Motocykl poleca:

Test długodystansowy Triumph Tiger 1050 (cz. 1) - Kocia natura

Poleć ten artykuł:

Tygrys w przyrodzie jest walczącym o swój teren drapieżcą. Zaciekawiło nas, ile wspólnego z bestią ma jego mechaniczna wersja.
triumph-tiger-1050-test-dlugodystansowy-02.jpg Zobacz całą galerię

Najmłodszy z brytyjskich kociaków wreszcie przestał udawać, że ma aspiracje do połykania szutrów. Wygląda na to, że wyszło mu to na dobre. Skończył z nijakością, nabrał za to zadziorności, która jest jedną z dominujących cech rasowego fun bike’a. Jest to tym trafniejsze posunięcie, że najmłodszy Tygrys nie tylko dynamiczną sylwetką stara się zachęcać do ostrzejszej zabawy.

Z pewnością u wielu fanów wojaży zawitał uśmiech na twarzy, gdy w 2007 roku Tiger 1050 ujrzał światło dzienne. Zdecydowanie szosowe rozmiary opon, w pełni regulowany widelec upside-down, wahacz odlewany z aluminium, hamulce rodem z maszyn sportowych i mocniejsza niż w poprzedniku jednostka napędowa. Wszystko to wskazywało, że wreszcie będzie można cieszyć się wygodą rodem z podróżnych enduro, nie tracąc na własnościach prowadzenia. Jak wygląda to w praktyce? Po ponad 16 tysiącach km, które do tej pory nawinął, można odnaleźć metodę w tym szaleństwie.



Tiger zdaje się przemyślaną konstrukcją. Już od pierwszych kilometrów potrafi zachwycić odprężoną pozycją oraz ilością miejsca za sterami. Ten sprzęt w pełni zasługuje na miano maszyny uniwersalnej. Nie traci przy tym nic z zawadiackiego charakteru. Szeroka kierownica na pierwszy rzut oka zdaje się przeszkodą podczas codziennego latania po mieście. Na szczęście, wysokość, na jakiej została zamocowana, sprawia, że większość samochodowych lusterek nie przeszkadza w przeciskaniu się pod światłami. Podnóżki jeźdźca zamocowano tam, gdzie być powinny. Dzięki temu nawet długonodzy zachowają rozsądny kąt ugięcia kolan. To, w połączeniu z miękko wyściełaną i mocno wyprofi lowaną kanapą, z pewnością można uznać za ukłon w stronę turystyki. Kilkusetkilometrowa jazda z plecaczkiem nie skończy się cichymi dniami. Tiger oferuje sporo miejsca również za plecami, pasażer dzięki stelażom pod seryjne kufry ma się czego trzymać, a dzielona kanapa sprawia, że nie ląduje bikerowi na plecach przy każdym hamowaniu.

Geny podróżnego enduro, choć jest ich znacznie mniej niż w poprzednim modelu, wpływają dodatnio na komfort jazdy. Siedzi się wysoko, a większy niż w przeciętnych turystykach skok zawieszeń pozwala nie zaprzątać sobie głowy mniejszymi dziurami i nierównościami.


Uroki zamku Krzyżtopór skusiłyTygrysa, by tam zawitać.

Tarcze jak pizza
Mówi się, że koty chadzają swoimi ścieżkami. Tiger nie wpisuje się w to powiedzenie. Co prawda nie jest może mistrzem trzymania toru w szerokich i szybkich łukach, ale z pewnością daleko mu do nieposłusznego zwierzaka. Dzięki zerwaniu z przeszłością, powstała maszyna bijąca pod tym względem na głowę całą endurowatą konkurencję. Moment prostujący podczas dohamowywania w złożeniu jest niewielki, a do nieznacznego walenia się w zakręty można się przyzwyczaić.

Wina za zbyt słabe sprzężenie spadnie zapewne na ogumienie. Nie za bardzo wiadomo, co dzieje się z przednim kołem, a moment utraty przyczepności jest sygnalizowany z opóźnieniem. Seryjne Micheliny Pilot Roady S nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału podwozia i silnika. Wygląda na to, że są to nie najlepsze kapcie dla maszyny lubiącej pokazać pazurki. Po 16 000 km tylna opona dokonuje swego żywota. Z pewnością winę za to ponoszą ciągnący jak parowóz już od samego dołu piec oraz ostre traktowanie gazu. Wymiana opon na bardziej sportowe powinna poprawić braki feedbacku i przyczepności.

A skoro już o brakach mowa, to nagana należy się hamulcom. Radialne zaciski i wielkie jak pizza tarcze wyglądają na wyrwane z torów wyścigowych. Niestety, na wyglądzie się kończy. Heble są dość tępe i wymagają sporej siły w łapie. Stalowy oplot niewiele tu pomaga. Na dodatek akcesoryjne klocki Lucas piszczą jak w autobusie, a ABS działa jakby przed chwilą obudził się po ciężkiej imprezie. Gdy popada, sytuacja jeszcze się pogarsza. Ciekawe, czy wersja bez ABS-u również reaguje tak ospale na polecenia prawej klamki?

Do wad maszyny należy także niezbyt spełniające swe zadanie oświetlenie. Dwa reflektory soczewkowe zawierają po jednowłóknowej żarówce każdy. Światła mijania obsługuje zatem tylko jedna soczewka. Nie ma tragedii, ale nocą brakuje widoczności. Pozostając przy wadach, warto wspomnieć o niezbyt precyzyjnej skrzyni. W naszym egzemplarzu biegi wskakują dość głośno i twardo, a piątka lubi nie wskoczyć. Warto więc starać się zmieniać biegi z namaszczeniem lub w trybie sportowym. To pomaga.


Do tej pory nawinęliśmy na koła 10 912 km. Tiger potrzebował na to 645,78 l wachy.Średnie spalanie na poziomie 6,09 l to naprawdę niezły wynik.

Zalet od groma
Wszystkie wady nie są jednak w stanie przyćmić zalet tej maszyny. A jest ich od groma. Oprócz wspomnianej już wygodnej pozycji za kierownicą, tym, co sprawia najwięcej frajdy podczas ujeżdżania Tygrysa, jest jego serce. 115 KM w dzisiejszych czasach nie może szokować czy zadziwić. Nie o liczby jednak tu chodzi. Trzy cylindry w rzędzie to układ, który ekipa z Hinckley stara się dopracować do perfekcji i wygląda na to, że jest bliska absolutu. Wystarczy bowiem 2500 obrotów na zegarze, by strzelić efektowną świecę z gazu. Trzeba więc uważać przy zabawach prawą dłonią. Tygrys, gdy poczuje na grzbiecie niewprawnego bikera, szybko nauczy go pokory.

Tagi: Triumph | Tiger 1050

Oceń artykuł:

3.3

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij