Motocykl poleca:

Yamaha TDM 900 A (cz. 1)

Poleć ten artykuł:

O tym motocyklu, który zadebiutował 4 lata temu jako nowe wcielenie TDM-y 850 z 1991 r., napisano chyba już wszystko i przetestowano go pod każdym względem. Jednak nikt w Polsce nie pokusił się o test długodystansowy. Oto nasz wkład w 50-lecie Yamahy.
Zobacz całą galerię


Jako że Yamaha TDM zdobyła grupę zagorzałych zwolenników, postanowiliśmy ją pomęczyć i do końca sezonu nawinąć 25 tys. km. Wszystko zaczęło się pod koniec kwietnia – Yamaszka trafiła do naszego garażu. Pora przyjrzeć się bliżej maszynie – w końcu to wersja jubileuszowa, wyprodukowana z okazji 50. urodzin japońskiego koncernu. Informuje o tym emblemat na przednim błotniku, kolor lakieru to też limited edition. Do tego w tym roku Japończycy dołożyli seryjnie montowany ABS.

TDM-a to dość dziwna konstrukcja, coś pomiędzy motocyklem turystycznym a podróżnym enduro. Przy czym nie jest to żaden superturystyk, do śmigania w terenie średnio się nadaje, a i klasykiem też za bardzo nie jest. Motocykl uniwersalny to chyba najlepsze określenie. Możesz dokupić do niego kufry bagażowe i wyruszyć z pasażerem(- ką) na wakacyjne wojaże. Niestety, przed wyjazdem do Francji nie było czasu na zainwestowanie w ten zestaw. Ale byłem dzielny – sakwy to nie to, ale jak się nie ma co się lubi... Ukłonem w stronę turystów jest bagażnik/uchwyt dla pasażera, który zainstalowano na zadupku. Można na nim zmieścić trochę gratów, pomagają w tym sprytnie umocowane uchwyty, o które można zahaczyć pająka. To zdecydowanie ułatwia zapakowanie się na wypad we dwoje. Zbiornik jest stalowy – standardowa torba z magnesami spokojnie daje radę. Tylko trzeba uważać, żeby nie porysować lakieru. Nawet ziarnko piasku może tu zrobić niezłe szkody.




W czasie całodniowych przelotów duże znaczenie ma komfort. Pod tym względem spece z Yamahy spisali się na medal. Na maszynce siedzi się wygodnie, wszystko jest dokładnie tam, gdzie się spodziewasz. Nawet jeźdźcy o wzroście w okolicach 190 cm nie powinni narzekać. Żeby nie było jak w raju – kanapa jest nieco za wąska. Ale daje o sobie znać dopiero gdy w jeden dzień nawiniesz jakiś 1000 km. Generalnie – luzik. Pasażer również nie ma powodów do narzekań. Do poprawy samopoczucia i podniesienia średniej na autostradzie swoje dokłada przednia owiewka. Ładnie wyprofilowana, z podwójnym reflektorem, do ok. 160 km/h skutecznie chroni przed urwaniem głowy. Powyżej tej prędkości trzeba się nieco bardziej poskładać za owiewką. Na utrzymywanie prędkości tego rzędu bez problemu pozwala silnik. Jego moc (86 KM) w zupełności wystarcza, żeby licznik wyświetlił trzycyfrową prędkość zaczynającą się od dwójki. Rzędowy twin już od 3000 obr/min przenosi na tylne koło 70 Nm – maksymalny moment (89 Nm) uzyskuje przy 6000 obr/min. Nie trzeba go mocno kręcić, ale chyba nie ma nic przeciwko temu. Bardzo chętnie wchodzi na obroty. Pięciozaworowiec od lat jest zasilany wtryskiem, za czystość spalin odpowiada regulowany katalizator.

Nie tylko na autostradowych przelotach TDM-a dobrze daje. Winkle w górach? Proszę bardzo! Chociaż jeźdźcy ze sportowym zacięciem mogą nieco narzekać. Jednak albo rybka, albo akwarium – komfort w tym przypadku jest chyba ważniejszy. W mieście też jeździe się całkiem miło – TDM-a to sprzęt wąski, smukły i zwrotny. Czyli slamom między samochodami – jak najbardziej. Tutaj plusem może być siodło umieszczone na wysokości 825 mm – patrzysz ponad dachami większości katamaranów. Dzięki dużym skokom zawieszeń nie dzwonisz zębami w czasie jazdy po naszych drogach. Można też wjechać na średniej klasy drogi szutrowe. No i mamy dowód na off-roadowe pochodzenie.



Jeśli chodzi o hamulce i ABS – działają bez zarzutu. Skutecznie trzymają w ryzach ważącą 223 kg maszynę. ABS mógł- by pulsować z większą częstotliwością – momentami miałem wrażenie, że niepotrzebnie przejeżdżam cenne metry.

TDM-a w ciągu niespełna półtora miesiąca przejechała 11 427 km. W tym czasie ani razu nie odmówiła posłuszeństwa. Średnie spalanie na poziomie 6,5 l/100 km też nie powinno nikogo szokować. Tym bardziej że większość trasy to były autostrady na zachodzie Europy. Pamiętajmy także o tym, że to motocykl testowy i wszyscy jeźdźcy dbają o to, żeby nie zamulać silnika. Mimo to nie musieliśmy dolać ani grama oleju. Yamaszka odwiedziła serwis tylko dwa razy – na okresowe przeglądy; nic się nie odkręciło, nic się nie urwało, żadne plastiki nie trzeszczą. Cholera, nawet nie ma się do czego przyczepić... Zaraz, mam! Nie ma centralnej podstawki – to wkurzająca duperela, bo łańcuch trzeba dość często smarować, a gdy motocykl jest na maksa obładowany bagażem, trzeba się trochę spocić albo zrobić po parkingu rundkę z puszką sprayu. Można się do tego przyzwyczaić, ale po co.

Odwiedziliśmy Alpy, Dolomity i Lazurowe Wybrzeże. Byliśmy także na zlocie zorganizowanym z okazji urodzin Yamahy. Trzydniowy Yamaha Summer Festival odbył się na torze w czeskim Brnie (relacja patrz: imprezy str. 106). TDM-a miała okazję zrobienia kilku rundek po torze GP, co przyspieszyło agonię opony. Ale o tym w następnej części testu.




Tagi:

Oceń artykuł:

3.3

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij