REKLAMA

Bieszczady okiem małego motocyklisty

Takiej relacji jeszcze w MOTOCYKLU nie było. Dziesięcioletni Hubert Tarkowski podzielił się z nami wrażeniami z motocyklowego wyjazdu w Bieszczady.

W tym roku skończyłem 10 lat. Myślałem, że pęknę ze szczęścia, gdy tato wkrótce potem powiedział: „No, Hubert, teraz możemy już sobie pozwolić na męskie przygody”.

Plan: próba mojej wytrzymałości na 2–3-dniowej wyprawie w górskie winkle. Pieniny i Tatry? Fajnie, ale to z Lublina ponad 400 km w jedną stronę. Na pierwszy raz? To przeraziło… tatę. Bieszczady? Lepiej. A więc 3 dni: dojazd, Pętla Bieszczadzka i powrót.

W sobotę rano leje, w południe również. Z żalu mam mokre oczy. Po obiedzie na niebie nadal chmury, ale szosa już sucha. Szybka decyzja – startujemy!

Zamek w Krasiczynie (to już Bieszczady) oglądamy z kanapy: za godzinę zacznie się ściemniać. Potem odbijamy na Ustrzyki Dolne. Po paru kilometrach widzimy drogowskaz na Arłamów.

Gdy już tam jesteśmy, tato opowiada mi o internowaniu Wałęsy, ale dla mnie to abstrakcja. Fajniejsze są winkle i widoki. Na nocleg stajemy u podnóża Laworty. Fajna miejscówka – Dębowa Gazdówka.

Rano po małej wspinaczce po leśnych winklach tato parkuje nad Lutowiskami. Drożdżówki popijane jogurtem, jedzone na łące z widokiem na panoramę Bieszczadów, smakują jak nigdy. Pogoda – rewelacja, więc z otwartymi kaskami bujamy się po zakrętach do Dwernika. Potem wracamy nad San. Drewniany most, kamienne progi na rzece i tablica z informacją o początku strefy ochrony rysi i niedźwiedzi. Jesteśmy w sercu Bieszczadów.

Zawijamy leśnymi agrafkami w stronę Mucznego i Tarnawy. Droga coraz gorsza i w końcu zakaz wjazdu. Dalej już Ukraina.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się zobaczyć żubry. Na niebie żadnej chmurki, ciepełko, otwarte kaski, zacinamy kolejne zakręty i wdychamy zapachy Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

Co chwilę poklepuję tatę, wskazując mu kolejną atrakcję. Szybko mijamy Ustrzyki Górne i po ostrej wspinaczce jesteśmy na Przełęczy Wyżnej. Po obiedzie sennie zawijamy kolejne zakręty do Wetliny i Cisnej. Przed lodami zwiedzanie kolejki wąskotorowej i Siekierezady (nie do końca wiem, o co z nią chodzi).

Tato zapowiada fajny odcinek: jedziemy przez Terkę nad zalew na Sanie. Faktycznie, zupełnie jak kolejka górska! Zakręt w prawo, w lewo, górka, dołek, mostek… i tak przez kilka kilometrów. Potem Polańczyk, Solina. Nad zaporą tłum. Decydujemy się obejrzeć ją z drugiej strony doliny, z pełnym widokiem na Bieszczady.

Następnego dnia pora wracać. Odbijamy na Dynów. San leniwie wije się łąkami, budując malowniczą dolinę. Śniadanko podróżnika: konserwa, bułka. Wreszcie przydaje się mój scyzoryk. Ostatnie 20 km to droga z rewelacyjnym widokiem na Bieszczady i Beskid Niski.

Na drodze S19 wytrzymujemy tylko do Niska. Tutaj San przypomniał o sobie. Nie możemy go tak zostawić, więc odprowadzamy go do samego ujścia w okolicach Sandomierza. Na horyzoncie zaczyna się kotłować i pojawiają się czarne chmury. Trzeba zagęszczać ruchy. Zaraz po tym, jak motocykl wjeżdża do garażu, z nieba spada ściana wody.

Tato, było czadersko! Gdzie i kiedy znów jedziemy?     

zobacz galerię

Komentarze

 (2)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA