Motocykl poleca:

Suzuki DR-Z 400 SM 2005

Poleć ten artykuł:

Maszyny supermoto są coraz bardziej trendy. I nie ma się co dziwić, przecież większość motocyklistów lubi czasem ostro sypnąć z garści. A Suzuki DR-Z 400 SM idealnie się do tego nadaje.

Zobacz całą galerię


DR-Z 400 SM uwielbia ostrą jazdę. Tak bardzo, że czasem chcesz SM rozszyfrować jako sado-maso, a nie – zgodnie z prawdą – supermoto. Ciasne serpentyny w okolicach francuskiego miasteczka Ardeche stały się miejscem, gdzie sado-masochistyczny, pardon supermoto, Doktor Z pokazał mi, co naprawdę potrafi. To bardzo wąski motocykl, do tego waży zaledwie 146 kg, i to w stanie gotowym do jazdy! Bajecznie łatwemu śmiganiu po winklach sprzyja tylny kapeć o szerokości zaledwie 140 mm. Osadzone na 17-calowych felgach Dunlopy D 208 noszą – tak jak motocykl – oznaczenie SM i już w niskich temperaturach wprost kleją się do asfaltu, co pozwala osiągać niewiarygodne prędkości. Do tego wydaje się, że w złożeniu nigdy w pełni nie wykorzystasz prześwitu.

Nic w tym dziwnego. Ramę i zawiechy przecież żywcem przeszczepiono z terenowego DR-Z 400 S. Zawieszenia o długich skokach są w podstawowym zestrojeniu zdecydowanie za miękkie do jazdy po asfaltach. Widelec upside-down z goleniami o średnicy 49 mm i skoku 260 mm w czasie ostrego hamowania głęboko zanurkował. Dopiero gdy zamknisz tłumienie dobicia aż do siedmiu kliknięć od końca, własności hanowania poprawiają się. Mimo lepszego zestrojenia, nie ma się co łudzić – długi widelec nie ucieknie przed prawami fizyki, konkretnie chodzi tu o zasady rządzące dźwignią, więc przy dawaniu po heblach wpada w drgania.


     
Czytelny prędkościomierz. Brak obrotomierza można przeżyć. Boczną osłonę chwytają szybkozłączki. Jak to w sprzęcie sportowym bywa. Tylny hamulec z ażurową tarczą – duża skuteczność i odporność na fading.


Temperament DR-Z-a skutecznie temperuje przedni hamulec z tarczą o średnicy 310 mm. Nawet na długich zjazdach z następującymi krótko po sobie hamowaniami nie wyczułem choćby najlżejszego fadingu. Podwójne tłoczki mocno się zaciskają i są dobrze dozowalne. Tylny hamulec wymaga nieco większego wyczucia. W ciężkich butach crossowych wprowadzanie pierwszego impulsu do lekkiego uślizgu nie zawsze jest łatwe.

Centralny amortyzator to ekstraklasa. W połączeniu z systemem dźwigni zapewnia skok ponad 276 mm. Napięcie wstępne sprężyny oraz tłumienie dobicia i odbicia można regulować. W ostatnim przypadku do dyspozycji mamy dwa zakresy – do szybkiego i wolnego dobicia. Pocieszające, że odpadają przy tym uciążliwe ćwiczenia palców. W DR-Z-ecie w bocznej obudowie przewidziano okienko znakomicie ułatwiające dostęp do regulacji. Dobrym patentem są także szybkozłączki przy bocznej części obudowy przed skrzynką filtra powietrza. Umożliwiają one łatwe czyszczenie filtra powietrza. Na drodze będzie to jednak rzadki przypadek.

Podczas gdy hamulce brawurowo zdają egzamin na długich zjazdach, silnik na podjazdach dochodzi do granic swoich możliwości. Został on przejęty bez zmian z wersji off-roadowej. 38 KM zmierzonych na sprzęgle spokojnie wystarcza na wycieczki w teren, jednak na asfalcie chciałoby się mieć większe stado kucy. Ale i tak nie ma tragedii, małe zamieszanie w skrzyni i Doktor Z pomyka całkiem żwawo. Na początku przez moment brakuje obrotomierza, ale to kwestia przyzwyczajenia. Spokojnie można się bez niego obejść.


Do jazdy po utwardzonych drogach przydałoby się trochę dłuższe przełożenie. Obecnie DR-Z-etem można lecieć niecałe 137 km/h, zamiast obiecywanych przez producenta 140 km/h. Z tego powodu w wynikach pomiarów nie podajemy wartości dla przyspieszeń i elastyczności w zakresie do 140 km/h. W czasie testu pogoda bynajmniej nie rozpieszczała, ale długo nie wymiękałem. Walka była jednak nierówna i nie udało się ocenić apetytu Doktora na wachę.

W ostatecznym rozrachunku nie ma to większego znaczenia. Co by nie mówić, DR-Z 400 SM po prostu sprawia olbrzymią przyjemność. Pod warunkiem że się go intensywnie przykatuje (jednak sado-maso?). Do spokojnego zaliczania kilometra za kilometrem zdecydowanie nie nadaje się. Tu trzeba emocji, adrenaliny, wyciskania z silnika ostatnich KM, śmigania na przedniej lub tylnej gumie – w zależności od upodobań. Wykręcać wszystkie biegi do samego końca, ostro zahamować przed winklem i wejść w niego bokiem. To jest to! Wtedy zarówno jeździec, jak i maszyna czują się najlepiej. Do pełni szczęścia brakuje chyba tylko numeru startowego i wolnego wydechu. I można rozpoczynać karierę w zawodach supermoto.

Krytykowane w teście zestrojenie elementów zawieszenia do jazdy po asfaltach można skorygować, montując tuningowy zestaw sprężyn do widelca i sprężynę amortyzatora z oferty Wilbersa.

Tagi: test | Suzuki | DR-Z 400 S

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij