| 2009-03-04 Autor: Norbert Kappes, Zdjęcia: Markus Jahn | ||
Dodaj do:
|
Skazany na śmierć
Kończy się czas Triumpha Tigera – mocnego podróżnego enduro. Tygrys zrobił, co mógł. Jego następca – 1050 – przeniósł się do obozu funbike’ów. Czy ta zmiana ról ma sens?
Uczciwie trzeba powiedzieć, że przez lata nie do końca wierzono Tigerowi, że jest maszyną enduro. Był tak potężny, że niewielu miało odwagę zjechać z szosy. Przed sezonem 2005 nieco zmniejszono mu skoki zawieszeń, zwiększono tłumienie i zamiast kół szprychowych zastosowano odlewane. Nadało to motocyklowi bardziej szosowy charakter. Jako maszyna turystyczna, Tiger zawsze był ceniony m.in. ze względu na elastyczny i zrywny silnik. Ostatnio Tiger kusi dodawanymi w standardzie zestawem kufrów, centralną podstawką i ogrzewanymi rączkami kierownicy.
Jego podwozie chwalą zwolennicy spokojnej jazdy turystycznej, ganią zaś ci, którzy szukają sportowych wrażeń. Przy ostrym hamowaniu widelec głęboko nurkuje. Do tego motocykl ciężko wchodzi w zakręty, a zmierzenie się z naprzemiennymi winklami to poważne wyzwanie. Tym większe wobec tępych hamulców. Wróćmy do silnika, bo warto go chwalić. Trzy cylindry i 106 KM zapewniają kopa już od niskich obrotów oraz miękką reakcję na gaz, czyste wchodzenie na obroty, równomierne rozwijanie mocy, pracę kulturalną i z niedużymi wibracjami. To chyba niemało?
Jak na tym tle wygląda Tiger 1050? Zewnętrznie jest o lata świetlne nowocześniejszy od Tigera bez numeru. Wszystko pasuje jak ulał, a i wysokość siodła jest mniejsza. Szeroka kierownica zapewnia aktywną, a przy tym wygodną pozycję. Szyba jest szersza niż u poprzednika i lepiej chroni ramiona przed wiatrem. Kokpit robi wrażenie bardziej przestronnego i przyjaznego.
Musisz być zalogowany by pisać komentarze! ZALOGUJ SIĘ >