Motocykl poleca:

Triumph Tiger Explorer XC 1200 SE: Samotny drapieżnik

Poleć ten artykuł:

Długodystansowy Tiger ma na zegarze już 26.151 km. Obszar jego łowów obejmuje głównie Polskę, ale był też w Niemczech. Czy pracowita jesień wyszła Tigerowi na zdrowie? O tym w tej (drugiej) części relacji z testu długodystansowego.

Triumph Tiger Explorer XC 1200 SE Zobacz całą galerię

W pierwszym etapie naszego testu Triumph (Tygrys wędrowny) przejechał prawie 14.000 km (test rozpoczął się od przebiegu 4.100 km), nie dając powodów do narzekań. Teraz ma nawinięte 26.151 km, czyli do końca pozostało niespełna 3.000 km. Tygrys ma sporo zalet i kilka wad. Wciąż przeszkadzają za słaby feedback i niezbyt precyzyjna skrzynia biegów. W trasie rekompensują to dobra ochrona przed wiatrem i tempomat (ograniczony do 160 km/h, co trochę przeszkadzało za zachodnią granicą).

Fajny i bogaty w informacje jest natomiast kokpit z m.in. wskaźnikiem zapiętego biegu. Przydają się seryjne kufry, choć nie wyglądają na bardzo solidne. Fajny patent: samochodowe gniazdo zapalniczki w centralnym kufrze. Gniazdko przy kierownicy jest w wersji mini, czyli podłączenie większości urządzeń typu telefon czy nawigacja oznacza kombinacje z przejściówkami. Niemiłą niespodzianką jest rdzawy nalot na wydechu. To obsuwa w półrocznym motocyklu kosztującym grubo ponad 60 000 zł, nawet jeśli jest intensywnie używany.

Tygrys gigant
Wszędzie, gdzie Tiger się pojawi, robi spore wrażenie. Nic dziwnego – jest po prostu ogromny. Mimo że Suzuki DL 650 V-Strom nie należy do maluchów, wrażenie po Tigerze było takie, jakbym dosiadł dwieściepięćdziesiątki. Średnie spalanie w II etapie wyszło trochę wyższe niż po pierwszym – wyniosło 6,79 l/100 km. To dało wynik 6,52 l/100 km w całym teście. To efekt podróżowania po autostradach, ale jak na tak duży motocykl wciąż jest nieźle. Tym bardziej że pary mu nie brakuje.

Od zakończenia I etapu Tygrysek nawinął kolejne 8.000 km. Odwiedził czeski Liberec, Trójmiasto i pokazał pazurki na Torze Poznań podczas California Superbike School. W ramach dywersji wybrał się na BMW GS Trophy w Komańczy i pokonał prawie 2.000 km na terytorium wroga w Niemczech. Do tego czasu oprócz kontrolowania poziomu płynów i ciśnienia w oponach niewiele było przy nim roboty. Niestety, po 25.000 km…

zaczął nieco psocić.
Najpierw przy 25.468 km poluzował się wąż chłodnicy i Triumph zgubił trochę płynu. Na szczęście nie zszedł poniżej minimalnego poziomu. Wąż został dokręcony i od tej pory trzyma jak należy, a do zbiornika wyrównawczego poszła dolewka. Zaledwie 300 km później motocykl zgasł. Mimo że rozrusznik kręcił, silnik nie chciał zaskoczyć przez dłuższą chwilę. Pierwsze podejrzenie padło na bezpieczniki, ale po sprawdzeniu okazało się, że wszystkie są OK. W instalacji też wszystko wyglądało w porządku.

Po złożeniu wszystkiego do kupy Triumph zagadał. Niestety, zapaliła się kontrolka silnika. To nie wróżyło nic dobrego, ale motocykl pracował zupełnie normalnie – nie było spadku mocy ani żadnych innych dziwnych objawów. Był weekend, więc o wizycie w serwisie nie było mowy. Po nocy spędzonej w ciepłym i suchym garażu motocykl odpalił normalnie i kontrolka się nie zapaliła. Wykonaliśmy szybki telefon do serwisu, żeby dowiedzieć się, o co biega i ustawić wizytę. Mechanik stwierdził, że skoro kontrolka się nie pali, myk mógł polegać na zaśniedziałym styku i że póki kontrolka znów się nie zapali, nie ma sensu przyjeżdżać do serwisu.

Po pokonaniu 300 km i znów w weekend Tiger drugi raz się wypiął. Historia się powtórzyła, ale tym razem zapłonęła też kontrolka układu kontroli trakcji.

Moja racja jest mojsza
Najwyraźniej nasz zapracowany Triumph Tiger lubi mieć wolne weekendy, bo w poniedziałek po odpoczynku w garażu znów zgłosił gotowość do jazdy i żadna kontrolka nie błysnęła. Serwis postanowił wstrzymać się z wyrokami, aż sprawa znów się pojawi. Dlatego poszperaliśmy tu i tam, aby dowiedzieć się, co w trawie piszczy. Okazało się, że ten problem to nie nowość, że takie rzeczy zdarzają się w Tigerach Explorerach. Przy identycznych objawach podejrzenie pada na czujnik położenia przepustnicy (kod błędu P2119). Być może już niedługo przekonamy się, czy słusznie.

Łakomstwo umiarkowane
Na dystansie 22.000 km przejechanych w naszym teście Tiger wykazał średnie spalanie na poziomie 6,52 l/100 km. Jak na takiego kolosa to umiarkowane łakomstwo. Choć w drugim etapie nie udało nam się zejść poniżej 5 litrów na 100 km, po drugiej stronie skali udało się podnieść poprzeczkę. Trójmiejskie korki sprawiły, że Tiger osiągnął wynik aż 8,78 l/100 km. No i wciąż wkurza ta idiotyczna przegroda we wlewie paliwa. Przy każdym tankowaniu paliwo rozpryskuje się na boki.

mamo, j(awaria)t!
Niemiła niespodzianka na trasie, czyli Tiger się uparł i nie pojedzie dalej. Na szczęście po dłuższej chwili dał się przekonać i pojechał, ale swoje  niezadowolenie wyrażał świecącą z wyrzutem kontrolką silnika. Na razie sytuacja zdarzyła się tylko dwa razy, po czym wszystko wróciło do normy. Na forach Explorera pojawiają się zgłoszenia identycznych objawów, które są zdiagnozowane jako awaria czujnika położenia przepustnicy (kod błędu P-2119). Wydaje się, że to drobiazg, ale nie upewnimy się, dopóki nie sprawdzi tego serwis. Na razie Tiger jest traktowany nieco delikatniej.

Tagi: Triumph | Triumph Tiger Explorer | test długodystansowy

Oceń artykuł:

3.3

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij