Motocykl poleca:

Sym Jet X Sport 50 RS

Poleć ten artykuł:

Jeśli jesteś fanem ścigania, ale dopiero zaczynasz przygodę z jednośladami, Sym Jet X Sport może być strzałem w dziesiątkę.
Zobacz całą galerię

Jak na sportowca przystało Sym ma wszystko, co niezbędne do jazdy i niewiele ponadto. Do napędu służy dwusuw o pojemności niepełnego kieliszka – 49,4 cm3. O papu dla silnika dba klasyczny gaźnik, a o smarowanie dozownik. Dostaliśmy oddławioną wersję, więc radość z jazdy była tym większa. Przy sprzyjających warunkach, czyli stromo w dół, prędkościomierz wyświetlał nawet 75 km/h. To niezły wynik. Obciążenie pasażerką nie jest dramatem dla osiągów, więc nie będzie wtopy, jak zabierzesz koleżankę na przejażdżkę. W takim zestawie spokojnie można lecieć sześć dych z lekkim haczykiem.

Warto, żeby oddławieniem zajęli się specjaliści, bo w naszym modelu ktoś musiał odwalić jakąś kichę – po 100 km zapalała się kontrolka rezerwy. A to oznacza spalanie na poziomie niemal 5 litrów (!). Na szczęście poza tym trudno się o coś przyczepić. Heble nie tylko wyglądają znakomicie, tak też działają. Przednia tarcza typu wave wygląda bojowo. Wgryza się w nią dwutłoczkowy zacisk. Co ciekawe, tylny hamulec ma przewód w stalowym oplocie. Z tarczą o średnicy 160 mm współpracuje jednotłoczkowy zacisk. Zablokowanie tylnego koła nie stanowi dla niego najmniejszego problemu. Z drugiej strony, szczególnie na mokrym, seryjnie montowane kapcie Duro nie są jakoś szczególnie przyczepne.

Jak na sportowca przystało, komfort zszedł na drugi plan i zawieszenia zestrojono raczej twardo. Dzięki temu Sym prowadzi się bardzo precyzyjnie, ale na nierównościach czy na bruku budzi się obawa o wypadnięcie plomb z zębów. Zbiornik paliwa umieszczono w przekroku co obniża środek ciężkości, ale nie ułatwia tankowania. Trzeba się trochę pogimnastykować, żeby nie zalać podłogi wachą.


 
Kanapa, ze zrozumiałych względów, z luksusowym fotelem ma niewiele wspólnego. Mimo to, na brak wygody nie można narzekać. Pod siedzeniem umieszczono wlew oleju, akumulator oraz wygospodarowano sporo miejsca na schowek. Jet mieści się w nim bez problemu. Za sterami jest niespodziewanie dużo miejsca, a skuter do wielkich przecież nie należy. Tajwańczycy sporo się napocili, żeby nawet takie tyczki jak ja (189 cm wzrostu) nie miały problemu ze zmieszczeniem kolan. I to im się udało. Gorzej z ochroną w czasie deszczu – na pocieszenie mogę powiedzieć, że buty najdłużej pozostają suche.

Jednak dla fana sportu to nie ma jakiegoś strategicznego znaczenia, bo skuter powinien przede wszystkim jeździć i bajerancko wyglądać. W przypadku Syma także ten drugi warunek został spełniony. Kokpit przypomina ten z Yamahy FZ6. Obrotomierz wyskalowano aż do 12 000 obr/min – najwidoczniej pozostawiono miejsce do popisu dla fanów tuningu. Oprócz tego w kokpicie jest prędkościomierz, licznik, jeden licznik przebiegu dziennego i zegarek. Całość czytelna, ale najlepiej wygląda po zmroku. Bajerem jest regulacja intensywności pomarańczowego podświetlenia. Kształt owiewki i design podkreślają zadziorność maszynki.

Jeśli masz nieco buntowniczy charakter, Sym z pewnością ci przypasuje. Tym bardziej że cena 7300 zeta nie wyrywa z butów. Jest dostępny w tańszej wersji (6800 zł), ale bez sportowego wydechu i z bębnem z tyłu.


Tagi:

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij