Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
1.0

Royal Enfield Bullet 500

Royal Enfield Bullet 500 to kawał klasyka. Jego detale to nie udające metal atrapy, lecz prawdziwe blachy, złote szparunki wykonano ręcznie. Jednak stoi przede mną nie oldtimer, patrzę na maszynę seryjną, jedną z około miliona sztuk, które przez równo 50 lat zjechały z taśm montażowych w indyjskim stanie Madras.


Mocno podjarany, kopnąłem kickstarter indyjskiej maszyny z angielskimi genami, a tu nic. Pierwsze śliwki – robaczywki. Jeszcze raz. Znowu nic. Tylko bez nerwów. Bulleta (ang. pocisk) nie można wystrzelić ot tak, po prostu. Rozruch to prawdziwe misterium. Ssanie? OK. Dopływ paliwa? Otwarty. Kickstarter we właściwej pozycji? Tak. Biegi na luzie? Też, choć brakuje kontrolki informującej o tym. Stop, szybki rzut oka na świece zapłonowe. Jeśli są zalane, nie ma co się męczyć. Warto spojrzeć na amperomierz, by sprawdzić, czy tłok jest na właściwej pozycji i we właściwym suwie. Wreszcie zaskoczył! Odrobina gazu i... O w mordę! Szyby w oknach dzwonią jak na alarm, doniczki z kwiatami wędrują po parapetach, od murów odbija się grzmot jednocylindrowca. Nie ma co liczyć na stabilny bieg jałowy, jedynie stałe podkręcanie obrotów utrzymuje jednostkę napędową przy życiu. I tak przez całe czerwone światło na każdym skrzyżowaniu. Zapala się zielone. Nooo, duża sprawa, czujesz się, jakby heavy metal walił ci prosto w uszy z głośników wielkości tira.


Jeden z dłuższych tłumików świata niekoniecznie jest najcichszy. 94 decybele przy 2750 obr/min. Jakieś pytania? Ruszanie na drugim biegu nie stanowi dla silnika o długim skoku żadnego problemu. Za to zmiana biegów to łamaniec niemal nie do rozwiązania. Dźwignia – z prawej strony (pedał tylnego hamulca – z lewej), pierwszy bieg – do góry, wrzucanie wyższych biegów oznacza deptanie w dół. Do tego skoki dźwigni zmiany bie gów, które można mierzyć niemal w metrach. Na pewno nie wszyscy dadzą sobie radę, więc za dopłatą można mieć rozrusznik elektryczny i dźwignię biegów „po bożemu”, tzn. z lewej strony.

Po 39 kilometrach mgiełka oleju przy głowicy. Pokrywa klawiatury trochę się poluzowała. Podobnie jak linka gazu. Przy mocy 22 KM zapomnij o wyścigach od świateł do świateł. Bullet nie wie wprawdzie, co to adrenalina, ale oferuje coś innego – po pewnym czasie zaczynasz odczuwać spokój. Ogarnia cię coś w rodzaju motocyklowego buddyzmu – stajesz się łagodny i pokojowo nastawiony do świata. Pozytywne wibracje wprawiają wskazówk ę prędkościomierza w taniec świra. Przy maksymalnej prędkości, drżąc jak golas na mrozie, pokazuje 120 km/h. Dla dobra własnego i maszyny nie przekraczaj 90 km/h. Wtedy nie tylko będą ci dane wspaniałe przeżycia, ale również odczujesz więcej pełnych szacunku spojrzeń przechodniów.

     
Z krainy oszczędności – prędkościomierz, dwie kontrolki, amperomierz i to wszystko.  Kickstarter, dźwignia zmiany biegów, skok tłoka 90 mm, cztery biegi. Niewiele, a cieszy.  Angielska tradycja motocyklowa ma się w Enfieldzie bardzo dobrze. Żyje w każdym elemencie, tutaj – na pokrywie zapłonu. 

Za chwilę pierwszy ciasny zakręt, a tu pełne odrętwienie. Zredukować – jak? Przyhamować – gdzie? Czy to coś po lewej stronie kierownicy to na pewno sprzęgło? To nie może się dobrze skończyć! Z duszą na ramieniu wchodzisz w zakręt. I co? Nic! Czyhającej w rowie Pani Śmierci nawet nie drgnęła powieka. Po chwili dociera do ciebie, że silnik dzięki swojej masie zamachowej wszystko zrobił sam. Jest nie do pokonania, chyba nawet pod wodą pracowałby dalej. Po wyjściu z łuku, gdy odwiniesz trochę ponad 50 km/h, Bullet wyraźnie się usztywnia. Amortyzatory niekiedy kołyszą jak latający dywan. Są wyraźnie niedotłumione, ale wybaczysz im to na pewno. Jedno zastrzeżenie – żeby móc się cieszyć komfortem, musisz wybierać najlepsze dostępne w Polsce nawierzchnie. Jeśli trafisz na zwykłe drogi – niech niebiosa zlitują się nad twoimi pośladkami.

Resorowane siodło? Było, ale dziś to historia. Teraz jest jednoczęściowa kanapa. Nic nie szkodzi, bo do swobody pochylania nie ma zastrzeżeń. Ni z tego ni z owego dociera do mnie, że przed zakrętem można zredukować, ale niekoniecznie, bo Enfield spokojnie jak na wojnie wszystko – z wyjątkiem ruszania – załatwia na czwórce.

Myślałeś, że Kawasaki ZX-10R albo Suzuki GSX-R 1000 to największe wyzwanie w twojej jednośladowej karierze? Zapomnij! Jest nim właśnie ten angielski okaz z epoki kamienia łupanego. Zapewnia zupełnie inne wrażenia.

Komentarze

 
 

Wypełnij to pole:

  • avatar
    zgłoś
    Royal Enfield Bullet 500 to kawał klasyka. Jego detale to nie udające metal atrapy, lecz prawdziwe blachy, złote szparunki wykonano ręcznie. Jednak stoi przede mną nie oldtimer, patrzę na maszynę seryjną, jedną z około miliona sztuk, które przez równo 50 lat zjechały z taśm montażowych w indyjskim stanie Madras.
    Zobacz artykuł
    ~Motocykl Online, 2013-07-02 05:32:02
  • avatar
    zgłoś
    "atykuł zamieszczony tu 26 maja 2009 roku ukazał się w drukowanej wersji miesięcznika MOTOCYKL w nrze 8/2005"
    - Na tym właśnie polega zamieszczanie materiałów archiwalnych na stronie.
    ~Maciek, 2009-10-30 12:27:53
  • avatar
    zgłoś
    Żałosne, artykuł zamieszczony tu 26 maja 2009 roku ukazał się w drukowanej wersji miesięcznika MOTOCYKL w nrze 8/2005. W następnym numerze zamieszczono moją odpowiedź. Mylnie zaadresowałem ją do autora zdjęć a nie tekstu. Z tego miejsca Go przepraszam. Jednakże ani jeden z Autorów nie raczył odpowiedzieć na moje zarzuty dotyczące tendencyjności tekstu oraz zawartych w nim błędów merytorycznych. W maju 2005 roku rozpoczynałem drugi sezon z motocyklem Royal Enfield Bullet 500. W chwili obecnej kończę szósty mając na liczniku 27 tys.km. Chętnie podejmę się polemiki z autorem podpisującym się: tsr.
    Jacek Łazarewicz, www.royal-enfield.pl
    j.a.c.e.k, 2009-10-29 19:24:34