Motocykl poleca:

Masterbike Enduro 2005

Poleć ten artykuł:

Tłum maszyn, mistrzowie off-roadu z całego świata, tumany kurzu nad hiszpańską Igualadą – trwa doroczny megatest Masterbike Enduro 2005.
Zobacz całą galerię


Nowoczesny hotel w hiszpańskim miasteczku Igualada przyjął tak jak można sobie wymarzyć – obsługą składającą się z pięknych dziewczyn. Pojawiły się znajome twarze, m. in. fiński zwycięzca mistrzostw świata z 2000 roku Vesa Kytonen, gwiazda mistrzostw świata i wielokrotny mistrz Niemiec Dietmar Lacher, nie zabrakło wiecznie uśmiechniętego od ucha do ucha Meksykanina José Luisa Matazzedony. Witając się i poklepując po plecach z dawno niewidzianymi kolegami, cały czas wsłuchiwałem się w swój organizm. Przekonanie go, że 30-stopniowy upał pod koniec jesieni to normalka nie było łatwe. Nudę pozowania do zdjęć grupowych i solo pokonałem tylko dzięki perspektywie smacznego obiadu. Podczas posiłku mieszały się wszystkie oficjalne języki ONZ. Jedynie Australijczyk Sam McLaughlan posługiwał się jakąś chyba tylko sobie znaną odmianą angielskiego. Ale czemu się tu dziwić, skoro facet na co dzień chodzi... do góry nogami. Vesa Kytonen zaś sumiennie zapracował na tytuł króla języków – mówił wyłącznie po fińsku i upierał się, że nie ma w tym niczego dziwnego.

Po południu – pierwsze próby na czas. Na tablicach wyświetla- ła się kolejność startów. Test crossowy każdego z motocykli enduro trwał około 2 minut, natomiast próba specjalna – około 5 minut.




Na początek kategoria E1 (dwusuwy 125 cm3 i czterosuwy 250 cm3). Oczywiście wszyscy jeźdźcy postawili sobie za punkt honoru, aby z trzynastu postawionych do naszej dyspozycji maszyn wycisnąć ostatnie soki. Wielu z nas zaskoczyło to, że w poszczególnych kategoriach z roku na rok przybywa motocykli. Nasze przewidywania, że czterosuwy będą coraz bardziej wypierać dwusuwy, okazały się błędne. Myśleliśmy, że małe bzyki zostaną całkowicie stłamszone. Tak się jednak nie stało. Wszyscy producenci, którzy postanowili wystartować w Master Enduro (czyli czołówka firm w komplecie), wystawili swoje rumaki z dwu- i czterosuwowymi silnikami, zamontowanymi w tych samych ramach. Jeźdźcy zostali więc poddani ostremu sprawdzianowi, ale nikt nie narzekał. Wszyscy wiedzieli, że do Igualady nie jedzie się na piknik.

Każdy miał przejechać rundę próbną testu crossowego, po której następował pomiar czasu jednego okrążenia. I tak na 13 maszynach. To samo na pięciominutowej próbie specjalnej, którą poprowadzono w najcięższym skalistym terenie. Z powodu wielomiesięcznej suszy, na wyznaczonym torze kurzyło się jak podczas burzy piaskowej na pustyni. Nawet często wyjeżdżające na trasę polewaczki nie dawały rady. Modliliśmy się, by spadł mały deszcz. Ale taki, który oszczędziłby skaliste, usiane korzeniami odcinki leśne.

Niebiosa nam sprzyjały, bo oto deszcz spadł i poprawił warunki przeprowadzania testu. Nawet fotografowie cieszyli się jak dzieci, bo zaraz wyszło słońce. Pokrzepieni na duchu, kontynuowaliśmy zajęcia. Później dowiedzieliśmy się, że mieliśmy wielkie szczęście, bo nad Madrytem spadło w tym czasie tyle deszczu, że ulewa podtopiła domy.



Drugiego dnia było najciężej. Już o godz. 8: 30 wystartowały duże kategorie (E2: dwusuwy 250 cm3 i czterosuwy 450 cm3 oraz E3: powyżej 450 cm3). Aż 20 motocykli poddano testowi. Po południu zaś zaplanowano próbę specjalną maszynami kategorii E1. Taki plan dnia oznaczał piekło dla mechaników. Mieli oni bowiem za zadanie wyregulować motocykle według indywidualnych gustów i wagi jeźdźców. Czyli np. musieli ustawić zawieszenia w 33 maszynach według życzeń dziewięciu jeźdźców.

Impreza trwała aż do zmierzchu, więc do hotelu wróciliśmy, powłócząc nogami ze zmęczenia. Nasze szeregi przerzedziły się nieco, bo podczas nieszczęśliwej wywrotki Didi Lacher złamał żebro i na tym skończył się jego udział w imprezie. Na części trasy biegnącej przez las były tak strome zjazdy, że ofiar mogło być znacznie więcej. Tylko dzięki ostrzeżeniom Lachera zachowaliśmy kości.

Mimo zmęczenia, na kolacji zjawili się wszyscy. Zgadywankom, kto i na którym motocyklu był najszybszy, nie było końca. Ale jak zwykle oficjalne wyniki podano dopiero na zakończenie megatestu. Chodziło o to, abyśmy zbyt wcześnie nie przesądzili, co myślimy o poszczególnych motocyklach. Nasze opinie bowiem w 10 proc. decydują o ostatecznej punktacji. Najlepsze notowania na tej nieoficjalnej giełdzie informacji miały „400” KTM, WR 450 F i CRF 250 F, ale – jak się potem okazało – żaden z nich nie dotarł do finału! KTM 400 EXC Racing został uznany za faworyta ze względu na łatwość prowadzenia, WR 450 z powodu precyzyjnej amortyzacji, CRF 250 z uwagi na mocny silnik.



Na początek trzeciego dnia organizatorzy zafundowali nam kolejną przyjemność – czterogodzinną walkę ze stoperem. Potem przy obiedzie do upadłego dyskutowaliśmy nad czasami, które udało nam się uzyskać. Interesujące było porównanie faktów z odczuciami. Okazało się bowiem, że w przypadku niektórych motocykli odczuwanie tempa jazdy wyraźnie rozmijało się ze wskazaniami stopera. W kategorii E1 zwyciężył WR 250 F, w kategorii E2 – CRF 450 F, natomiast w najwyższej – „mały” Gas Gas EC 300. Gdy poznaliśmy wyniki, przyszedł czas na głęboką analizę i doszukiwanie się przyczyn tak dużych różnic czasowych, niejednokrotnie aż 10-sekundowych.

Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij