Motocykl poleca:

Yamaha FZ1 Fazer (cz. 2)

Poleć ten artykuł:

Już niedługo Fazer będzie mógł odetchnąć z ulgą. 20 000 km nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
yamaha-fz1-fazer-1024-01-main.jpg Zobacz całą galerię

Fazer nie ma z nami łatwego życia, ale przecież nikt mu tego nie obiecywał. Ma tym trudniej, że znakomitą większość z prawie 21 000 km, jakie przejechał w ramach naszego testu długodystansowego, zrobił na polskim paliwie, a do tego po naszych dziurawych drogach. Dlatego zapadła decyzja o wymianie seryjnego amortyzatora na Öhlinsa YA628 (patrz ramka). To był strzał w dziesiątkę, tyle że kosztowny: 4353 zeta to niemało nawet za najbardziej wypasiony amorek. Docenią go ci, którzy dużo jeżdżą.

À propos zmian – nieco wcześniej trochę przystosowaliśmy sprzęta do turystyki. Gdy zegar pokazywał przebieg 12 120 km, Fazer dostał pełną owiewkę. Suche kolana to przyjemne uczucie. Niestety, coś za coś – w zakorkowanym mieście w upalny dzień wentylator chłodnicy dmuchał gorącym powietrzem w okolice krocza. Za to jazda w deszczu stała się przyjemniejsza. Ponieważ Fazer większość czasu spędzał w trasie – od gór, po morze – pełna owiewka była dobrym posunięciem.



Öhlins i wszystko jasne 
 Motocykle Yamaha FZ1 Fazer 2009Po przejechaniu 14 300 km bez żalu pożegnaliśmy seryjny amor. Poszliśmy grubo – jego miejsce zajął Öhlins YA628. W końcu mogliśmy bez problemu zmienić napięcie wstępne sprężyny za pomocą pokrętła (sprzętem jeździ kilku jeźdźców, często z pasażerem i/lub kuframi). Walka z kluczem hakowym odeszła w niepamięć. Oprócz tego poprawiła się precyzja prowadzenia – prędkość w winklach wzrosła. Seryjny amorek na naszych drogach dość szybko kapitulował – najbardziej nie lubił krótkich, następujących po sobie, poprzecznych nierówności. Wtedy opona traciła kontakt z nawierzchnią. Po założeniu Ohlinsa ta przypadłość zniknęła. Fazer prowadził się jak przyklejony. Tylko czy przeciętny polski biker jest w stanie wyskoczyć z 4353 zeta?  

Europa, XXI wiek
Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! – chciałoby się zaśpiewać. Jakieś 25 km za Kartuzami, gdy motocykl zaczął się dziwnie prowadzić, nie było mi do śpiewu. Droga pełna winkli, a tu tył coraz bardziej pływa. Powód banalny – w oponie pojawił się ostry metalowy element. Wbijam do najbliższego wulkanizatora: – W motocyklu? Motorów nie robimy. Jedź pan do Bytowa (ok. 20 km dalej). OK, na stacji benzynowej zainwestowałem w piankę i jazda. Zadziałało tyle, co nic – dziura była duża. Mimo to jakoś doczołgałem się do Bytowa. Gość w Bytowie (do złudzenia przypominający Stanisława Tyma) uznał, że nie ma czasu na pitolenie (w sensie: ściąganie opony). Może połatać kołkiem zewnętrznym, a potem „Dojedziesz pan do warsztatu dla motorów. Gdzieś w Chojnicach jest”.

Banknot z Mieszkiem I zmienił właściciela i po 10 minutach roboty jazda dalej – przede mną prawie 60 km. Po drodze znowu zjazd na stację benzynową i pianka w oponkę. Chojnice welcome to. Jest i serwis. Koleś był mocno zdziwiony, że chcę, żeby ściągnął koło, załatał oponę i wyważył całość. – Dzisiaj nie dam rady– mówi – mamy czynne do 17. Wbiło mnie w glebę: była 16.20! – Przyjedź pan jutro, ale ze ściągniętym kołem, my nie mamy czasu na takie drobiazgi.

W Człuchowie okazało się, że z oponami do tira nie ma problemu, ale do motocykla... Prosta z pozoru sprawa znalazła finał następnego dnia w Miastku... (po znajomości, koszt 20 zł; sam odkręciłem koło). Europa Środkowa, XXI wiek, ponoć jest kryzys... – bez komentarza.


     
Wypełnienie owiewki po prawej stronie szpetnie oblazło. Dlaczego? To dobre pytanie.  8135 km: odkręciły się śruby zamków w kufrach. Poza tym walizki są OK – nie przeciekają, gdy pada, są dość pojemne.   Regularne smarowanie łańcucha na pewno przedłużyło życie zestawowi napędowemu.

Znów Micheliny
To był powód powrotu do fabrycznie zakładanych Michelinów Pilot Roadów – nie będziemy przecież jeździć na kołkowanej oponie. U wrocławskiego dealera Yamahy kosztowało to 100 zł.

Fazer na Maxxisach Presa Sport przejechał 9408 km. Dały radę – przyczepności nie zabrakło ani w czasie mrozu, ani na mokrym. Dawały lepsze niż Micheliny wyczucie przodu, a także były bardziej neutralne. Tyle że po przejechaniu ok. 5000 km przy prędkościach pomiędzy 60 a 75 km/h kierownica łapała shimmy. Pewnie amortyzator skrętu załatwiłby sprawę.



Heble nie te
Po 14 694 km wymiękły przednie klocki hamulcowe (patrz odcinek 1, MOTOCYKL 6/2009, lub link) – założyliśmy Ferodo Platinium. To nie był najlepszy wybór. Precyzja hamowania wyraźnie się pogorszyła. Zniknął wyraźny punkt zadziałania, a do obsługi klamki była potrzebna większa siła. W czasie przeglądu wymieniono płyn i odpowietrzono cały układ. Zobaczymy, na ile (i czy w ogóle) coś to zmieni.

Całkiem nieźle trzyma się zestaw napędowy. Smarowanie co mniej więcej 700 km oraz dbałość o zalecany naciąg łańcucha najwyraźniej przyniosły efekt. Chwali się to tym bardziej, że nasz Fazer dysponuje pokaźnym stadem 153,4 KM przy 11 257 obr/min (to o 3,4 KM więcej niż podaje fabryka). Wiemy to dzięki pomiarowi na hamowni Ratka Motocykle, dokonanemu w czasie „Motocyklowej niedzieli na stacjach BP” w Gdyni. Przyjmowaliśmy zakłady, czy zestaw napędowy wytrzyma jeszcze prawie 5000 km do końca testu.

Tagi: FZ1 Fazer | Yamaha

Oceń artykuł:

1.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij