Motocykl poleca:

Keeway Viva 125 2004

Poleć ten artykuł:

Chińczycy odwalili kawał dobrej roboty. KeeWay Viva wygląda super, jest wygodny i nieźle się prowadzi. A zatem, precz ze stereotypami!

Zobacz całą galerię

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Vivę, nie wierzyłem własnym oczom. Przede mną stał lśniący chromem i czarnym lakierem skuter na 16-calowych kołach. Miałem wrażenie, że jestem w salonie Piaggio lub też innej włoskiej marki, nie zaś u producenta jednośladów z dalekich Chin. Decyzja była błyskawiczna: – Chłopaki, pożyczcie nam ten skuter do testu!

Viva to jeden z najnowszych modeli w ofercie KeeWaya. Po raz pierwszy pokazano go pod koniec zeszłego roku, i od chwili debiutu ten retroskuter wywołuje spore zamieszanie. W dużej części jest to zasługa wyglądu. KeeWay przypomina oldtimera – skuter, którym równie dobrze mogła jeździć Sophia Loren czy inny aktor popularany w latach 60. ub. wieku. Dopiero rzut oka na detale pozwala stwierdzić, że mamy do czynienia z wyraźnie współczesnym jednośladem.


     
Dużo chromu i czerni – stylistykę KeeWaya zaczerpnięto z najlepszych wzorców. Przedni hamulcec Vivy działa dużo gorzej niż wygląda.  Klamka kanapy – zaskakuje chińska dbałość o detale.  


Chińczycy przez wiele lat mieli problemy z jakością swoich produktów. Viva jest zaprzeczeniem dotychczasowego stereotypu. Owiewki skutera są dokładnie spasowane i nie ma tu mowy o nierównych krawędziach łączonych elementów. Również jazda po kocich łbach nie wykazuje słabych punktów. Na pokładzie jest cicho, nic nie skrzypi, nic nie ćwierka. Wszystko OK. Elementy nie sprawiają wrażenia tandetnie wykonanych, a jedynym słabym punktem są śruby łączące poszczególne części. Kokpit Vivy to klasyka, choć, chcąc być obiektywnym, musimy skrytykować ustawienie prędkościomierza, który gdyby był zwrócony bardziej w stronę kierowcy, stałby się czytelniejszy. Kontrolki kierunkowskazów i zbyt wysokiej temperatury cieczy chłodzącej umieszczono w jednym polu. Mimo godzin drapania się w głowę i długich rozmów z kumplami, nie byliśmy w stanie wykombinować, dlaczego wskaźnik poziomu paliwa powędrował na wewnętrzną stronę przedniej owiewki, tuż nad lewe kolano. Czyżby umieszczenie go w kokpicie było aż tak wielkim problemem?

Obok przykrywanej blaszką stacyjki a’la wizjer w drzwiach w mieszkaniu wygospodarowano miejsce na spory, zamykany kluczykiem schowek. W jego wnętrzu bez problemu zmieszczą się rękawiczki i peleryna. Rozwiązanie godne pochwały, tym bardziej że schowek pod ogromną kanapą nie jest wcale taki duży. Nie zmieści się w nim kask, nawet otwarty. Widać, że projektanci myśleli o bagażach, bowiem wyposażyli skuter w topcase. Jest on mocowany do solidnego bagażnika, tuż za siodełkiem pasażera.

     
Nie wiedzieć czemu, wskaźnik poziomu paliwa powędrował daleko od kokpitu. W KeeWayu tylne koło opiera się na dwóch amortyzatorach.  Nie z tej bajki. Tłumik Vivy pasuje bardziej do maszyny sportowej niż do retroskutera.  


Pora na odpalenie maszyny i jazda. Z puszki ogromnej jak w superbike’u dobiega delikatny bulgot. Ruch rączką gazu i skuter żwawo przyspiesza, co trwa mniej więcej do prędkości 75 km/h. Później traci nieco na żywiołowości i temperamencie, a prędkość maksymalna to ok. 90 km/h. Pozycja za kierownicą jest wygodna. Nie mogłem narzekać na brak miejsca na nogi, co jest zasługą wielkości skutera, a w szczególności sporego rozstawu osi – 1353 milimetrów. W nieco gorszych warunkach podróżuje pasażer, a krytykę uzasadniają nieco za wysoko umieszczone podnóżki. Taka pozycja może okazać się mecząca podczas dłuższych etapów. Kto będzie używał skutera w mieście, nie będzie miał powodów do narzekań.

Najwyższa pora na wrażenia z jazdy. Wjeżdżam na nierówną drogę z betonowych płyt. Takie miejsca nie są żywiołem Vivy. Przednie zawieszenie od razu daje znak, że coś nie gra. Widelec co prawda miękko połyka nierówności, jednak po chwili następuje gwałtowne odbicie. Oj, przydałoby się lepsze tłumienie. Tył spisuje się niewiele lepiej, choć po tylnych amortyzatorach spodziewałem się czegoś zdecydowanie lepszego. Do wizerunku skutera nie pasuje również przedni hamulec. I nie mam na myśli jego wielkości (przednia tarcza ma ogromną średnicę), ale siły, którą należy użyć do jego zadziałania. Klamka wymaga uścisku na miarę strongmena. Efekt zaciśnięcia przedniego hamulca jest – powiedzmy – taki sobie. Na szczęście, w krytycznej sytuacji ratuje nas tylny, również tarczowy hamulec, zdecydowanie skuteczniejszy i wymagający do zadziałania użycia zdecydowanie mniejszej siły.

Tagi: test

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij