Motocykl poleca:

Suzuki Gladius - test długodystansowy cz. 2

Poleć ten artykuł:

Raz, dwa i na liczniku dwadzieścia tysięcy kilometrów. Zostało jeszcze pięć. Jak dotąd Gladius mężnie znosi trudy naszego testu długodystansowego.
suzuki-gladius-test-dlugodystansowy-02.jpg Zobacz całą galerię

Poleciało jak z bicza strzelił. Nie tak niedawno opisywaliśmy przygody Gladiusa w pierwszej części naszego długodystansowego testu, a tu już na liczniku przybyła mu kolejna dycha. Cóż, czas nie stoi, a sprzęcik jest na tyle fajny, że każdy chętnie go dosiada. Tym sposobem nasz „gladiator” gania wieczorami po okolicy, dając radość śmiganiem po ciasnych łukach zjazdów i wjazdów autostradowej obwodnicy Wrocławia, a w weekendy lata po Dolnym Śląsku i nie tylko, wyskakując od czasu do czasu do pobliskich Czech lub do Niemiec – w tym do bardziej już odległej Bawarii i na alpejskie przełęcze. Mimo niepokaźnych rozmiarów, umiarkowanemu komfortowi i dość skromnej ochronie przed wiatrem, motocykl sprawdził się w roli turysty, mimo że szału nie było.

 
 
Na co dzień Gladius śmiga głównie po okolicach Wrocławia, czasemwyskakując w Polskę... Zdarzały się jednak i dalsze
wypady, na przykład by polatać po niemieckich Alpach i napić się piwka na Oktoberfest.
Mimo regularnego smarowania i naciągania, łańcuch możenie dotrwać do końca testu.

Dynamiczny, niezbyt żarłoczny silnik świetnie wynagradza miękkość zawieszeń – okazywaną zwłaszcza przy wyższych prędkościach – i jest zdecydowanie najfajniejszym elementem tego bike’a. W testowanej maszynie zużycie paliwa waha się od 4,5 przy spokojnej jeździe do 8,1 litra na setkę przy konkretnym pałowaniu. Co ciekawe, obie te wartości osiągnęliśmy podczas długich przelotów autostradami. Natomiast podczas użytkowania na co dzień, w mieście i normalnym ruchu, Gladius palił średnio 5,3 litra na 100 km, co chyba uznać można za przyzwoity wynik. Trzeba mu też było dwa razy uzupełnić olej. Pierwsza dolewka nastąpiła przy przebiegu 11 076, kolejna przy 19 820 km. Za każdym razem dolewaliśmy po 0,5 litra.

     
     
     

Po przekroczeniu 12 tys. km motocykl przeszedł standardowy przegląd, w trakcie którego oprócz wymiany oleju wraz z filtrem, świec zapłonowych oraz tylnych klocków hamulcowych zmieniono również płyn i odpowietrzono cały układ hamulcowy, bowiem od wizyty na Torze Poznań hebelki zrobiły się nieco gumowate. Koszt tego przeglądu to ok. 1000 zł. Opony – Dunlopy Qualifier Sportmax – które też swoje na torze przeszły, nie dotrwały do przeglądu. Przy przebiegu 11 580 km o ich losie przesądził gwóźdź w tylnej gumie. W ich miejsce na felgach zagościły Continentale Road Attack 2 (fot. 8), które doskonale odnalazły się w swojej roli. Jako że Gladius – mimo że niezbyt nachalnej urody – przypadł nam do serca, za wierną służbę został bogato doposażony. Jako pierwsze zagościły w nim opisywane już w poprzedniej części testu akcesoria Zipsera: końcówki kierownicy (fot. 3), crashpady (fot. 6) i rolki pod stojak, mocowane na tylnym wahaczu (fot. 7). Tkwią bezpiecznie na swych miejscach i mówiąc szczerze, staramy się nie sprawdzać, jak zachowają się podczas gleby. Szyba Puig (fot. 1) nadal budzi mieszane uczucia. Z jednej strony zapewnia odczuwalną ochronę przed wiatrem i poprawia wygląd maszyny. Z drugiej – dzięki lśniącemu wnętrzu – odbija światło reflektora i nocą oślepia, wkurzając jeźdźca do tego stopnia, że po wieczornej wyprawie na Górny Śląsk jeden z kolegów domagał się jej ściągnięcia. Podobnie było z zamontowaniem w maszynie lusterek Rizomy (fot. 2), które i owszem wykonane są przepięknie i dodają maszynie wdzięku, jednak nie wywiązują się ze swojej podstawowej misji, czyli pokazywania tego, co dzieje się za motocyklem. Nie dość, że małe, to jeszcze trójkątne… Męczyliśmy się do czasu, aż jeden z kolegów „przeoczył” tropiący go radiowóz... Następnego dnia powróciliśmy do oryginalnych. Z myślą o jeździe we dwójkę, postanowiliśmy wypróbować montowany na zbiorniku uchwyt dla pasażera firmy Angrip (fot. 4). Pomysł wydał się nam niegłupi, bo rozwiązanie to zapewnia plecakowi większe poczucie bezpieczeństwa. W praktyce mój zachwyt był umiarkowany, bowiem urządzenie to, ważące 1320 gramów, uwierało mnie w brzuch podczas ostrzejszej jazdy oraz utrudniało balans ciałem. Poza tym, gdy za sterami siedzi ktoś słusznych gabarytów, a z tyłu ktoś o krótkich rękach, to trzymając się mocno, funduje kierującemu uciążliwy na dłuższą metę ucisk żeber. Uchwyt nie pojeździł jednak zbyt długo, bowiem o wiele częściej przydawał się nam tankbag LEM Max (fot. 5), a akcesoriów tych nie da się używać jednocześnie. Sprawdza się natomiast podnóżek/blokada Luma Xmart (fot. 9), o czym przeczytać możecie w aktualnym rentgenie na str. 85. Mimo że od 14 kwietnia, kiedy to stanął na redakcyjnym parkingu z przebiegiem zero km na liczniku, Gladius nawinął już w naszym towarzystwie 20 487 km, to poza feralnym kapciem zawsze skłonny był do współpracy. Regularnie serwisowany, pojony i wyprowadzany na spacery, jak na zadbanego wierzchowca przystało, poddawany był też systematycznej obsłudze łańcucha. Niestety, ten ostatni dokonuje właśnie swego żywota. Co ciekawe, zębatki są w o wiele lepszej kondycji. Ciekawe, czy dojedzie do końca testu. Cóż – nie dowiemy się, jeśli tego nie sprawdzimy.

Tagi: Suzuki | Gladius | test długodystansowy

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij