Być może zostało to odczytane jako ruch wyzwalający od
nadmiaru urzędowej poprawności. Przy okazji testów zajeżdżono całą
galerię tylnych opon i pobito szereg rekordów przyspieszenia oraz
elastyczności. Oczywiście, dziennikarzami kierowały wyłącznie czysto
naukowe względy. Stan ten trwał do 1996 roku, czyli całe 11 lat, w
czasie których niejeden z półlegalnych lub nielegalnych europejskich
importerów zrobił niezły interes, sprowadzając Vmaxa, zanim oficjalni
dealerzy odważyli się na import tych monstrów. Gdy to się stało,
zostały one zgodnie z oficjalnymi wymogami zdławione do 100 KM. Ale
wkrótce prawdopodobnie wszyscy posiadacze oddławili swoje maszyny. W
Niemczech nie musiało tego robić chyba tylko kilku ludzi, gdyż parę
egzemplarzy sprzedano w tym kraju z legendarnym V-Boosterem. Jest on
odpowiedzialny za kopa wprawiającego Vmaxa w prawdziwą ekstazę.
Począwszy od 6000 obr./min otwiera on dwie dodatkowe przepustnice
umieszczone pomiędzy kanałami ssącymi każdej z par cylindrów. Dzięki
takiemu rozwiązaniu cylinder zasysający paliwo otrzymuje mieszankę ze
swego i sąsiedniego gaźnika.
YAMAHA VMAX 1985
Niestety, nie udało nam się zdobyć motocykla wyprodukowanego w 1985
roku. Ten ze zdjęcia ma już zmodyfikowany przedni widelec, hamulce z
FZR oraz nieoryginalne lusterka. Dwa pierwsze z wymienionych elementów
były montowane po 1993 roku. Booster okazał się zabójczy dla potężnego
Dunlopa montowanego seryjnie na tylnym kole.
Wjazd na autostradę – próba przyspieszenia. Na drodze tłoczą się puszki
z ludźmi, którzy nie mogą uzgodnić, kto ma prawo do poruszania się
lewym pasem. Do tego – ku ich niezadowoleniu – pojawia się jeszcze to
dwukołowe monstrum. Sytuacja staje się nerwowa. W pewnej chwili
jeździec na Vmaxie spokojnie odkręca gaz, wsłuchując się w narastający
ryk silnika i nagle, jak wystrzelony z procy, wyskakuje do przodu.
Zakrętów Vmax nigdy nie lubił, ale nie zapominajmy, że żywiołem tej
przeznaczonej głównie na rynek amerykański maszyny zawsze był
spektakularny start spod świateł. Kto chce zaznać przyjemności
wirażowania, musi zaprowadzić swojego pupila do warsztatu tuningowego i
poddać podwozie kuracji wzmacniającej. Są firmy, które się w tym
specjalizują. Nadal jednak nie będzie to motocykl stworzony do
szybkiego pokonywania zakrętów.
Suzuki Hayabusa był pierwszym seryjnym motocyklem, którym można się
było rozpędzić do ponad 300 km/h. Taka prędkość zawsze robi wrażenie,
tym bardziej że dziś może jechać z prędkością „zaledwie” 299 km/h. Te
różnice nie mają jednak większego znaczenia. Istotne jest, aby na
Hayabusę nie patrzeć jak na supersprintera.
SUZUKI GSX 1300 R Hayabusa 1999
Kartka z kalendarza: 1999 rok – od 30 do 299 km/h na szóstym biegu? To
potrafi tylko Hayabusa. W ciągu czterech dziesięcioleci big bike’i
stały się bardziej zwarte, a ich kształty podporządkowano zasadom
aerodynamiki. Wśród wielu mydelniczek Hayabusa spowszedniała i nie
zwraca na siebie takiej uwagi, jak Münch w latach młodości.
Gdy właściciel Mammuta przesiada się na Hayabusę, ta zaskakuje go
właściwościami jezdnymi, a przede wszystkim elastycznością silnika.
„Maszyna rzeczywiście może jechać 30 km/h na szóstym biegu! I już na
pół gazu jedzie jak szatan. A przecież wkręciłem ją do zaledwie 6000
obr./min. Ale pracuje twardo – stwierdza. – Szerokie opony powodują, że
nie wchodzi tak chętnie w zakręty, jak Münch” – uzupełnia. Można było
zaobserwować, że w połowie zakrętu Hayabusa, mimo większej mocy, nie
była wiele szybsza od Müncha i trzeba ją było bardziej pochylać. Jednak
jej opony, w których zawarto najnowocześniejsze osiągnięcia myśli
technicznej, pracują lepiej od historycznych: w pochyleniu umożliwiają
olbrzymie przyspieszenia. Na zakończenie przyszła kolej, by sprawdzić,
jakie są przyspieszenia przy pełnej mocy. Krótki pas startowy małego
lotniska wystarczył Münchowi tylko na wykręcenie do końca drugiego
biegu. Jego właściciel nie odważył się na taką próbę na Hayabusie. Tak
daleko idące porównania z nowoczesnością go nie interesują. Ja za to
zasmakowałem w jeździe po normalnej drodze na Mammucie.
Kilkudziesięciokilometrowy odcinek przejechałem z maniackim uporem
kilka razy. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek jadąc na wprost miał takie
doznania.
Społeczność | Komentarze
Musisz być zalogowany by pisać komentarze! ZALOGUJ SIĘ >