Motocykl poleca:

Yamaha MT-01 2005

Poleć ten artykuł:

Z taką pojemnością i potęgą silnika, Yamaha MT-01 rzuca wyzwanie dotychczasowym naked bike’om. Na drugim końcu świata mogliśmy się przejechać tym cudem. Wszystkie nadzieje Yamahy co do tej maszyny potwierdziły się.

Zobacz całą galerię

Elementy dominujące w stylizacji to olbrzymi silnik i potężne tłumiki – już pierwsze spojrzenie zapierało dech. Japończycy przejęli do produkcji seryjnej prawie wszystkie najważniejsze cechy wyglądu studium, zademonstrowanego prawie 5 lat temu. Niektóre szczegóły ostatecznej wersji są nawet bardziej fascynujące i imponujące, np. mocniejszy wahacz, a matowoczarne lub ciemnozielone detale dookoła silnika i ramy podkreślają bojowe kształty najnowszego dzieła Yamahy.

Ale przecież nie po to dziennikarze pojechali na kraniec świata – do RPA, aby tylko patrzeć. Już przy czytaniu materia- łów prasowych obiecywany moment obrotowy 150 Nm powoduje szybsze bicie serca. I oto motocykl stoi przede mną – zaledwie kilka kilometrów od Przylądka Dobrej Nadziei. Rozrusznik robi, co może, aby wprowadzić w ruch obydwa olbrzymie tłoki, aż potężny dwucylindrowy widlak wybucha jak wulkan, czemu towarzyszy prawdziwe trzęsienie ziemi.



Oczywiście istnieją i inne duże V2, obok których nie można przejść obojętnie, jednak potęga Yamahy MT-01 i niski, prychający ton, wydobywający się z grubych jak ramię tłumików, powodują, że samo odpalenie stawia na baczność. MT-01 nie jest bardziej rozłożysty niż Yamaha Bulldog, ale wydaje się znacznie większy. I to mimo że zbiornik nie zmusza jeźdźca do szerokiego rozstawienia kolan, kierownica dobrze leży w rękach, a umieszczone na przyjemnej wysokości podnóżki ciasno przylegają do silnika. Czując respekt, bardzo delikatnie operuję rączką gazu. Ale już po kilkuset metrach staje się jasne, że mam do czynienia z bardzo potulnym monstrum.

Historia dochodzenia do obecnego kształtu MT-01 zaczęła się dobre 7 lat temu. Mając w pamięci wcześniejsze maszyny wyznaczające trendy, Yamaha chciała zaoferować coś, co mogłoby konkurować z motocyklami sportowymi. Zamiast na obroty, postawiono więc na pojemność. Początkowo, wiele z obecnych rozwiązań nie było jeszcze dopracowanych. Dlatego Yamaha początkowo nie mogła zrealizować założeń co do masy i sposobu oddawania mocy. Spowodowało to wydłużenie czasu prac. Za punkt wyjścia posłużył popychaczowy silnik z Wild Stara o pojemności 1600 cm3. Aby zastosować go w roadsterze, należało podnieść moc, wyraźnie zmniejszając przy tym masę. Dodatkową moc zapewniły zmienione głowice, wtrysk paliwa z gardzielami o średnicy 40 mm, specjalnie zestrojony układ wydechowy o większej objętości oraz lżejszy wał korbowy. Masę zmniejszono, rezygnując z łańcuchowej przekładni napędu wstępnego i potężnej kapy sprzęgłowej. Dzięki temu blok jednostki napędowej jest nie tylko krótszy, ale i lżejszy o godne szacunku 20 kg.

Kręgosłup MT-01 stanowi – podobnie jak w mniejszym Fazerze – grzbietowa rama wykonana z odlewów aluminiowych. Składa się ona z połówek skręconych przy główce ramy i przy ułożyskowaniu wahacza. Z przodu zespół uzupełnia – również odlana z aluminium – przykręcona belka stanowiąca dolne zawieszenie silnika. Także imponujący wahacz składa się z odlewanych połówek, które jednak nie są skręcane, lecz spawane. Pierwotne studium było wyposażone w umieszczony po lewej stronie silnika leżący amortyzator. W modelu seryjnym amortyzator umieszczono w pozycji leżącej za silnikiem. W miejscu przewidzianym wcześniej dla amortyzatora teraz znajduje się zbiornik oleju w systemie z suchą miską olejową. Przednie czteroszprychowe koło jest prowadzone przez widelec upside-down z goleniami o średnicy 43 mm. Ostre hamowanie zapewniają promieniowo przykręcane, czterotłoczkowe zaciski hamulcowe Brembo i tarcze o średnicy 320 mm, pochodzące z R-jedynki.

Racing spirit
Zadziwia, że do MT-01 są oferowane trzy zestawy do tuningu w trzech klasach mocy. Zwiększają one moc do ponad 100 KM i moment obrotowy do niewiarygodnych 170 Nm. Miałem okazję przejechać się taką bestią – natychmiast mnie urzekła. Po starcie na asfalcie pozostaje gruba czarna krecha, jak po Yamasze Valentino Rossiego czy Ducati Jamesa Toselanda. Podrasowana MT-01 prowadzi się równie dobrze jak seryjna. Ale po co to wszystko? MT-01 na torze wyścigowym? Tak, ma to być zabawka dla macho. Yamaha planuje jeszcze w tym roku przy okazji Moto GP lub MŚ Superbike własne zawody pucharowe. Tylko ktoś, kto miał okazję zobaczyć z bliska amerykański dirt track, zdaje sobie sprawę, co nas czeka pod względem akustycznym.
 


Mimo udziwnionych detali, MT-01 robi wrażenie maszyny spokojnej, wręcz dobrodusznej. O ogólnym wrażeniu na niskich obrotach decydują przenikające wszystko wibracje silnika oraz jego niesamowite brzmienie.

Na światłach staje obok mnie R6. Mój motocykl wygląda w porównaniu z lekką maszyną sportową jak słoń w towarzystwie geparda. Ani śladu nerwowości, tylko siła, która po otwarciu gazu wyrywa ręce z barków. Na prostej MT-01 jedzie jak po szynach. To zasługa stabilizującego działania potężnych – mimo odchudzenia – mas wirujących silnika. Jednak mimo tego efektu żyroskopowego Yamaha stosunkowo lekko wchodzi w zakręty i daje się łatwo kontrolować. Elementy resorujące są dość sztywno zestrojone. Na wyboistych nawierzchniach przenoszą uderzenia na nadgarstki i kręgosłup jeźdźca. Z drugiej strony, roadster wykazuje dzięki temu bardzo dobre własności prowadzenia.

Yamaha nazwała swoje najnowsze dzieło mianem Torque Sports Roadster, co można przetłumaczyć jako sportowy roadster o dużym momencie obrotowym, który jest spory już na niskich obrotach. Sportowe talenty MT-01 trudno było początkowo zauważyć. Gdy nadbrzeżna droga przeistoczyła się w labirynt zakrętów ciągle miałem wrażenie, że jadę spokojnie pulsującym motocyklem turystycznym. Wynikało to już chociażby z niskiego poziomu obrotów. Dwucylindrowiec ciągnie bez szarpania i z pełną siłą już od 1800 obr/min. Na piątym biegu można bez problemów przyspieszać od 2300 obr/min, czyli od prędkości 90 km/h. Pierwszy szczyt momentu obrotowego występuje przy 2300 obr/min, drugi przy 3750 obr/min. Przejście na wyższy bieg opłaca się już przy 4500 obr/min, gdyż powyżej 5000 obr/min silnik robi się ospały.

Trwało chwilę, zanim wypracowałem właściwą technikę pokonywania zakrętów. Recepta brzmi – raczej nie redukować biegu, wejść w zakręt i dodać gazu. Przy tym sposobie na motocykl działa mniejszy moment żyroskopowy wału korbowego i łatwiej go przerzucać z jednego pochylenia w drugie. Na niższych biegach nie ma praktycznie obrotów, przy których maszyna by gwałtownie nie przyspieszała. Ostra patelnia na czwartym biegu? Żaden problem! Szeroka tylna opona zapewnia doskonałą trakcję. Całe szczęście, że na zakrętach z nierówną nawierzchnią 190-milimetrowa tylna opona nie wywołuje momentu prostującego.

Tagi: test | Yamaha

Oceń artykuł:

5.0

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij