Motocykl poleca:

Używana Aprilia Pegaso 650 Strada 2005

Poleć ten artykuł:

Mamy nową Aprilia Pegaso Strada. Włosi stanęli na głowie, aby ten model nie zdążył się zestarzeć.

Zobacz całą galerię

Pierwsza scena: piaszczysta nadmorska plaża, pachną egzotyczne kwiaty, 25O w cieniu, chłodna morska woda ochlapuje ci twarz, obok stoi włoski motocykl o krwistoczerwonym lakierze... Budzisz się, jest 10 na plusie, leje jak z cebra. Czerwona piękność spogląda na ciebie jedynie z plakatu, w który wgapiałeś się przed zaśnięciem. Przyznaj się przed sobą: nieraz marzyłeś o czymś takim. Ja miałem szczęście, że taki sen mi się spełnił! Wsiadłem bowiem na nową Aprilię Pegaso 650, pojechałem na randkę z nią na Sardynię i tam poszukałem zatokę Porto Cervo. Ponieważ moje opisy tamtejszych krajobrazów i ciekawostek turystycznych na pewno będą gorsze niż w przewodnikach, dam sobie siana i zajmę się tym, na czym znam się lepiej – na opisywaniu zalet i wad jednośladu.

Zacznijmy od spojrzenia na Aprilię Pegaso Strada od przodu. Pleksiglasowa owiewka to pierwszy detal, który przykuwa uwagę. Zapowiada ona sportowy charakter. Mnie, facetowi mierzącemu 180 cm, zapewniała odpowiednią osłonę przed pędem powietrza do prędkości 150 km/h. Oznacza to, że niżsi jeźdźcy mogą jechać więcej, ale wyżsi wymiękną wcześniej.



Profil „głowy” Strady ma nowoczesny i ładny kształt, a dwa umieszczone jeden nad drugim kanciaste reflektory nie tylko dobrze wyglądają, ale także porządnie wykonują swoją robotę. Niezbyt interesujące kierunkowskazy można pochwalić tylko za klosze z pleksiglasu. W przypadku Strady mamy do czynienia z partnerką wyjątkowo mądrą i rozsądną. Obok dużego okrągłego obrotomierza umieszczono ogromny display LCD, którypodaje nawet czas okrążenia i inne przydatne szczegóły.

Z góry kształty Pegaso nasuwają jednoznaczne skojarzenia – na wysokości zbiornika paliwa maszyna rozszerza się, przy siodle – tj. w talii – jest szczupła, a dalej zaczyna się tył, do którego urody też nie można się czepić. Ponad elegancko poprowadzonymi górą rurami wydechowymi znajdują się diodowe światła tylne i kierunkowskazy. Elementy podwozia trochę osłabiły moje dobre wrażenie, bo są niezbyt nowoczesne. Ale musiałem za to przyznać, że zwężające się ku dołowi golenie widelca to bardzo smakowity detal.

Dobra, zachwyty zachwytami, ale przecie ż na dłuższą metę liczy się nie wygląd zewnętrzny, lecz przymioty wewnętrzne. Widelec obejmuje anodowane na niebiesko odlewane koła OZ. Trudno ocenić je jednoznacznie pozytywnie, ponieważ zaprojektowano je z myślą o innym modelu – po obu stronach są miejsca do mocowania tarcz. Dlatego otwory na śruby po lewej stronie zostały wypełnione prostymi zatyczkami z tworzywa sztucznego, a piasty w ogóle tam nie polakierowano. Prawdziwa dama nie popełniłaby takiego błędu! Jednak układ hamulcowy to serio sprawa – 320-milimetrową tarczę chwyta czterotłoczkowy zacisk.


Łagodne odgłosy pracy silnika moje uszy odbierają jak przyjemną muzykę. Jednak to źródło mocy prezentowałoby się lepiej z otwartym układem wydechowym. Przestrzeń bagażowa – OK; jak to w damskiej torebce, można w niej pomieścić wszelkie potrzebne i zupełnie zbędne przedmioty. Schowek znajduje się bezpośrednio pod obudową zbiornika paliwa, obok korka. Można go otworzyć małą dźwignią, po zwolnieniu dźwigienki w kokpicie. Drugi schowek mieści się oczywiście pod siedzeniem i daje się łatwo otworzyć kluczykiem. Myślę, że ta prezentacja podkręciła fantazję wszystkich was. Więc teraz opowiem o szczegółach pierwszej randki z „włoszką”.

Wieczorem po przybyciu do hotelu nasze drogi skrzyżowały się, przyjrzałem się małej „włoszce” trochę dokładniej i rzuciłem parę słów. Miałem szczęście – umówiliśmy się na rano. W programie mieliśmy całodniową jazdę po krętych drogach Sardynii, a wszystko po to, żeby się lepiej poznać. Ponieważ perspektywa pierwszej randki bardzo mnie podkręciła, nie spałem za dobrze. Gdy tylko wzeszło słońce, ja i inni dziennikarze już staliśmy w karnym szeregu pod garażem. No tak, „włoszka” umówiła się nie tylko ze mną.

Kiedy wreszcie wystartowaliśmy, pierwszą rzeczą, jaką wypróbowałem (bezpieczeństwo przede wszystkim!) były hamulce. Szczególną uwagę zwróciłem na tylny, ponieważ wierzyłem w moc silnika i nie chciałem, aby wyciął mi jakiś numer. Byłby niezły obciach i przed „włoszką”, i przed ludźmi z branży... Jednak bałem się bez powodu – podwozie i silnik są łagodne oraz miękkie, tak jak kształty maszyny. Zestrojeniu układu wtrysku paliwa można co nieco zarzucić – do 2700 obr/min singiel trochę szarpie i skarży się na swój los, ale powyżej zaczyna się uspokajać i solidnie ciągnie. W porównaniu z poprzednim Pegaso dochodzi do bardzo wysokich obrotów. Nie mogłem pojąć, skąd Pegaso ma tę moc, bo wcale nie chciał zużywać benzyny.

     
Dźwigienka na kierownicy otwiera schowek w obudowie zbiornika paliwa.  W kokpicie króluje wielofunkcyjny wyświetlacz komputera pokładowego.  Dzięki diodom, tylne światło i kierunkowskazy stały się minimalne. 


Fakt – maszynę łatwo składa się w łuku, jednak nie jest to zasługa podwozia, lecz nisko umieszczonego środka ciężkości i bardzo nisko osadzonych podnóżków. Nawet przy prędkości turystycznej trą one o asfalt na każdym zakręcie. A co dopiero na pokonywanych szybciej. Miękkie zawieszenie powoduje, że na hamowaniach tył maszyny unosi się, a przód drga.

Tagi:

Oceń artykuł:

2.8

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij