Motocykl poleca:

Yamaha TDM 900 A (cz. 3)

Poleć ten artykuł:

Chyba każdy z nas choć raz myślał o tym, by rzucić to wszystko w cholerę i – nie oglądając się na nic – pojechać gdzieś w diabły albo jeszcze dalej. Ja – przyznaję – czasem tak mam. Wtedy Yamaha TDM 900 jest jak znalazł.
Zobacz całą galerię

Testy długodystansowe umożliwiają takie podejście do tematu, bo trzeba przejechać minimum 25 000 km. To może nie jest strasznie dużo, ale jeśli pomnożyć to przez cztery czy pięć motocykli, to już jest wyzwanie. Oczywiście – jeden człowiek, jeśliby chciał to zrobić w jeden sezon, nie dość że dorobiłby się grubej warstwy zrogowaciałego naskórka na pośladkach, to jeszcze nie mógłby się zajmować niczym innym.

Na szczęście mogłem np. wziąć maszyn ę na weekend i pojechać przed siebie. Znakomita sprawa, tym bardziej że TDM wiele zniesie. Co prawda, nie jestem fanem jego wyglądu, ale polubiłem go za wygodę i niezawodność. Bo jeśli na dystansie 25 000 km najczęstszą czynnością serwisową było smarowanie łańcucha i wymieniliśmy tylko tylną oponę i (o dziwo) tylne klocki hamulcowe, to można uznać, że sprzęt jest niezawodny. Stalowy zbiornik pozwala użyć klasycznej torby na magnesy, a i na aluminiowy bagażnik na zadupku można upchnąć trochę gratów. W każdym razie, na weekend we dwoje zapakowaliśmy się na luziku, mimo że piękniejsza część ludzkości lubi ze sobą wozić cały zestaw „absolutnie niezbędnych” gadżetów. W przypadku dalszego wyjazdu trzeba się już było zastanowić, jak to wszystko upchnąć. Miałem wtedy dwie możliwości: albo zamówić oryginalne stelaże i kufry, albo dorobić stelaże i skombinować jakieś sakwy. W obu przypadkach są plusy dodatnie i ujemne, jednak zdecydowało to, że za oryginalny zestaw trzeba by było wyło- żyć ponad 2300 zł. Wziąłem na szybko zaimprowizowane stelaże i sakwy. Generalnie zestaw dał radę, ale po drodze nie obeszło się bez przygód. Otóż kiedyś leciałem z pasażerką autostradą – ok. 160 km/h na zegarze. Za owiewką cisza, spokój – po prostu pełen relaks. Aż tu jakiś koleś katamaranem zajeżdża mi drogę. Gość wyskoczył, rzucił we mnie moim własnym śpiworem, gęsto cytując dialogi z „Psów”, i pojechał w cholerę. Jeszcze nie zdążyłem pozbierać szczęki z gleby ze zdumienia, kiedy zobaczyłem, że jedna z sakw intensywnie dymi. Przyjarała się nieco od wydechu... W ten sposób śpiwór i część ciuszków mojej połowy wybrały wolność. Do dzisiaj mam u niej przechlapane...






Na szczęście, TDM-a lubi nie tylko dalekie przeloty. Duże skoki zawieszeń, skuteczne heble i wystarczający kop sprawiają, że w miejskich korkach też raczej nie stałem. Zawsze można było jakoś boczkiem albo nawet pomiędzy stojącymi katamaraniarzami. Na szczęście ani razu nie zdarzyło się, żeby ktoś otworzył drzwi. Ale żeby zajechać drogę na zasadzie: jak ja stoję, ty też stój... – to już bardzo często. I tu ciekawostka – wyłącznie w Polsce. Bo np. na południu Francji byłem chyba najspokojniejszym motocyklistą. Tam nikt się nie szczypie – T-shirt, klapki, R6 pod zadkiem i pełen ogień; o żadnym staniu w korku nie ma mowy.


Niestety, wszystko, co miłe, kiedyś ma swój koniec. Na panelu LCD wyświetliło się 25 000 km, więc zgodnie z tradycją Yamaha trafiła do warsztatu. Nadszedł czas na rozłożenie silnika na atomy, aby sumiennie zmierzyć zużycie poszczególnych elementów. Przyświecał nam ten sam cel, co w przypadku innych maszyn po długim dystansie – koniecznie znaleźć coś, do czego można byłoby się przyczepić. I tu pełny dramat. Bo o czym tu pisać, skoro na cylindrach były jeszcze ślady honowania? Mechanicy zgodnie orzekli, że jeślibyśmy nawinęli 50 000 km, byłaby szansa coś stwierdzić. A na tak krótkim dystansie nie ma mowy o awarii czy zbyt dużym zużyciu czegokolwiek. Faktycznie – w sprzęgle zarówno tarcze, jak i przekładki były prawie jak nowe. Podobnie rzecz się miała z panewkami, wałkami rozrządu, gniazdami zaworowymi, samymi zaworami, łańcuszkiem rozrządu, sworzniem czy pierścieniami. Na tłokach było trochę nagaru, ale to w dużym stopniu zasługa polskiego chrzczonego paliwa (szczegółowe dane – patrz tabelka na następnej stronie). Nawet niewymieniane od nowości przednie klocki hamulcowe nie były całkiem zajechane. Zestaw napędowy i przednia guma również się jeszcze trzymały. Mechanicy uznali, że bez dodatkowych inwestycji TDM-a zrobi- łaby jeszcze jakieś 5000 km.

1. Cylindry jeszcze mają ślady honowania.  


2 i 3. Sprzęgło: kosz, tarcze i przekładki – widać, że nie katowaliśmy TDM-y.
4. Skrzynia biegów – w porzo.
5. W TDM-ie luz zaworów reguluje się co 40 000 km, więc nie doczekaliśmy go.
6. Zębatka zdawcza i cały zestaw napędowy wytrzymałyby jeszcze może 5000 km.
7. Nagar na tłoku to zasługa paliwa.
8. Wałki rozrządu – jak nowe.

Motocyklowi oszczędziliśmy palenia gumy czy dawania na koło. Choć – przyznaj ę się bez bicia – parę razy mnie korciło. Ale przecież nie o to chodzi w teście długodystansowym. Najtrudniejszym wyzwaniem było kilka kółek po torze GP w Brnie, ale TDM-a przypłaciła to jedynie śmiercią tylnego laczka.



Śmiało mogę polecić TDM-a wszystkim, którzy dużo jeżdżą i potrzebują maszyny zarówno do codziennych dojazdów do roboty, jak i na wakacyjną wypraw ę. Jedyne, co mnie wkurzało, to brak centralnej podstawki. Najbardziej wściekałem się, gdy motocykl był na maksa objuczony. Boli też jej cena z katalogu Yamahy – 1220 zł to niemało. Poza tym – żadnych pytań.

Tagi:

Oceń artykuł:

4.6

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij