Motocykl poleca:

Ohle V 12 - 435 KM żywiołu

Poleć ten artykuł:

„Jazda próbna? No dobra, przecież obiecałem, ale zróbmy ją blisko szpitala. W razie czego nie będzie daleko...”. Zmroziło mnie, ale nie było tak źle.
ohle-v-12-2011-02.jpg Zobacz całą galerię

Od mniej więcej roku po necie krąży filmik pokazujący motocyklową samoróbkę z piecem V 12. Jego konstruktor, mieszkający w Wuppertalu Frank Ohle, podłubał przy podwoziu Boss Hossa, wcisnął w nie sześciolitrowy silnik z samochodu Aston Martin DB7 i teraz od czasu do czasu wyprowadza tego potwora na spacerek, racząc uszy lokalesów gangiem silnika o mocy 435 KM. Wystarczył news w naszym miesięczniku (link), aby Ohle zaprosił na jazdę próbną.

I oto stoję obok monstrum o długości 3 metrów i rozstawie osi 2,33 metra. Gościa, który zbudował takiego giganta, wyobrażałem sobie jako dwumetrowego wikinga z łapami jak niedźwiedź i wielkim brzuszyskiem. Tymczasem mający na oko pod pięćdziesiątkę Frank Ohle mierzy jakieś 1,76 m wzrostu. „Skoro jemu udaje się zapanować nad tą górą żelaza, to i ja dam radę” – myślę.



30 litrów na setkę
Omiatam kolosa wzrokiem. Widzę, że przednia opona jest zamontowana odwrotnie do kierunku obrotu. Gdy niby od niechcenia pytam, czy aby na pewno tak ma być, Ohle mówi: „W moim ostatnim Harrym kapeć też był na odwrót i wytrzymał 10 000 km. Toczył się, odprowadzał wodę, a o to chyba chodzi?”. Dobra, niech mu będzie.

Frank przekłada nogę nad kanapą. Postawienie maszyny do pionu idzie mu jak z płatka. Lewą ręką przekręca kluczyk dyndający gdzieś w okolicy łydki. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak ryczy Godzilla, kiedy odbierze się jej ulubioną zabawkę, albo jak brzmi zdetonowana w amfiteatrze bomba? Sprzęt Ohlego to pokazuje: miasto pada na kolana, szyby wypadają z okien, a drzewa pochylają się do samej ziemi. Słowem – jest moc! Jedynie wyraz twarzy Franka pozostaje niewzruszony. „Muszę kopsnąć się na stację benzynową. Jedź za mną”– rzuca lakonicznie. Następnie ręczną dźwignią umieszczoną z lewej strony zapina jedynkę i rusza. Na stacji benzynowej spotykamy się ponownie. Zbiornik paliwa mieści 33 litry. „Lubi to bydlę wypić, oj lubi... – mruczy Frank. – Jeszcze nigdy nie zszedłem poniżej 16 litrów na setkę. A kiedy porządniej odkręcę, łyknie i 30 litrów”.

Podczas tankowania Frank opowiada o pierwszych jazdach testowych, kiedy chciał porządnie przegonić 435 koników, ale silnik po prostu odmówił współpracy. Efektem było to, że oryginalny kranik spoczywa gdzieś w kartonie, a jego miejsce zajął półcalowy kurek (z kaloryfera?) o potrójnej przepustowości. To i grube jak pyton węże wreszcie zaspokoiły pragnienie widlastej dwunastki.

Ponad 700 kg, 556 Nm, 435 KM, tylny kapeć 300 i mżawka – gdybym bardziej uważał na lekcjach fizyki, nigdy z własnej woli nie wpakowałbymsię w taką sytuację.

3/4 tony do pionu
Razem z fotografem ruszamy za Frankiem. Co ciekawe, wcale nie wybrał najłatwiejszej wylotówki z miasta. Jedziemy wąskimi drogami, mijając kilka wiosek. Dokąd? Wie to jedynie Frank. Gdy przejeżdżamy, okna gwałtownie się zamykają, ludzie stają na baczność, a psy zamierają w bezruchu. Z dwóch nieproporcjonalnie wąskich kominów dobywa się piekielne dudnienie – oznaki tętniącego w 12 garach 6 litrów żywiołu. Frank wyluzowany pokonuje kolejne winkle. Po jakimś czasie zatrzymuje się na wąskiej dróżce, zsiada z maszyny, klepie mnie po plecach i mówi: „Teraz twoja kolej. Tam dalej jest parking, gdzie możesz zawrócić”. Zawrócić... Cóż. Do utrzymania 3/4 tony w równowadze mam tylko prawą nogę, bo lewa próbuje zamknąć boczną podstawkę. Pojawiają się pierwsze krople potu. Uff, nareszcie stopka w górze. O asfalt opieram się końcówkamipalców obu stóp.

Automatyczna skrzynia ma trzy biegi: zwykły, na którym można jechać tak do 200 km/h, nadbieg, wyposażony w przełożenie do około 300 km/h, oraz wsteczny. Odpalanie sprzęta odbywa się na biegu jałowym. Strzał i 12 tłoków harcuje w cylindrach, 5 litrów oleju przekładniowego bulgocze w skrzy ni, 12 litrów cieczy chłodzącej krąży w silniku, 9 litrów oleju przeciska się przez silnik, smarując i chłodząc jednocześnie. Ten ogromny silnik ma 80 cm szerokości, 100 cm długości i waży 300 kg bez osprzętu. Z powodu tak dużego napędu muszę rozchylić kolana prawie do szpagatu, czuję się więc bezradnie, bezbronnie i trochę głupio.

Polecenia skrętu idą z metrowej szerokości kierownicy przez dwie olbrzymie półki i niekończący się widelec gdzieś tam na przednie koło. Jest w tym coś z zabawy w głuchy telefon. Czuję się obco i przewiduję, że przednie koło nie poinformuje mnie, dokąd zmierza, a napęd prawdopodobnie nie przekaże mi informacji, kiedy 556 Nm momentu obrotowego postawi przed 300-milimetrowym tylnym laczkiem wymagania, których ten nie będzie w stanie spełnić.


6 litrów, 12 garów – godny piec!

Ale… tylko tak mi się wydaje! Kolos rusza bowiem zaskakująco miękko i pozwala się całkiem łatwo kontrolować. Dotaczam się do pokrytego asfaltem, lekko opadającego parkingu o wymiarach 100 x 20 metrów. Manewrowanie na nim to dramat, ale to moja, nie sprzęta wina: jadę zbyt wolno, za mało pochylam ten kawał stali, dłonie kurczowo wczepiam w kierownicę, rozpaczliwie wiosłuję stopami. Na razie nie potrafi ę inaczej, bo mam wrażenie, jakby przednie koło było już w następnej wiosce, podczas gdy tylne jeszcze nie wyjechało z parkingu.

Nie dla cieniasów Uff, zawróciłem! Zlany ze strachu potem wracam do skrzyżowania w kształcie litery T, na którym bez bólu skręcam w lewo. Nagle widzę dwie starsze panie z ratlerkiem przechodzące przez ulicę. Klakson okazuje się zbyteczny. Sprawę załatwiam lekkim podkręceniem gazu. Czaaaaaad! Potwór nie ma obrotomierza, ale przy jakichś 1000 obr/min pomykam 80 km/h. Skrzynia biegów całkiem po ludzku zamienia moc w ruch. Obawa przed buksującym w niekontrolowany sposób tylnym kapciem była nieuzasadniona. To dodaje odwagi i powoduje, że panika topnieje jak lód na grillu.

Tagi: Ohle V12

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij