Motocykl poleca:

Yamaha FZ6 2004 (cz. 1)

Poleć ten artykuł:

Yamaha FZ6 S idzie w Polsce jak ciepłe bułki, a najczęstsza opinia, jaką słyszy się o tej maszynie to – bike bez wad. Czy nieobudowany następca dawnego Fazera jest rzeczywiście, aż tak dobry?
Zobacz całą galerię

Od chwili debiutu o Yamasze Fazer powiedziano chyba wszystko. Testowano ją i męczono na wszystkie możliwe sposoby, porównywano ją też z konkurentami. W większości przypadków wynik był podobny – spektakularne zwycięstwo. My postawiliśmy sobie za punkt honoru znaleźć jakiekolwiek jej słabe strony. Poddaliśmy Fazera testowi na dystansie 25 000 km. Bo, do cholery, w tym motocyklu musi być coś nie tak!

Po pierwszej części naszego testu doszliśmy do następujących wniosków. Przede wszystkim, motocykl prowadzi się znakomicie. Nie mieli racji ci, którzy czepiali się nietypowej, skręcanej z połówek ramy. Wykazała się ona znakomitą sztywnością, co w połączeniu z precyzyjnie pracującymi zawieszeniami gwarantuje znakomite właściwości prowadzenia. Po drugie, w przednim widelcu nie znajdziemy ani regulacji tłumienia, ani też banalnego napięcia wstępnego sprężyn. I co? To wcale nie dyskwalifikuje tego bike’a! Co więcej, widać, że fachmani od zawieszeń wykonali kawał dobrej roboty. Wiedząc, że większość z was niechętnie przy nich grzebie, postanowili zestroić je w sposób, który bez przesady można nazwać złotym środkiem. Tak nie za miękko, nie za twardo, w sam raz. Jasne, kto chce polatać w sportowym stylu, będzie niezadowolony, lecz z drugiej strony zauważcie, że Fazer w ofercie Yamahy to model podstawowy.



     
Mała sprawa, a drażni – dostępu do stacyjki broni pancerz linki sprzęgła.
Minimalizacja ma swoje wady – kiepsko czytelny obrotomierz; ratunkiem jest przełączenie prezentacji obrotów na cyfrową. 
Gdyby ogłoszono konkurs na najpiękniejszą przednią lampę, Yamaha wygrałaby w cuglach.  

I w tym miejscu zaczyna się pewien problem. 98 KM dla gostka, który właśnie skończył kręcić ósemki na placyku, a jego staruszek zafundował mu nową zabawkę na osiemnsatkę, to o wiele za dużo. Pół biedy, gdy facet zdaje sobie sprawę, na czym siedzi. Kręcenie silnika, który w prostej linii pochodzi ze sportowej R-szóstki, do powiedzmy 7000 obr./min jest całkiem przyjemne i nawet miłośnicy spokojnej turystyki nie będą narzekali na atomowe przyspieszenie. Problem zaczyna się po przekroczeniu tej granicy. Mimo że motocykl stracił nieco na mocy maksymalnej, na pewno nie brakuje mu wigoru. Bike katapultuje was ostro do przodu. Tu nie ma miejsca na robienie sobie jaj. Przy szybkiej zmianie biegu w precyzyjnej skrzyni już po 3,6 sekundy na liczniku widać setkę. Nieco ponad 15 sekund wystarczy, by przekroczyć dwie paki. Tym, którzy pamiętają Polonezy 1500 – te najnowsze, na wtrysku – przypomnę, że po tym czasie to marzenie wielu polskich rodzin pędziło zaledwie stówą.

Do hamulców FZ6 trudno się przyczepić. OK, nie wyglądają tak stylowo, jak błyszczące błękitem zaciski z poprzedniej wersji. Nie pochodzą również z kultowej R1. Na szczęście, wygląd nie decyduje o ich ocenie, o niebo bardziej waży to, jak działają. Mimo że przedni jest zaledwie dwutłoczkowy, działa po prostu znakomicie. Precyzja dozowania i siła potrzebne do kontrolowania obu stawiają maszynę w czołówce.

Większość właścicieli tego bike’a będzie sporadycznie przekraczało granicę 150 km/h, a to za sprawą męczącego pędu powietrza, rozciągającego ręce jeźdźca do granic możliwości. Za skąpym ciekłokrystalicznym wyświetlaczem po prostu nie da się schować. Być może ratunkiem okaże się mała owiewka. Ale to powiemy wam dopiero gdy przetestujemy ten gadżet.


     
Chociaż w nowym FZ6 hamulce nie wyglądają tak stylowo, jak u poprzednika, spisują się znakomicie.  
Ramę skręcono takimi oto śrubami. 
W standardzie znajdziecie mały podgrzewany schowek. Ciepełko zagwarantuje w nim wysoko poprowadzony wydech. 

Na razie przede wszystkim szpanujemy w mieście. Do tego Fazer wydaje się stworzony. Pod względem stylistycznym, w tej klasie motocykli Fazer nie ma sobie równych. Widoku od przodu nie da się pomylić z żadnym innym motocyklem. Zadupek z dwoma, przepraszam jednym tłumikiem, ale z dwoma wydechami to stylistyczny majstersztyk. Niestety, to rozwiązanie ma jedną wadę – spaliny wręcz wbijają się w plecy. Z jednej strony zapach warsztatu ma swój urok. Gorzej, gdy na wygodnym tylnym siodełku ktoś siedzi. Pół biedy, jeśli jest to przyjaciel od czasów przedszkolnych. Ale jeśli panienka... Wtopa niewyjęta.

Dobra, koniec tego kadzenia, pora na pokazanie słabych punktów Yamahy. Przecież po to robimy ten test. Przede wszystkim śruby tylnego błotnika trzeba zabezpieczyć przed odkręcaniem. My postanowiliśmy wykorzystać stary patent – teflonową taśmę służącą do uszczelniania połączeń w rurach. Od tego momentu nie musimy już wozić w kieszeniach zapasowych śrubek. Kolejna rzecz: nie hardkor, ale upierdliwy – dostęp do stacyjki utrudnia linka sprzęgła.

No cóż, pora na razie kończyć. Zapowiadanych na początku słabych stron nie udało nam się znaleźć zbyt wiele. Nadzieja w tym, że mamy do przejechania jeszcze ponad 15 000 km.

Tagi:

Oceń artykuł:

3.1

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij