[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

Diukiem w Alpy

2810 km w cztery dni na grzbiecie KTM'a 690 Duke'a. Nasz czytelnik podzielił się z nami relacją ze swej wyprawy w Alpy

Diukiem w Alpy wyprawa na KTM 690 Duke

Któregoś dnia jeżdżąc w koło Poznania poczułem wielki głód zakrętów. Mój motocykl czuł to od zawsze, KTM Duke 690.

I wtedy zrodził się w mojej głowie pomysł krótkiego wypadu w Alpy. Jeden dzień na dojazd, dwa dni na miejscu i dzień na powrót.

Rzuciłem propozycje kilku kumplom. Żadnemu jednak nie pasuje. Urlop, finanse itp. itd. Myślę sobie, że jak tak będę na któregoś z nich czekał to mogę czekać do sześćdziesiątki i wtedy powiem, ale byłem głupi: zamiast jechać to siedziałem.

Niektórzy mówili z przerażeniem: 1000 km autostrady na nakedzie? Na Duku? Mnie natomiast to ich przerażenie nakręcało jeszcze bardziej. Decyzja zapadła.

Pozostało jedynie przekonać moją kochaną żonkę na samotny wyjazd.Po kilku podejściach dostaje zielone światło pod jednym warunkiem: mam wrócić cały. Myśl o samotnej wyprawie dodawała adrenaliny. Pogoda zapowiadała się rewelacyjnie.

Czwartek 25.08 godzina 06.00 startuje z Poznania. Pierwszy nocleg zaplanowałem przy granicy niemiecko- austriackiej w miejscowości Grainau niedaleko Garmisch-Partenkirchen.

Prędkość przelotowa 130 km/h . Książę przyjemnie mruczał i trochę zaskoczony już o 16.00 byłem na miejscu. Myślę tyłek nie boli, słońce wysoko, warto pokręcić się po okolicy. Pojechałem wiec zobaczyć Fussen miasteczko znane między innymi z zamku Neuschwanstein.

Piątek rano po śniadaniu wyruszam w poszukiwaniu zakrętów.

Nocleg miałem zarezerwowany we Włoszech gdzieś u podnóża Przełęczy Stelvio, którą to miałem w planach zaatakować następnego dnia.

Wjeżdżam do Austrii i przez przełęcz Fernpass dolatuję do doliny Otztal. W Solden skręcam w ślepą drogę Otztaler Gletscherstraße zakończoną dwukilometrowym tunelem.

Jest to najwyżej położony tunel drogowy w Europie. Odcinek ten jest cudowny i prowadzi na pełne 2800 m npm. Co prawda droga jest płatna, ale zjawiskowa! Warta każdego euro.

Następnie śmigam na Przełęcz Timmelsjoch (Passo Rombo ) 2509 m npm. którą wjeżdżam do Włoch. Również ta droga jest płatna, ale widoki i wrażenia niesamowite.

Nie wiedziałem, jaka będzie średnia prędkość dlatego miałem przygotowane dwa warianty trasy. Dłuższy i krótszy.

Niestety magia Alp pochłonęła mnie bez reszty, upajałem się każdym kilometrem i każdą minutą. Co chwila stawałem robić zdjęcia i delektowałem się widokami, dlatego nawet krótszy wariant trasy musiałem okroić, bo dnia ubywało, a kilometrów nie.

Następnie przez przełęcz Jaufenpass (Passo Giovo) i innymi urokliwym dróżkami kieruje się w okolice Parco Nazionale dello Stelvio, gdzie na wysokości ok 1500 m npm. czekał na mnie uroczy hotelik z włoską kuchnią....

Sobota rano, bezchmurne niebo, wyruszam bojowo nastawiony pieknymi serpentynami pomiędzy sadami pełnymi jabłek w kierunku słynnego Passo dello Stelvio (Duke, aż się rwie na myśl o 48 zakrętach na podjeździe przełęczy).

Czym bliżej Stelvio coraz więcej rowerzystów, u podnóża w Spondinig dosłownie setki. Okazuje się, że tego dnia przełęcz zamknięta dla motocykli i samochodów. Rowerzyści mają swoją imprezę Stelvio Bike Day (po powrocie wyczytałem, że było 8415 rowerzystów).

Trochę szkoda, ale jak pomyślę o tych wszystkich rowerzystach wspinających się z prędkością 2 km/h to już nie żałuję. Będzie pretekst żeby wrócić w przyszłym roku.

W tym układzie śmigam na przełęcz Reschenpass zrobić sobie zdjęcie przy słynnej wieży kościoła wystającej z jeziora Reschensee. Pozostałość po zalanej (celowo) wiosce Graun.

Główne moje założenie było takie, że wszystkie zaliczone przełęcze musze przejechać w obie strony (często ta sama przełęcz wygląda różnie przejechana od drugiej strony). Dlatego powtórzyłem trasę z dnia poprzedniego, w druga stronę kierując się w stronę doliny Otztal. Emocje nie mniejsze niż pierwszego dnia. Z tą różnicą, że to sobota i miejscowi bikerzy szaleją. Dosłownie!

Opuszczając dolinę Otztal zaliczam jeszcze jedna przełęcz Kuhtaisattel. Najwyższy punkt 2017 m npm, nie jest jednak tak popularna jak np Timmelsjoch i nie zapewnia takich widoków, ale ma w sobie coś magicznego. Prawie nie ma na niej ruchu, jest bardziej dzika. Przybliża do natury.

Bydło beztrosko spaceruje środkiem drogi i się przygląda, jakby nigdy nie widziało KTMa. Jest cudownie. Nie chce mi się opuszczać tego miejsca. Żal pomyśleć, że już jutro powrót. Na ziemię sprowadza mnie Austriak który podjeżdża Audi A6 z małą przyczepką zebrać owce z łąki. Słońce coraz niżej. O zmroku już docieram do znanego hotel w niemieckim Grainau.

Niedziela po śniadaniu startuje w kierunku Poznania. O 18.00 wjeżdżam do garażu. Licznik pokazuje 2810 km i ani jedna kropla deszczu. To były wspaniałe, cztery pełne dni od rana do wieczora w siodle. Tylko ja i on... KTM Duke 690.

zobacz galerię

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA