Motocykl poleca:

Suzuki GSX-R Bandit Powerbike

Poleć ten artykuł:

GSX-R jest maszyną chyba najczęściej przerabianą na streetfightera. Ma opinię pojazdu nie do zabicia, mówimy tu oczywiście o sprzętach z silnikami chłodzonymi olejem. A gdyby tak do ramy GSX-R-a zapodać silnik dużego Bandita?

Zobacz całą galerię

Tibor Balogh, zwany Doktorem, po jakimś czasie wściekł się. No bo ile bowiem można kleić i lakierować plastiki? Szczególnie jeśli dwóch kół na raz używa się nie tak znowu często, a i przypalenie gumki zdarza się nie od święta. Po za tym, co tu gadać – GSX-R 750 w pełnym plastiku do pięknych nie należy. Tibor woził się sztuką z 1988 roku.

Decyzję o przeróbce przyspieszył większy szlif. Tibor bynajmniej się nie zmartwił. Szybko uporał się z obraniem sprzęta ze wszystkich zbędnych elementów typu zegary czy plastiki. Przy okazji dołożył tylny stela ż i zadupek z Ducati 916. To tak na dobry początek, bo wciąż było mu mało. Zainstalował więc jeszcze szeroką kierę Acerbisa i zainwestował w dwie puszki sprayu czarny mat. Lakierowanie maszyny zajęło w porywach 5 minut. GSX-R stał się groźny. Teraz przynajmniej koszty jazd ekstremalnych spadły.

U znajomego odgrzebał stertę niemieckich magazynów „Fighter”. Na tydzień zamknął się w chacie, czytał, przeglądał i rozkminiał, co by tu i jak w GSX-R-ze zamieszać. Niejako przy okazji doszedł do wniosku, że jest estetą. Spodobały mu się maszyny błyszczące w słońcu polerkami w artystycznym malowaniu. Dotarło do niego, że to, co stoi w garażu, to bardziej szczur niż street.

To, że wariaci są przebiegli, wiadomo od dawna. Doktor dokładnie rozplanował czas i zakres przeróbek. W końcu nie od razu Kraków zbudowano. Zaczął od polerek. Tak go wciągnęło, że wypolerował wszystko, co tylko mógł – silnik, ramę, zaciski hamulcowe, lagi i wahacz. Swoją drogą, nieźle wyglądały te wszystkie staranne polerki w sąsiedztwie czarnego matu z puszki. W tak zwanym międzyczasie wymienił wszystkie śruby od pokryw silnika i zbierał kasę. Trwało to kilka lat – powoli, ale do przodu.


     
Każdy detal potwierdza, że ten streetfighter to sprzęt nie dla pokornych.   Nawet crash pad może być tak zrobiony, aby zdobił maszynę.    
Szerokość kierownicy mówi, że to maszyna nie dla ułomka.


W końcu nadszedł czas na wielkie zmiany. Zimą 2004 roku Tibor się szarpnął i kupił silnik z Bandita 1200 – to miało być nowe serce maszyny. Miał on co prawda jakieś 6000 km przebiegu, ale był całkiem zdrowy. Organ idealnie nadawał się do przeszczepu. Niby wszystko OK, ale diabeł siedzi w szczegółach. Tibor nieźle się nagłówkował i naharował, żeby wszystko poupychać. Akumulator i elektronika powędrowały pod kanapę. Tył z Ducati 916 został skrócony w warsztacie zajmującym się spojlerami, a plastik zadupka otrzymał nowy kształt. Doktor sięgał po coraz bardziej radykalne środki – zeszlifował krawędź usztywniającą felgi w celu uzyskania większej powierzchni nadającej się do polerowania. Podpatrzył to w którymś czasopismie „Fighter”. Końcowym zabiegiem tuningowym było lakierowanie. Doktor ze zgrzewką browców odwiedził starego kumpla, specjalistę od grafik i tatuaży. Tibor miał sto wizji na minutę, ale w końcu udało się wybrać ten jedynie słuszny wzór. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania.

Pozostały jeszcze ważne i cholernie pracochłonne szczegóły. Część optyczną reflektora Doktor zamówił z katalogu Hawk. Obudowa z aluminium została ręcznie zrobiona przez innego kumpla Doktora. Dobrze mieć takie znajomości. Podwozie i hamulce maszyny pozostały niezmienione. Wyjątek stanowi tylne koło o szerokości 5,5”, zamiast 4,5-calowego oryginału.

Sprawę wskaźników i kokpitu Tibor Balogh rozwiązał w najprostszy sposób. Po prostu jedynym zegarem, w jaki wyposażył motocykl, jest umieszczony po lewej stronie kierownicy rowerowy licznik. Sama kiera ma szerokość 90 cm. Na jej końcach zamontowano kierunkowskazy Kellermann. Rączki są również własnej roboty – zostały wytoczone z aluminium. Lewe (jedyne) lusterko wykonał kolejny przyjaciel Balogha. Jego dziełem jest też pokrycie z pleksi pokrywy od strony sprzęgła.

     
Tylko to, co niezbędne; mechanikę wystawiono na pokaz – niech kłuje w oczy.   Gęsto żebrowana, chłodzona olejem czwórka Suzuki – często w streetach.    W dobie obrabiarek CNC takie smakowite drobiazgi to niemal codzienność.

Siodło Doktor wykonał osobiście – nakleił na podstawę dwie warstwy pianki poliuretanowej, a na to dodatkową warstwę pianki wodoodpornej. Tylne światła tworzy rząd diod LED oraz dodatkowa lampa LED. Światła tylne oraz stopy są obsługiwane przez te same diody, które przy hamowaniu świecą dużo jaśniej. Tuning silnika ograniczył się do zastosowania filtra powietrza z motocykla sportowego oraz wydechu Yoshimura, który kończy się tuż za podnóżkiem. Miejsca dla pasażera nie przewidziano. W miejscu, gdzie powinny być podnóżki dla niego, Doktor zapodał znak rozpoznawczy magazynu „Fighter” – kastet. Żeby nikt nigdy nie miał absolutnie żadnych wątpliwości.

Tagi: test | Suzuki

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij