Motocykl poleca:

Yamaha WR 250 450 F

Poleć ten artykuł:

Mimo że zima 2007 kompletnie zapomniała o Europie Środkowej, miło było wyjechać do kraju korridy. Tam bowiem Yamaha pokazała swoje zupełnie odnowione endurki – WR 250 i 450.

Zobacz całą galerię

Jednak wbrew oczekiwaniom, w off-roadowym centrum w Igualada pod Barceloną zamiast słońca przywitała nas gwałtowna ulewa. Detal – wuerki właśnie przy takiej pogodzie pokażą wszystko, co potrafią. Poprzedniego wieczora nic nie zapowiadało załamania pogody, więc w dobrych nastrojach słuchaliśmy, co ludzie z Yamahy mieli do powiedzenia o swoich najnowszych off-roadach. A więc: całkiem nowa rama z aluminium, wyższa kierownica, teraz marki Pro-Taper, podnóżki osadzone o 5 mm wyżej i nowo zaprojektowane, wyższe i wygodniejsze siodło. Nowy styl podkreślają tylna lampa na diodach LED i nowa owiewka nad reflektorem. Jednostki napędowe zmodyfikowano zgodnie z normami dotyczącymi toksyczności spalin i poziomu hałasu w UE. Musieli nieźle nakombinować, żeby nie stracić na mocy, co w przypadku jednocylindrowców i maksymalnych 89 dB nie jest proste. Kompletnej modyfikacji uległy system smarowania, smok w pompie olejowej jest teraz niżej umieszczony, dlatego nawet na bardzo pochyłych odcinkach silnik ma lepsze smarowanie. Również droga oleju do wałków rozrządu została zmieniona pod kątem lepszego smarowania.

Ważną nowością w „250” jest chłodzenie denka tłoka, za co odpowiadają dysze wtryskujące olej z dolnej strony skrzyni korbowej. Poprawiono również wydajność chłodzenia cieczą, endurki otrzymały układ wykorzystywany w crossówkach z serii YZ. Zawieszenia poprawiono w ten sposób, że zapewniają lepszy komfort na długich odcinkach. Tylny amortyzator jest o 5 mm dłuższy, ma większe możliwości regulacji, tłumienie dobicia można teraz ustawiać osobno dla highspeed i lowspeed. Tarcze hamulcowe typu wave są lżejsze, tak samo jak rolka napinacza łańcucha. Dzięki nowym ramom spadła masa motocykli, ale trzeba było popracować nad jej rozłożeniem.

Sprawdzanie papierowych danych rozpoczęło się o godz. 9. Ambitna prasowa grupa testująca była silnie zróżnicowana pod względem wzrostu i umiejętności jeździeckich. Na jednym biegunie był eksuczestnik rajdu Dakar, który waży mniej niż 70 kg, a na drugim koleżka, który mimo znacznego wzrostu nie miał specjalnego talentu do śmigania w terenie. Dokładnie w chwili, gdy dosiadaliśmy sprzętów lunęło jak z cebra. Strugi deszczu zmieniły trasę testu biegnącą przez hiszpańskie lasy w wielkie bagnisko. Mniej doświadczeni jeźdźcy mieli podążać niebieskim szlakiem, odważniejsi zaś – czerwonym, gdzie włos się na głowie jeżył. Każdy z nas miał przejechać na obu motocyklach po dwie 11-kilometrowe rundy w typowej dla gór mieszance gliny, kamieni i korzeni, a potem – ku uciesze fotografów – przez kolejne pół godziny zażywać kąpieli błotnej w lesie.

 


Cztery rundy po odcinku, na którego przejechanie przewidziano 23 minuty to była ciężka praca. Jazda zaczęła się na znanym torze motocrossowym i zakończyła na torze do dirt tracku. Niektórzy rezygnowali już na pierwszym stromym podjeździe na trasie crossowej, i trudno było się dziwić. Tor był totalnie grząski, jeśli ktoś tylko na chwilę odpuścił gaz, kończył jazdę, leżąc na brzuchu. Nie dało się z powrotem postawić motocykla, ponieważ bu rety bezlitośnie ślizgały się w błocie. Fotografowie początkowo cieszyli się z tego pasztetu, ale miny szybko im rzedły, gdy jeden po drugim lądowali wraz ze sprzętem w śliskiej brei.

Przyglądałem się temu przez chwilę, po czym ruszyłem dalej. Byłem dzielny, mimo że wszędzie było ślisko jak diabli. Walczyłem jak lew, a po pierwszej rundzie mój motocykl nie był nawet specjalnie zabłocony, ponieważ liczne kałuże i strumienie deszczu skutecznie go czyściły. Tyle o przeżyciach, ale jak właściwie wypadły motocykle?

Przed południem jeździliśmy „250”, która w błocie zaprezentowała się z jak najlepszej strony. Jej domeną są kamieniste podjazdy i naszpikowane korzeniami strome zjazdy. Nieco gorzej wypadł osłabiony przez homologowany wydech silnik z bardzo głośno pracującym rozrządem. Pracy jednostce napędowej nie ułatwiało dodatkowe jakieś 20 kg błota. Trochę bardziej otwarty tuningowy wydech na pewno by pomógł, ale to było do przewidzenia, że 89 dB zgotuje prawdziwą łamigłówkę. Bazowa jednostka napędowa ma duże rezerwy, w końcu pracuje ona również w YZ 250 F, która w swojej klasie jest prawdziwym zwierzakiem. Natomiast w silniku enduro krzywa momentu obrotowego jest wzorcowa, również na bardzo niskich obrotach silnik się nie krztusił, a zestopniowanie przekładni wspaniale pasowało do charakterystyki osiągów. Zaskoczyło mnie, że motocykl potrafił się wspinać na kamienne występy większe, niż bym się spodziewał.

Tagi: test | Yamaha WR250F

Oceń artykuł:

--

Motocykl OnlinePorady dla motocyklistów

Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów Porady dla motocyklistów
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij