Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.6

PGO G-max

Skutery sportowe cieszą się niesłabnącą popularnością. PGO G-max chce wykroić dla siebie miejsce wśród nich. I nic dziwnego, bo jest o co walczyć.

G-max niewątpliwie zwraca na siebie uwagę. Agresywne, sportowe linie, dwukolorowe malowanie i oryginalna sylwetka pozwalają od razu stwierdzić, w jakim celu powstał ten skuter. Sylwetka PGO jest masywna i sprawia wrażenie maszyny klasy 125 cm3. Nic w tym dziwnego, skoro nadwoziu towarzyszą jednostki napędowe o pojemności nawet 200 cm3. Sportowe akcenty można znaleźć w każdym elemencie tego rollera i nie ma tu żadnych niedomówień – sport to jego dewiza.

Można to poczuć zaraz po zajęciu miejsca za sterami: twarde zawieszenia już w chwilę po ruszeniu nie pozostawią żadnych złudzeń. Skutkiem twardego zestrojenia podwozia jest częsty brak kontaktu czterech liter z kanapą – zwłaszcza na miejskich, nierównych nawierzchniach – ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, czyli że sport można pogodzić z komfortem. Ciekawostką jest umieszczenie tylnego amortyzatora w przekroku. Jest on z zewnątrz widoczny przez specjalne okienko, a lakierowana na czerwono sprężyna dodatkowo podkreśla, o co w tej maszynce chodzi. Sprytnie poprowadzone elementy nadwozia imitują aluminiową ramę, co jest widoczne szczególnie w tych wersjach kolorystycznych, gdzie są malowane na srebrno. Chromowany wlew paliwa dodaje prestiżu, natomiast fikuśna szybka nad zegarami jest elementem czysto dekoracyjnym. Wszystkie te bajerki dowodzą, że G-maxa wykonano z dużą dbałością o szczegóły. Plastiki, z których złożono owiewki tego tajwańskiego bzyka, są spasowane bez zarzutu, a jakość lakieru nie daje powodów do krytyki. Jeżeli ktoś lubi sportowe linie, ta maszynka powinna przypaść mu do gustu.






Wygląd PGO G-maxa pozwala natychmiast stwierdzić, na czym wzorowali się jego konstruktorzy. Za inspirację posłużyły Peugeot Speedfight i Gilera Runner – jednez popularniejszych skuterów w klasie sportowej. To kolejny dowód na to, dla kogo ma być ten sprzęcik.

Kokpit prezentuje się całkiem okazale. Znajdziemy tu – oprócz prędkościomierza – zegarek, zestaw kontrolek i – jak na sportowca przystało – duży obrotomierz. W sprawie ich czytelności nie ma się do czego przyczepić. Przednie światło dobrze oświetla drogę. Jego wygląd sugeruje, że mamy do czynienia z układem dwureflektorowym. Ale to zmyłka – główny reflektor znajduje się pośrodku przedniej owiewki, lekko zasłonięty przez element dzielący dwie szybki świateł.

Napędzający G-maxa, chłodzony powietrzem dwusuw o pojemności 50 cm3 nie należy do siłaczy w tej klasie, a i spalanie na poziomie 5 l/100 km nie jest powodem do dumy. Pomimo nie najgorszej, jak na skuter o tej pojemności, prędkości maksymalnej (ok. 65 km/h), jaką udało mi się uzyskać, przyspieszenia nie pozwalały konkurować nawet z maluchem podczas startu spod świateł. Trochę mnie to irytowało, bo po sportowym wyglądzie sądziłem, że i silnik jest odpowiedni. A tu kicha – spodziewałem się bestii, a pokazała mi się owca w skórze wilka. Sytuacja zapewne uległaby poprawie, gdyby stuningować silnik i zaopatrzyć go w akcesoryjny układ wydechowy.

Przedni hamulec może uchodzić za wzór do naśladowania w tej klasie: tarcza typu wave, dwutłoczkowy zacisk pływający i przewód hamulcowy w stalowym oplocie umożliwiają na zawołanie unieść tył podczas osadzania sprzęcika w miejscu. Czyli przedni hebel jest przystosowany do poprawek w układzie napędowym, o których wyżej. Tylny bęben nie powala skutecznością. Mimo to układ hamulcowy generalnie daje radę.





Skuter sportowy ma swoje prawa, dlatego próżno szukać w nim schowka pod kierownicą czy uchwytu na siatkę z zakupami. Sportowe geny trzeba też winić za to, że ochrona przed wiatrem czy deszczem jest znikoma, a na wąskich podłogach nie ma tyle miejsca, by móc zmieniać kąt ugięcia kolan.

Tylko po co komu to wszystko, skoro w sporcie pełną gębą liczy się tylko dzidowanie i latanie po winklach – a G-maxowi całkiem zręcznie wychodzi tylko to drugie. Twarde zawieszenia, w połączeniu z 12-calowymi obręczami, obutymi w nieźle trzymające, szerokie opony oraz wąska kierownica pozwalają na mocne i pewne złożenia w winklach.

Nie jest to jednak sprzęt dla tych, którzy jakiekolwiek odstępstwo od sportu traktują jak grzech ciężki. 7,5-litrowy zbiornik paliwa umieszczono w przekroku, co pozwoliło pod kanapą wygospodarować pokaźny schowek. W jego wnętrzu spokojnie zmieści się nawet dużych rozmiarów kask jet, a podświetlenie przyda się, gdy będziemy w nocy szukać drobiazgów. Wlew paliwa oraz schowek są otwierane ze stacyjki, co z pewnością ułatwi życie użytkownikowi. Pokaźne lusterka dają zadowalający wgląd w to, co dzieje się za plecami, jednak ich wąski rozstaw sprawia, że przy każdym spojrzeniu wstecz chcąc nie chcąc skontrolujemy, czy łokcie są na swoim miejscu.

Twardość zawieszeń trochę rekompensuje wygodna kanapa, a solidny uchwyt oraz rozkładane podnóżki pasażera – rodem z motocykla sportowego – pozwolą spróbować sił nawet z dwiema osobami na pokładzie. Jazda w duecie oznacza jednak drastyczny spadek osiągów.

PGO G-max wydaje się ciekawą propozycją dla żądnego sportowych emocji skuteromaniaka. Na tle europejskiej konkurencji jego asem w rękawie na pewno będzie cena (niecałe 7000 zł). Aby zagroził europejskim sportowcom osiągami, należałoby zainwestować w akcesoria podnoszące moc silnika.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Skutery sportowe cieszą się niesłabnącą popularnością. PGO G-max chce wykroić dla siebie miejsce wśród nich. I nic dziwnego, bo jest o co walczyć.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 05:18:55
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij