Motocykl poleca:

Masterbike motocross 2004

Poleć ten artykuł:

Producenci coraz łatwiej radzą sobie z konstruowaniem coraz lepszych czterosuwów do motocrossu. Master Motocross 2004 miał odpowiedzieć na wielkie pytanie – czy skończyła się już epoka dwusuwów.
Zobacz całą galerię

Czwartek. Błyskawice i oberwanie chmury podtopiły i tak rozmoknięty tor. Wszyscy śmiali się, że to wielokrotny mistrz Niemiec i czterokrotny mistrz świata Dietmar „Didi” Lacher przywiózł ze sobą kiepską pogodę. Uczestnicy mieli więc niezaplanowane wolne popołudnie, bo wyjazd na tor byłby totalną pomyłką. Jedynie kolesie na hamowni mieli pełne ręce roboty. Od czasu do czasu rozbrzmiewał ryk silników katowanych właśnie motocykli. Pepe, genialny hiszpański organizator, którego długiego imienia nie podam z braku miejsca, obiecał lepszą pogodę, ale pod koniec tygodnia. Piątek rano. Słońce znowu nie miało siły, aby przebić się przez chmury. Czekaliśmy na nie w napięciu równym oczekiwaniu na wyniki totka. W końcu całe towarzystwo zwlekło się z wyrek i ze smutkiem w oczach pojechało w kierunku rozmokłych wzgórz Talavera. Grafik testów został wywieszony z jednogodzinnym opóźnieniem. To zrozumiałe – musimy się przecież przenieść na inny tor. Ten pierwszy, z powodu opadów, nie nadawał się do jazdy. Cóż było robić, ekipa KTM-a zaczęła ładować swoje motocykle na 30-metrowego tira. Podobnie zrobiły inne teamy, współpracując ze sobą wyjątkowo zgodnie.




Na nowym miejscu postawiono przed nami niełatwe zadanie przetestowania w ekstremalnych warunkach oraz oceny aż 24 motocykli w ciągu jednego dnia. To graniczyło z cudem. W tych trudnych chwilach Pepe pokazał swoje drugie oblicze. Wyglądał niczym bezwzględny nadzorca niewolników. O zmierzchu większość z nas była śmiertelnie zmęczona, lecz radość, że wreszcie udało się to skończyć, dodawała nam skrzydeł. Wieczorne wypełnianie kart testowych przełożyliśmy na rano. Było to o tyle uzasadnione, że na każdym motocyklu przejechaliśmy po trzy okrążenia, z których dwa pełnym ogniem, co w sumie daje 100 minut speędzonych w siodle (24 motocykle, 3 okrążenia, średnio 1,4 minuty każde). Niemało! Tor nie ułatwiał nam zadania, bowiem miał piaszczyste fragmenty, które szybko przemieniły się w okropne wertepy. Sobota była dniem zakwasów. Nareszcie widać cierpienia tych, którzy przyjechali tu na zwyczajny test motocrossowy. Na szczęście, moja kondycja była całkiem niezła i spokojnie wypełniłem kartę testu przed ogłoszeniem decydujących wyników. Wszyscy snuli domysły, którym towarzyszyła precyzyjna analiza wyników. Wielu przeklinało a to sędziów mierzących czas, a to stan toru. Chronometrażystom nie udało się idealnie ustawić fotokomórki, przez co być może nie zmierzono tych najmniejszych różnic w uzyskanych czasach. W trakcie kwalifikacji do finału 0,03 s miało naprawdę duże znaczenie. By przerwać tę akademicką dyskusję, organizatorzy ponownie zaprosili nas na trasę, tym razem w celu zrobienia zdjęć. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł wjechania na stromy pagórek w siodle jednej z „450”, tak by fotograf mógł zrobić jakieś wystrzałowe zdjęcie. Niestety, w połowie 100-metrowego podjazdu musiałem dać za wygraną. Po chwili ponownie zaatakowałem szczyt. Niewiele brakowało i wywróciłbym się, dając w ten sposób satysfakcję złaknionym sensacji paparazzim. Na szczęście wszystko poszło OK. Kiedy tylko dojechałem do depo, ogłoszono wyniki. Chwilę potem wyruszyliśmy na trzech zwycięskich motocyklach na tor, by rozstrzygnąć, kto jest najlepszy w Master Motocross. Pierwszy z finalistów Lacher w porównaniu z dniem wczorajszym jechał wyraźnie szybciej, ale na szczęście także ja (drugi w finale) zdołałem poprawić swój czas o 2 sekundy. W ten sposób ustanowiłem najszybszy czas okrążenia. Na KTM-ie SX 525 wykręciłem czas 1:13,5 min. Jednak wtedy nie było odpowiedzialnych za chronometraż. Zaspali czy co...?


Szampana zdobyli grupa KTM i Pepe, któremu wlano go za kołnierz. Potem były jeszcze pamiątkowe fotki, radość ze zwycięstwa, poklepywania, runda honorowa i parę pytań w stylu: Jaki motocykl zafundujesz sobie w przyszłym roku? Gdy zbieraliśmy się do wyjazdu, słońce przebiło się przez chmury. Viva Espania, Talavera, Madryt! Miejmy nadzieję, że spotkamy się w przyszłym roku, a pogoda potraktuje nas zdecydowanie łagodniej.

Zdążyliśmy już przyzwyczaić się, że jesienią każdego roku ze wszystkich stron świata ściągają tłumy jeźdźców testowych na prezentacje nowych motocykli crossowych. W tym roku zaszczyt zorganizowania Master Motocross 2004 przypadł Hiszpanom. Niespodzianką była spora liczba motocykli przeznaczonych do tego morderczego testu. Pełna gama włoskiej firmy TM, nowe dziecko fuzji Kawasaki-Suzuki – czterosuwowa „250” KX-F/RM-Z były prawdziwymi nowinkami. Nieobecność Husqvarny można wytłumaczyć problemami finansowymi. Na temat maszyn i warunków testu można powiedzieć tyle, że mogliśmy przejechać każdym motocyklem jedno okrążenie próbne, a potem dwa na serio. Punkty można więc było przyznawać jedynie na podstawie subiektywnych wrażeń, bez znajomości czasów przejazdów. Konfrontacja nie pokazała wyraźnych różnic między motocyklami w obrębie jednej klasy, i trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, kto został zwycięzcą. Namoknięty tor wypaczał wyniki, dlatego ekipy przeniosły się gdzie indziej. Krótkie okrążenia z ciasnymi nawrotami dawały przewagę małym i lekkim maszynom i ani różne moce, ani różnice w zawieszeniach nie rozciągały stawki, jak to miało miejsce w zeszłym roku.




W kategorii GP wygrał Suzuki RM 250. W klasie 3 wystartowały tylko dwie maszyny. Po zaciętej walce z dysponującym wyższą mocą Husabergiem 550, tegorocznym królem motocrossu został KTM SX 525. W klasie 2 wygrała nowa Honda 250, która miała najsłabsze osiągi, ale jedno szybko pokonane okrążenie wysforowało ją przed lżejsze Kawasaki i Suzuki oraz Yamahę YZ 250 F. Z punktacji i ogólnej oceny jednoznacznie wynika, że można było liczyć na zwycięstwo Kawy KX 250 F, ale zawieszenia, podrasowane przez HM Racing, dały Hondzie bezsprzeczną przewagę. Pozostanie tylko pytanie, jaki byłby końcowy wynik, gdyby pozostawić ustawienia fabryczne. Team Yamahy Ausio zestroił swoje silniki w specyficzny sposób, tak że trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy silnik jest zbyt mocny, czy motocykl jest tak trudny do opanowania. Co się zaś tyczy RM, nasuwa się pytanie, czy najlepszy czas okrążenia wykręcony na nim przez Didi Lachera zaważył na wyniku. Pozostali zawodnicy osiągali na tym motocyklu tylko przeciętne czasy.

Po zmianie toru sędziowie mieli możliwość jedynie ręcznego pomiaru czasu. Jeżeli o zwycięstwie decydowały setne części sekundy, to każdy pomiar mógł wydawać się podejrzany. Tak samo wszyscy potraktowali ostateczny werdykt, chociaż nie wszyscy sędziowie odczytali przy zwycięskiej próbie KTM-a 525 czas o jedną sekundę lepszy. To zrodziło mnóstwo pytań i bodaj choć raz okazało się, że opinia doświadczonych zawodników znaczy przynajmniej tyle samo, co cały system pomiarów i oceny.


Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij