[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ

OCEŃ
3.6

Debiut na fiordach, czyli motocyklowy wyjazd do Norwegii, Suzuki GSF 1250 Bandit

Dlaczego Norwegia? Bo lodowce, fiordy i Lofoty, a jeśli do tego dołożysz zapierające dech widoki i puste, kręte drogi z genialnymi asfaltami, to już znasz odpowiedź. Zaproponowałem swojej drugiej połowie, żebyśmy tym razem pojechali razem.

motocyklowy wyjazd do Norwegii Ponieważ mieszkamy w Trójmie­ście, prom do Karlskrony był oczywisty. Pierwszym naszym celem były fiordy i Śnieżna Droga. Etap między Karlskroną a Oslo po 600 kilometrach na życzenie Madzi przerwaliśmy. Taka uroda debiutantki.

Ponieważ mieszkamy w Trójmie­ście, prom do Karlskrony był oczywisty. Pierwszym naszym celem były fiordy i Śnieżna Droga. Etap między Karlskroną a Oslo po 600 kilometrach na życzenie Madzi przerwaliśmy. Taka uroda debiutantki.  

W necie wyczytałem, że osada Gud­vangen na końcu Naeroyfiorden jest genialnym miejscem. Jechaliśmy tam drogą E16, aby w pewnym momencie uciec z niej na nr 601 i ominąć tunel pod górami. To był dobry ruch! Szczególnie polecam zjazd do miejscowości Aurland z przepięknym widokiem na Aurlandsfiorden. Po około 1000 km od promu zacumowaliśmy na malutkim kempingu w Gudvangen. Leży on między zboczami gór, po których spływają wodospady. Bajka! Tutaj do Madzi wyraźnie dotarło, na co dała się namówić: „Co?! 1000 km w dwa dni i to dopiero początek?! Że ile? 5 tysięcy?! Jutro odwozisz mnie do Bergen na samolot do Gdańska...”. Zmieniła zdanie, gdy obiecałem jej, że jutro daleko nie pojedziemy.

REKLAMA

Następnego dnia machnęliśmy się zobaczyć wodospad Hardangerjokulen. Zatkało nas, jak zobaczyliśmy dobre pół kilometra prawie pionowej ściany w dół. Myślałem, że nie mam lęku przestrzeni, ale tam zmieniłem zdanie. Wodospad jest monumentalny, a jego widok z okien hotelu – wart każdych pieniędzy.

Kobiety na motocykle! Jeszcze jedna wspólna wyprawa i będę musiał kupić coś dla Madzi.

REKLAMA

REKLAMA

20% na agrafkach

Po godzinie gapienia się w krajobraz z ociąganiem wsadziliśmy tyłki na moto i rozpoczęliśmy powrót na nasz kemping. Nie byłbym sobą, gdybym nie ominął tunelu, żeby sprawdzić, czy widok na naszą dolinę jest naprawdę piękny. Podjazd był spokojny, a widoki faktycznie zapierały dech. Natomiast zjazd przekroczył granice wytrzymałości Madzi. Jeszcze na górze stwierdziła: „Nie wygląda to dobrze…”. Nachylenie 20% na agrafkach konkretnie ją przestraszyło. Ale nie ma tego złego: przytulała się do mnie bardzo mocno... Uspokajałem ją, a w duchu cieszyłem się zakrętami jak małpa szkiełkiem. Wieczorem wróciłem tam sam – cieszyłem się jazdą i jak kretyn na każdej agrafce cykałem fotkę za fotką.

{% image id=216570 align=left x=740 y=0 %

Następnego dnia lunęło, ale na szczęście nie było zimno. To zasługa Golfsztromu. Wsiedliśmy na prom do Kaupanger, gdzie chcieliśmy zaatakować Śnieżną Drogę (E55). Trasa rejsu prowadziła przez malowniczy fiord – Naeroyfiorden, który widnieje na liście UNESCO. Wąski przesmyk, zielone zbocza i ośnieżone szczyty – ten widok wyciągał turystów na pokład nawet mimo deszczu.

REKLAMA

Około godz. 14.30 zaczęliśmy przygodę z E55. Słynna Śnieżna Droga jak dla mnie jest przereklamowana. Nie ma startu do Stelvio czy mojej ulubionej Col de Nivolet. Być może to wina deszczu, że Śnieżną Drogę po prostu przejechaliśmy i tyle. Było trochę śniegu, trochę górskich widoków... Nic szczególnego.

Połowa lipca. Jeden z widoczków ze Śnieżnej Drogi. Niewielkie, ale jednak podobieństwo do krajobrazów alpejskich da się zauważyć.

REKLAMA

W strugach deszczu zmierzaliśmy do hotelu w Lom. Nie chciało mi się wciągać przeciwdeszczówki na spodnie, więc pięknie nasiąkły. Niby Rukka, gore-tex... Nie przemokły – w środku byłem suchy, ale ważyły chyba z 10 kg. W Lom jest piękny drewniany kościół, tzw. klepkowy, z 1140 roku. W Norwegii jest ich dużo i warto zobaczyć choć jeden. Kunszt obchodzenia się Norwegów z drewnem budzi szacunek.

Lom: piękny drewniany kościół, tzw. klepkowy, z 1140 roku.

Z lodowca do sauny

W końcu dotarliśmy do lodowca Joste­dalsbreen. Z tej wielkiej góry niebieskiego lodu po obu stronach spływają wodospady! A to wszystko otoczone przepięknie zielonymi, wysokimi, stromymi zboczami. Mógłbym się gapić godzinami... Na ziemię sprowadziła mnie Magda – trzeba poszukać noclegu. I tu zonk: w dolinie wszystko zajęte, w Loen za budkę gość krzyknął 1045 koron! To trochę ponad 500 zł. Czyli co – noc pod namiotem? Na szczęście pod Strynem jakiś lokales zapytał nas, czy nie szukamy noclegu. Człowiek nigdy nie wie, na co trafi. Nam trafił się komfortowy domek z prysznicem, trzema sypialniami i skórzaną sofą w salonie. „Dobra, to ja skoczę jeszcze na Briksdalsbreen, a ty odpoczywaj” – zdecydowałem. Po drodze odebrałem SMS-a: „Mamy saunę!”. No to impreza!

Pod Briksdalsbreen coś mi odbiło: postanowiłem przejechać przez słynny drewniany mostek pod wodospadem. „Ciekawe, czy jest ślisko na tych wiecznie mokrych dechach” – pomyślałem i na próbę leciutko dodałem gazu. Kretyn… Oczywiście było ślisko, więc o mało nie pacnąłem. Po chwili odwrót. Jeszcze tylko wino i można zaczynać miły wieczór. „Tylko w specjalnych sklepach i tylko do godz. 18” – pod supermarketem jakiś młody chłopak sprowadził mnie na ziemię. No tak, zapomniałem, że to Skandynawia. Nici z wina, mimo to wieczór i tak był udany.

Następny dzień to Droga Orłów (E63), GeirangerfiordTrollstigen. Po drodze był szczyt Dalsnibba, na który można – sorry, poprawka: trzeba! – wjechać. Serdecznie polecam! Drogę E63 mogę zaliczyć do pierwszej piątki moich ulubionych górskich tras w Europie. Urok zjazdu doceniła i Madzia – pod koniec rozluźniła uścisk (co niekoniecznie mnie ucieszyło). Moim kosztem był ból w prawej dłoni od pracy hamulcem, bo heble Suzi musiały dać sobie radę z ponad 500 kilogramami. To był koniec gór w Norwegii, ale zarazem najfajniejszy dzień wyprawy.

REKLAMA

Dalsnibba. Ten widoczek całkowicie mnie pochłonął. Gdyby nie rozsądek Magdy, siedziałbym tam chyba do nocy.

REKLAMA

REKLAMA

Jęzor lodowca na końcu fiordu Lovatnet. To bodaj najpiękniejszy obrazek, jaki widziałem w życiu.

REKLAMA

Neverending story

No dobra, to teraz Droga Atlantycka. Moim zdaniem miejsce jest przereklamowane, niemniej okolica piękna. Za to nocowaliśmy na kempingu w pokoju z widokiem na... wielką koparę. Cóż, raz na wozie, raz pod wozem.
Kolejnego dnia celownik ustawiliśmy na E17 – na Lofoty. Ponieważ po Norwegii jeździ się maksimum 80 km/h, podróż na wyspy przerwał nocleg na kempingu w miejscowości Mosjoen. Droga E17 przypadnie do gustu motocyklistom: piękne widoki i mnóstwo zakrętów to jest to! A do tego fiordy, które dwa razy dały nam odpoczynek na promie.

Z kolei za kołem podbiegunowym porażka: mózg głupieje, więc o godz. 1 w nocy mimo zmęczenia nie chce się spać. Od pracującego na Lofotach Polaka dowiedzieliśmy się, że zimą tylko tuż po godz. 12 robi się odrobinę szaro. W każdym razie tego dnia noc nie przyszła i tak miało być przez kolejne 3 dni.

Wieczorem okazało się, że miejsc na kempingu w domkach brak. No to noc w namiocie. Łatwo nie było, bo wiek już nie ten, bo jasno, bo mewy całą noc darły dzioby, bo kempingowi sąsiedzi imprezowali i imprezowali… Około północy oglądaliśmy przypływ. Sen zmorzył nas dopiero około 2 w „nocy”.
O godz. 9.30 zameldowaliśmy się przy promie płynącym na Lofoty i lipa... Okazało się, że na pokładzie nie ma już miejsc do zamocowania motocykli. Większość bike’ów odjechała, ale dwóch Norwegów zaczęło pertraktacje z obsługą, że przecież jest jeszcze trochę miejsca. Warto było czekać – po chwili zaraz za nimi jako ostatni wjechaliśmy na prom.

Debiut na fiordach, czyli motocyklowy wyjazd do Norwegii.

Lofoty. Początkowo nie wiedziałem, czym Norwegowie się tak zachwycają. Zrozumiałem to dopiero gdy zobaczyłem chmury przelewające się przez ostre szczyty gór. Piaszczyste plaże (na jednej nawet się opalaliśmy, dopóki przypływ nam jej nie zabrał), piękne góry schodzące wprost do zielonkawobłękitnego morza, kręte wąskie drogi… Pięknie tam, ale i strasznie drogo.

Mieliśmy tam problem z noclegiem. Panienka z recepcji kempingu stwierdziła, że w szczycie sezonu nawet miejsce na polu namiotowym trzeba rezerwować, i to z dużym wyprzedzeniem. Sporo przesadziła, jak się potem okazało, niemniej jej gadka skłoniła nas do wynajęcia domku za niebotyczne pieniądze (1300 zł za dwie noce).

REKLAMA

Nusfjord. Nocleg w czerwonej rybackiej chacie pozwolił nam najlepiej wczuć się w specyfikę Norwegii.

REKLAMA

Nusfjord - drogo, ale warto było

Supermiejscówka - jak się tam zadomowiliśmy, przestaliśmy żałować wydanych pieniędzy. Mieszkaliśmy w robry – jednym z typowych dla Norwe­gii czerwonych domków. Nasz stał na palach w porcie rybackim w samym centrum osady. Po tych wszystkich zgrzebnych budkach, w których nocowaliśmy poprzednio, przespać się w wygodnym łóżku – uczucie nie do przecenienia.

Drugiego dnia, zmęczeni od wrażeń, zajechaliśmy do innego robry, do którego nas przeniesiono. Otwieramy, a tam… kibelek. Pomyłka? Nie, po prostu każdy domek miał w jednym z baraków oddzielną toaletę. Otworzyliśmy nasz nr 48, a tam sieci rybackie i jakieś wełniane portki na ścianie wiszą. Dziwne to, ale OK – to przedsionek. Są kolejne drzwi – otwieramy: dwie ławy pod ścianami i gołe dechy na podłodze. W dodatku cuchnie rybami, smołowanymi deskami, starym drewnem. Jak i na czym spać?
Zaraz, z przedsionka są jeszcze jedne drzwi. Kamień spadł mi z serca, gdy zobaczyłem stolik, krzesła, kanapę taką z lat – nie wiem – pięćdziesiątych...? Rozej­rzałem się dookoła: a gdzie będziemy spać? Bety znaleźliśmy na drewnianych ławach podwieszonych pod dachem. Otóż norwescy rybacy spali pod sufitem: cieplej i oszczędność miejsca. Po tej batalii usiedliśmy na kanapie i zaczęliśmy się śmiać z naszych min po wkroczeniu do robry.

Na promie z Lofo­tów na kontynent dorwaliśmy dwa wygodne leżaki i całe 4 godziny rejsu do Bodø spędziliśmy na pokładzie w promieniach norweskiego słońca. Na północy Szwecji było prawie pusto. Godzinami jechaliśmy przez lasy, częściej napotykając renifery niż auta.

Debiut na fiordach, czyli motocyklowy wyjazd do Norwegii.

REKLAMA

REKLAMA

Zobaczę zorzę?

Jazda z Bodø do promu do Trójmiasta zajęła nam 2 dni (około 1800 km). Podczas przeprawy przez Bałtyk zbrataliśmy się z polskimi kierowcami tirów, którzy na północy Norwegii wozili towary do sklepów. Zimą na północy Norwegii tirami! Faceci z jajami! Jeden zapewniał mnie, że nie ma różnokolorowych zórz polarnych – są tylko zielone. Drugi dał mi numer telefonu, żebym zadzwonił w lutym, to zabierze mnie do szoferki i zobaczę zorze. Mam wziąć tydzień urlopu albo lepiej 2 tygodnie, bo jak nas zasypie, to będziemy tydzień stać. Ta noc skończyła się… nie pamiętam kiedy.  

REKLAMA
Norwegia - warto wiedzieć
Debiut na fiordach, czyli motocyklowy wyjazd do Norwegii.
Nie jestem fanem nalepek, mimo to ta upamiętniająca to, że byliśmy na Lofotach, powędrowała na zbiornik paliwa.
 
Koszty. Norwegia jest droga, dlatego dobrym rozwiązaniem jest zabranie żywności liofilizowanej i maleńkiej kuchenki turystycznej. No i jest jeszcze sieć sklepów Rema 1000...
Kiedy. Nie bój się Norwegii! Latem jest tam prawie tak samo ciepło, jak w Polsce. Na Lofotach około godz. 16 było +28 stopni. To zasługa Golfsztromu, ciepłego frontu zatokowego. Najlepsza jest pierwsza połowa lipca. Warto jednak śledzić prognozy pogody, aby wstrzelić się w okno dobrej aury.
Debiut na fiordach, czyli motocyklowy wyjazd do Norwegii.
Noclegi. Polecam broszurę „Norway camping” (do kupienia w prawie każdym kempingu w Norwegii). Są tam mapy i numery telefonów do wszystkich kempingów w tym kraju. Miejsce zarezerwujesz nawet z jednodniowym wyprzedzeniem. Podstawowa znajomość angielskiego pozwoli wszędzie się porozumieć.
Noclegi w hytte – domkach letniskowych do wynajęcia. Jeśli stawiasz na to rozwiązanie, zabierz śpiwór. Wynajęcie dwuosobowego hytte kosztuje około 350 zł za noc. Spanie pod namiotem to połowa z tego.
Plan wyprawy. Mój sposób: w Google Maps wyszukuję miejsca, które chcę/powinienem odwiedzić, zapisuję je w „ulubionych”, a potem staram się odwiedzić jak najwięcej z nich.
Koszt ogólny: ok. 12 000 zł

zobacz galerię

Zobacz również:
Tak, tak, to wcale nie jest żart. 25 lat temu, w listopadzie 1994 roku, na rynku pojawił się pierwszy numer „Motocykla”. Przez tych 300 miesięcy świat przyspieszył, podobnie jak współczesne motocykle. Przez 2,5 dekady przygotowaliśmy dla Ciebie 299 numerów naszego magazynu.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij