Motocykl poleca:

Porównanie café racerów – wściekli i szybcy

Poleć ten artykuł:

Tych pięć café racerów potrafi sprawić, że czas od fajrantu do paciorka na dobranoc upłynie jak mrugnięcie okiem. Wielu bikerów patrzy na te sprzęty jak na tańczące przy rurze laski.

cafe-racer-bmw-triumph-kawasaki-ducati-moto-guzzi-04.jpg Zobacz całą galerię

To było hobby, ale i subkultura. W Anglii lat 60. XX wieku młodzi buntowali się przeciwko obowiązującym normom, przeciwko wyścigowi szczurów. Rockersi nosili czarne, nabite ćwiekami, obwieszone klubowymi znaczkami skórzane kurtki i siali postrach. Spotykali się w ulicznych knajpkach, a na parkingach dla ciężarówek przy obwodnicach miast sprawdzali efekty rasowania swoich motocykli, słuchając zakazanego wówczas w BBC rock’n’rolla. Ich nazwa pochodziła nie od rodzaju muzyki, lecz od jednego z elementów silnika. Rocker to po angielsku dźwigienka zaworowa.


Od knajpy do knajpy
Buntownicy rzucali się w oczy (i uszy), nieodłącznym ich atrybutem były bowiem motocykle. Kanapy z zadupkami, puste, zadarte ku niebu wydechy i krótkie kierownice z opuszczonymi końcówkami sprawiały, że maszyny były drapieżne, nawet gdy stały przed knajpką. Ostre były też w prawdziwym życiu, co ich jeźdźcy udowadniali podczas mniej lub bardziej legalnych ulicznych wyścigów. Mówiono o nich café racers, bo ścigali się parami od jednej kawiarni do drugiej. Wśród pokrzykiwań tłumu gnali więc do wyznaczonego punktu i wracali, zanim skończyła się płyta w szafie grającej. Ich motocyklezbudowano przede wszystkim po to, by wygrywały wyścigi i by przynosiły właścicielom sławę i chwałę. Ale te supermaszyny szalonych lat 60. podbijały serca także w czasie powolnego lansu po mieście.

Od tamtej pory Ziemia wiele razy okrążyła Słońce, ale café racery ciągle żyją i jest ich coraz więcej. Żadne tam plastikowe odrzutowce, lecz maszyny zbudowane z litego metalu. Wehikuły czasu, będące jednocześnie ucztą dla oka: na ich widok stajesz jak wryty, bo oszałamiają zapomnianym już pięknem.

Pewnego ranka spotykamy się na torze Solitude pod Stuttgartem. Jest nas pięciu, pięć jest też maszyn. Wszystkie mają styl, duszę i fantastyczny gang. Wszystkie wyposażono w dwa chłodzone powietrzem cylindry, zgodnie ze standardami ówczesnej techniki. Wszystkie mają też szprychowe koła, pojedyncze kanapy, ramy z rur stalowych oraz wahacze.

ACE 904 S Triumph Thruxton Special
Ukłony w stronę tradycji: stacyjka ulokowana z lewej strony reflektora oraz dekle imitujące konstrukcję z oddzielnym silnikiem i skrzynią biegów, wtrysk paliwa zamaskowany „gaźnikami”.  


Ton-up, czyli + 100 mil/h
Wśród warkotu maszyn najlepiej słychać ACE 904 S Triumpha Thruxtona Speciala, który w pojedynkę brzmi, jakby grała wataha motocykli. Na każdy ruch gazem jego oba gary wściekłym rykiem wypełniają ręcznie wyklepane wydechy à la Norton. Na jałowym biegu ich dźwięk przypomina strzelające seriami działko przeciwlotnicze. Trudno w to uwierzyć, ale Mark Wilsmore dojechał czymś takim z Anglii aż na południe Niemiec. Swoją drogą, ten koleś może robić za guru wśród dzisiejszych rockersów: w 2001 roku reaktywował w Londynie Ace Café – kultową knajpkę tej subkultury.

Mark bez zbędnego proszenia oddał do naszej dyspozycji swą maszynę skonstruowaną przez eksperta od Triumpha T3 Racing. Takich sprzętów powstało zaledwie 15. Każdy kosztował 15 999 funtów, czyli na dzisiejsze pieniądze niecałe 75 tys. zł. Ośmiozaworowy twin z zestawem big-bore ma pojemność 904 cm3, w jego wnętrzu pracują tłoki Wiseco 92. Wtryski mają gardziele powiększone o 2 mm (39 zamiast 37 mm) i zmienione wałki rozrządu. Do tego doszły nowe mapy zapłonu, co sprawiło, że obroty maksymalne wzrosły do 8500/min.

Krótkoskokowy twin z odchudzonym alternatorem swobodnie kręci aż do samej góry. 80 KM w czasach świetności maszyn tego typu to był prawdziwy odpał. Magiczne wówczas the ton – 100 mil/h, czyli 160 km/h – ACE osiąga bez wysiłku. Już po chwili duży cyfrowy kokpit HM (dashboard) ze złączem USB do odczytywania czasów dziennych pokazuje 140 mph, czyli 220 km/h. Za taką maszynę szybcy i wściekli lat 60. oddaliby naprawdę wszystko.

No dobra, trochę raziłby ich cyfrowy obrotomierz. Nie wiem jednak, czy byliby w stanie wybaczyć Triumphowi, że wyprodukowano go w Tajlandii, a w starej, dobrej Anglii jedynie go trochę podrasowano. Wskaźnik zapiętego biegu, ostry, sześciotłoczkowy hamulec ISR, nieziemsko piękne lakierowanie i frezowane półki widelca powinny ich nieco ułagodzić. Natomiast zawieszenia, wyprodukowane specjalnie dla Ace przez brytyjskiego Nitrona – delikatnie badający nawierzchnię widelec upside-down z powłoką tytanowo- azotkową, oraz amortyzatory teleskopowe z pełną regulacją (łącznie z ustawieniami high- i lowspeed) – na pewno rzuciłyby ich na kolana.

Opony Michelin Power One na 17-calowych felgach trzymają się drogi jak przyklejone. Na szerokich zakrętach – marzenie, natomiast w ciasnych winklach zaczyna trochę przeszkadzać zbyt mały kąt główki ramy. Dlatego Ace wymaga nieco pomocy bikera, ale tylko na początku, bo dalej już składa się samoczynnie.

Tagi: Ace 904 S | Triumph Truxton | Rütten-BMW | Revzur 980 | Lohrig-Ducati | Sport 1000 | Wedmeyer-Moto Guzzi | Le Mans III Scoro 850 | Dötsch-Kawasaki | Rickman W 650

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij