Finał do końca trzymał wszystkich w napięciu, swoje trzy grosze
dorzuciła pogoda. Zwyciężył czarny koń, czyli sprzęt, którego niewielu
uznawało za faworyta.
Rankiem dnia, w którym miał się rozegrać finał, lało jak z cebra. Ekipa umyślnie wolno wciągała śniadanie, potem przebierała się w tempie godnym ślimaka. No i proszę, opłacało się – deszcz dał sobie siana, tylko ciemne chmury nadal się kłębiły. Finałowa szóstka motocykli pojechała z Canazei na północ, w kierunku Sella Ronda. Mokra i śliska nawierzchnia wymuszała ostrożną jazdę, na szczęście asfalt szybko schnął. Na przyprawiającej o zawroty głowy kombinacji zakrętów przed rozwidleniem w kierunku Pordoi można było doskonale ocenić pracę podwozi i silników.
runda finałowa: z przełęczy na przełęcz coraz mniej rywali
Jak co roku punktem kulminacyjnym Alpen Masters był finał, w którym
wzięli udział zwycięzcy poszczególnych grup. Dołączył do nich obrońca
tytułu – BMW R 1200 R. Po tygodniu pracy zapadła decyzja. Również w tym
roku organizatorzy przygotowali smakowity kąsek, a mianowicie jazdę
przez pięć najpiękniejszych, najbardziej znanych przełęczy Dolomitów.
Nowym elementem i dodatkowym stresem był wybór zwycięzcy drogą kolejnych
eliminacji: na szczycie każdej przełęczy ekipa testowa robiła postój i
wybierała maszynę, która wypadała ze współzawodnictwa. Liczba bike’ów
zmniejszała się z przełęczy na przełęcz, aż do ostatniej, kiedy to dwóch
kandydatów walczyło o tytuł.
Punktem startu, tak samo jak w rundach kwalifi kacyjnych, była baza w
Canazei w regionie Trentino. Stamtąd trasa prowadziła najpierw do
przełęczy Sella (1). Kierując się na Sella Ronda, dojechaliśmy do
przełęczy Gardena (2), która leży w niemieckojęzycznym Tyrolu
południowym. Następnie przez miejscowość Corvara pojechaliśmy w stronę
Passo di Valparola. Kolejna eliminacja miała miejsce dopiero w oddalonej
o kilkaset metrów Passo di Falzarego (3). Po Paso di Giau (4)zostało
trzech rywali. Podczas etapu prowadzącego do Passo Pordoi mieliśmy
ostatnią okazję do wyrobienia sobie zdania o dwóch finalistach, aby na
przełęczy Pordoi (5) wyłonić ostatecznego zwycięzcę. Na ceremonię
koronacyjną triumfator Alpen Master 2009 wyjechał kolejką linową na
wznoszący się prawie 3000 m n.p.m. Sass Pordoi (6).
Pierwszy do odstrzału Niedaleko Passo Sella silny wiatr rozpędził chmury. Postój na cappuccino. Każdy z jeźdźców anonimowo pisze, którą z maszyn uznaje za najgorszą. Tak będzie aż do wyłonienia zwycięzcy. Wynik: po jednym głosie na Yamahę XJ6 i Hondę CB 1300, trzy na R-jedynkę. Nie pomogło, że wszyscy są zachwyceni wzorowymi manierami tej szlifierki. Był to z pewnością najlepszy motocykl sportowy, jaki kiedykolwiek wystartował w Alpen Masters. Opinia jednego z jeźdźców testowych: „Świetny bike na jeden dzień, ale zbyt ekstremalny na cały tydzień” najlepiej oddaje charakter sprzęta.
Grupa pojechała w kierunku przełęczy Sella, aby mniej więcej w połowie wysokości odbić w prawo, w kierunku Passo Gardena. Trasa prowadziła wzdłuż imponujących ścian skalnych z wodospadami Pisciadu. Jednak nikt nie miał szans się nimi pozachwycać, bo z powodu remontu nawierzchni co chwila natykaliśmy się na głębokie bruzdy po sfrezowaniu asfaltu. Turystyczny krążownik BMW K 1300 GT radził sobie z tym bez kłopotów. Wprawdzie jeździec nie widział ani nie czuł przedniego koła, jednak to nie przeszkadzało.
ci ludzie zdecydowali o tytule króla gór 2009
Gert Thöle, Niemcy, 53, szef ekipy testowej. Coraz mniej włosów i coraz
więcej odpowiedzialności.
Karsten Schwers, Niemcy, 37. Ładowność, rozstaw osi, moc nominalna –
facet ma w głowie wszystkie dane.
Pere Casas, Hiszpania, 52, redaktor i jeździec testowy, jako były
zawodnik kocha prędkość, ale jeździ z głową. Zazwyczaj.
Andrea Toumaniantz, Włochy, 45, specjalista od komputerów, instruktor
jazdy, praca w redakcji to jego dodatkowe zajęcie.
Kolejne ofiary Na Passo Gardena kolejny wyrok. Tym razem CB 1300 otrzymał, tak jak
poprzednio, jeden głos, beemki K 1300 GT i R 1200 R również, dwóch jeźdźców wskazało XJ6. Czyli drugiej Yamahy już nie ma, ale przegrała naprawdę minimalnie. Karsten Schwers zdradził, że odrzucił XJ6, bo: „Ten sprzęt jest dla mnie za mdły, poza tym z bagażem miękkie zawieszenia schodzą za głęboko i brak im rezerw”. XJ6 jako drugi zostaje zdegradowany do roli pojazdu towarzyszącego.
Bezpośrednio za Passo Gardena rozciąga się przepiękny widok na rozległą dolinę w kierunku Corvary. Droga wije się w dół zakrętami o wszystkich możliwych promieniach. Tymczasem słoneczko zaczęło prażyć, po wilgoci poranka pozostało jedynie wspomnienie. Cztery sprzęty, które ciągle są w grze, jadą w dół, aby w Corvarze opuścić Sella Ronda i udać się w kierunku Passo di Falzarego.
Przed nami dłuższa jazda przez dolinę z szerokimi zakrętami, przerywanymi pomniejszymi miejscowościami. Tutaj ważne było co innego niż na ostrych winklach i przełęczach. Do tej pory obowiązywała reguła: im wyżej, tym gorszy asfalt. Teraz im wyżej się wspinamy, tym nawierzchnie są lepsze. Prawdziwy raj dla kochających zakręty, z gładkim i przyczepnym asfaltem oraz 180-stopniowymi winklami, gdzie czterem maszynom można dać porządnie po garach.
„GT wyleciał!?”– zdumiał się Andrea Toumaniantz, gdy na Passo di Falzarego, w trzecim głosowaniu, okazało się, że odpadł liniowiec BMW. Dostał trzy z pięciu głosów. „Zadziwiające, jak poręczny jest ten tankowiec, jednak jak dla mnie K 1300 GT jest na wąskie trasy za wielki i za ciężki” – podsumował Kristijan Tićak. Obie beemki dostały po jednym wskazaniu, natomiast Honda CB 1300 pozostała nietknięta.
Z górki na pazurki – ta zasada obowiązywała w kolejnym etapie, a przynajmniej na pierwszym odcinku zjazdu z Falzarego. Podjazd przez las prowadzący na Passo di Giau był dosyć wymagający: zmienne oświetlenie, nawierzchnia co jakiś czas raczyła a to żwirem, a to dziurami.
Postój na Passo di Giau trwał nieco dłużej. Winne było to, że pierwsze głosowanie nie przyniosło rozstrzygnięcia. Wszystkie trzy pozostające w zawodach sprzęty (F 800 GS, R 1200 R i CB 1300) dostały po dwa wskazania. Trzeba więc było głosować po raz drugi. Wypadła beemka R 1200 R – zwycięzca z ostatnich dwóch lat. Wady tego sprzęta (słabo dozowalne hamulce zbyt kąśliwie wgryzają się w tarcze, w trakcie jazdy pod obciążeniem z suchego sprzęgła czuć swąd, feedback podwozia jest za mało wyraźny) wyglądają na czepianie się, ale przecież ktoś musiał odpaść.
Została dwójka
Wiemy więc, że zwycięży Honda CB 1300 lub BMW F 800 GS – w samo południe na Passo Pordoi.
Zanim doszło do rozstrzygnięcia, ten duet musiał pokonać kawał drogi. Za nim podążała gromada fi nalistów, którzy odpadli. Najpierw był zjazd z Passo di Giau w dolinę, następnie jazda przez Colle Santa Lucia do Arabby. Na łagodnym podjeździe w kierunku Pordoi sprzęty przejechały końcowe kilometry, na których trzeba było rozwiać ostatnie wątpliwości co do zwycięzcy Alpen Masters 2009.
Karuzela zakrętów za Arabbą wymagała od jeźdźców pracy całego ciała i najwyższej koncentracji, natomiast od maszyn maksymalnej poręczności. Wypolerowany asfalt dokładał starań, aby nikomu się nie nudziło. Na Passo Pordoi dwie maszyny stanęły naprzeciw siebie. Tylko jedna może odnieść zwycięstwo. W powietrzu zapachniało pojedynkiem rewolwerowców z fi nałowej sceny „W samo południe”.
Rezultat – 3 : 2 Zwycięzca – Honda CB 1300 – wygrywa więc o włos. Oto król Alp 2009. To, czego nie osiągnęła goła wersja z 2005 roku, która minimalnie przegrała z Suzuki V-Stromem, udało się CB w wersji z półowiewką. Czyli w górach warto postawić na maszyny raczej spokojne, tyle że bez słabych stron.
Mocne strony CB 1300: wygodna pozycja jeźdźca i pasażera, łagodny silnik z dużym momentem obrotowym, świetne hamulce z ABS-em, komfortowo zestrojone podwozie oraz neutralne prowadzenie, które pozwala szybko zapomnieć o znacznej masie.
Z wysokości Sass Pordoi król gór może cieszyć się władzą i smakować przepiękny widok na swoje imperium: masyw Sella, Dolomity, Alpy. I tak przez rok, aż do następnego Alpen Masters.