Motocykl poleca:

Koniec legendy

Poleć ten artykuł:

Wspólnicy William Harley i Arthur Davidson pewnie przewracają się w grobie. Ich legendarny V-twin po 110 latach doczekał się historycznych zmian.

Zobacz całą galerię

Powoli wchodzę do holu Muzeum Sztuki w Denver w stanie Kolorado. W typowy dla Amerykańców sposób, czyli z nie do końca zrozumiałą dla Europejczyków patriotyczną dumą i jednocześnie na pełnym luzie kolesie z Harleya-Davidsona zapraszają do prezentacji nowości na sezon 2014. Przełomowe zmiany kryją się pod kryptonimem "Project Rushmore", co kojarzy mi się z "Manhattan Project" – amerykańskim programem budowy bomby atomowej. Mam nadzieję, że to wróży naprawdę bombowe emocje.

Chłopaki z Milwaukee są dobrymi reżyserami, potrafiącymi dawkować emocje. Najpierw oglądamy nowe kufry, które będą montowane w turystycznej Elektrze, mijamy wystawkę przednich lamp, w których smętnie żarzącą się żarówkę zastąpiły oszczędne i jasne LED-y, by na koniec w  najodleglejszym zakątku sali stanąć oko w oko z nowym silnikiem, który doczekał się chłodzenia cieczą. Wow! Złamanie tradycji po 110 latach! Nowe silniki High Output Twin Cam 103 z nowymi wałkami rozrządu, nowym airboxem i zmienionym filtrem powietrza będą montowane w turystykach.

Jak to się robi w USA

Amerykanie wprowadzają zmiany w taki sposób, by były one niemal niewidoczne. Na pierwszy rzut oka ten silnik wygląda prawie identycznie jak poprzednik. Prawie, bo gdzieś nad głowicami, pod zbiornikiem paliwa wiją się dwa niepozorne, czarne przewody grubości kciuka. Chłodzący płaszcz cieczy przepływa jedynie obok gorących zaworów wydechowych, czyli system jest podobny do tego, który od początku roku znamy z BMW R 1200 GS. Twin-Cooled, bo tak Harley nazywa swój układ, ma chłodnice cieczy schowane w klasycznych osłonach nóg Elektr. W pozostałych modelach (Street Glide i Road King Classic) maleńka chłodnica jest umieszczona w dolnej części ramy tuż przed silnikiem. Jeśli się dobrze nie przyjrzysz, to jej nie zauważysz.

Projekt Rushmore trwał 3,5 roku. Ideą przyświecającą projektantom było skonstruowanie idealnego motocykla turystycznego. Ale jak to zrobić? Najlepiej zapytać klientów. Odpalono więc ogromną machinę marketingową, zaganiając użytkowników Harleyów do wypełnienia specjalnej ankiety.

O czym marzy harleyowiec?

Właściciele maszyn turystycznych marzyli, żeby podczas długich letnich parad nie było im za gorąco i oczywiście nie chcieli zrezygnować z komfortu. Harley przerobił więc w turystykach ponad 100 podzespołów znajdujących się między przednim a tylnym błotnikiem, nie zmieniając przy tym stylu maszyny. Gang i wygląd trzeba było zachować. Widzieć i być widzianym – tego w maszynach z Milwaukee nigdy nie może zabraknąć.
 
Ogromna, obracająca się wraz z kierownicą owiewka, nazywana przez fanów Batwing, góruje nad nowoczesnym, świecącym na jasnoniebiesko LED-owym reflektorem. W jej górnej części pojawiła się niemal niezauważalna szczelina, nazywana - a jakże! – Splitstream, przez którą pęd powietrza jest kierowany na wewnętrzną część szyby. Całością steruje maleńki przycisk, który zamyka lub otwiera nawiew. Czy to działa? Amerykanie nie byli przekonujący w swoich odpowiedziach, a ja mogę powiedzie tylko tyle: słabo! Mimo zmiany klasycznej żarówki na diody, nowy reflektor z dwiema dodatkowymi lampami z prawej i lewej strony nadal jest niepozostawiającym wątpliwości znakiem rozpoznawczym Electry Glide Ultra Limited czy też Street Glide’a.

Pierwsza krew na Electrze

Żeby podnieść motocykl z nóżki, trzeba się nieco spocić. Uff, najcięższy z Harleyów to 414 kg żelastwa, z czego 5 kg przypada na elementy nowego układu chłodzenia. Lżejsze są za to koła i błotniki. Bilans wychodzi prawie na zero. Gdy maszyna stoi pionowo, mój wzrok pada na cztery okrągłe, powiększone zegary, umieszczone w owiewce. Może zabrzmi to śmiesznie, ale wyglądają one po prostu fajnie. Prawdopodobnie nigdy w życiu nie skorzystam z woltomierza, a obrotomierz w przypadku tego silnika nie jest najważniejszy, pewne natomiast jest to, że całość jest naprawdę stylowa. Trudno się dziwić, skoro Electra Glide Ultra Limited, za którą trzeba zapłacić co najmniej 100 000 zł, jest sprzętem megaluksusowym i dopracowanym w najdrobniejszych detalach.

W ramach zmian nie odpuszczono przełącznikom na kierownicy. Moim zdaniem i tak były to najładniejsze guziki montowane w chopperach i cruiserach, do których te z japońskich sprzętów nigdy nie dorastały. Po drobnym liftingu – delikatne wgłębienia pod opuszki palców i troszkę płynniejsze działanie – są teraz klasą samą dla siebie. Ważniejszy detal: pojawienie się dwóch maleńkich dżojstików służących do sterowania zestawem audio i nawigacją. Uwierzcie – choć pomysł jest banalnie prosty, bo dżojstiki są patentem starym jak świat, ich działanie jest naprawdę znakomite. Obsługiwałem je wyłącznie kciukami, bez odrywania dłoni od kierownicy, mimo że nie mam łap wielkości bochna chleba. Oczywiście system nie działałby tak dobrze, gdyby nie przejrzyste menu.

Prawym kciukiem wciskam przycisk rozrusznika. V-dwójka budzi się do życia, miarowo kołysząc sprzętem. Tu niewiele się zmieniło, choć mam wrażenie, że chłodzony cieczą silnik jest minimalnie cichszy. W tym przypadku drgawki oznaczają życie. U Harleya tak było, jest i będzie. Z charakterystycznym kliknięciem wchodzi jedynka. Hydrauliczne sprzęgło pracuje lekko i nie wymaga żelaznego uścisku. Szkoda tylko, że mimo wielu zmian nikt nie wpadł na pomysł zastosowania regulacji klamek.

Tagi: HARLEY-DAVIDSON Street Glide | Harley-Davidson Electra Glide Ultra Limited | raport z jazdy

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij