[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.0

Hard enduro „Battle of Vikings”, czyli rzecz o tym jak Polak wziął udział w bitwie wikingów

Nasz czytelnik Marcin Spirowski, znany między innymi z organizacji zawodów Charlotta Enduro Extreme, w poszukiwaniu sportowych wrażeń ruszył za morze i wziął udział w rozgrywanych w szwedzkim Orebro zawodach hard enduro „Battle of Vikings”. Oto jego relacja.

Od kilku lat startuję w zawodach hard enduro, przeważnie w imprezach rozgrywanych w Rumunii. Tamtejsze enduro z uwagi na górski charakter smakuje najpełniej - niczym ciastko z kremem zwieńczone wisienką.

Szczególnym upodobaniem obdarzyłem imprezę Regiment 13, zawody ze wszech miar doskonałe. Wspaniały, trudny teren, doskonale dobrane trasy i mistrzowska organizacja. Dlatego też Regiment 13 stał się dla mnie punktem No1 całego sezonu startowego. To właśnie te zawody decydowały o układzie wszystkich innych startów w danym sezonie.

REKLAMA

Tej wiosny gdy czekaliśmy wszyscy na publikację terminarza zawodów gruchnęła niczym grom z jasnego nieba wieść, że Regimentu 13 w tym roku nie będzie. Wielu moich przyjaciół, jak i ja stanęliśmy przed dylematem ”i co teraz?”, czym wypełnić pustkę po tak dobrej imprezie?

Przeświadczony, że w Rumunii nic nie jest w stanie konkurować z Regimentem postanowiłem poszukać szczęścia gdzie indziej, choćby i za morzem. Z zamorskiej oferty wybór padł na szwedzkie zawody hard enduro „Battle of Vikings” rozgrywane w miejscowości Orebro.

Impreza kompletnie nieznana wśród moich znajomych była dla mnie wielką niewiadomą. Jedynie kilka filmów obejrzanych w sieci mogło w jakimś stopniu przybliżyć mi skalę trudności. Filmy jakoś szczególnie nie zatrważały, więc spakowałem się beztrosko jak na niedzielną wycieczkę, nie zmieniając nawet lekko zużytej już tylnej opony.

Po przybyciu na miejsce i zilustrowaniu pierwszych kilkuset metrów trasy okazało się jak bardzo myliłem się w tej ocenie. Zdawało mi się, że jeśli zawody organizowane są na jedynym w okolicy wzniesieniu o zaledwie 200 metrach różnicy poziomów, nie powinno być zbyt trudno. Jednak ogrom kamieni i korzeni na trasie, który tam zobaczyłem zwiastował ostry szwedzki łomot dla mnie i mojej maszyny.

Trasa wyścigu wiła się po zboczu góry niczym ciało wściekłej żmii. Co chwila zagłębiała się w wąwozy, którymi pocięta jest cała okolica. Podłoże to skała we wszystkich odmianach – skała lita, skalne bloki, skalny rumosz, czasem tylko przysypany skromnie glinką i okryty siecią sosnowych korzeni. Tu po pierwszych oględzinach, jeden wniosek, się nie spieszyć, oszczędzać siły – będą potrzebne jak nigdy dotąd.

Zawody składały się z dwóch dni rywalizacji. Pierwszego rozgrywany był widowiskowy prolog, który decydował o kolejności startowej w wielkim finałowym boju wikingów.

Prolog to dwa oddzielne wyścigi w grupach dwudziestoosobowych. Starty odbywały się wg kolejnych numerów losowo nadanych przez organizatora, więc każdy miał szansę trafić na swojej linii zarówno zawodników poziomu światowego, jak i amatorów. Mnie osobiście przytrafiło się startować z samym Maestro Grahamem Jarvisem – fajne doświadczenie.

Trasa prologu liczyła około 3km i przebiegała głównie po sztucznie stworzonym torze super enduro, do złudzenia przypominającym ten znany z zawodów Red Bull Romaniacs Były tam wielgachne pnie drzew oraz przeszkody zbudowane z desek i opon samochodów ciężarowych. Prolog kończył się widowiskowym zeskokiem z drewnianej rampy w dół stoku narciarskiego, wokół którego wytyczona była trasa zawodów.

Drugi dzień to wielka finałowa „bitwa wikingów”, esencja hard enduro. Czterogodzinny wyścig po liczącej 12 km trasie, polegający na przejechaniu w tym czasie jak największej liczby okrążeń. Klarowne zasady znane nam z zawodów cross country tyle że w mocno odmiennym terenie.

Okazało się, że te odcinki trasy, które przeszedłem poznawczo przed zawodami wcale nie były takie wymagające. Dopiero dalsze etapy o dźwięcznych nazwach jak „Blueberry Hill” czy „Hamburger Hill” dały prawdziwie poznać jakość szwedzkiego hard enduro.

Ciągłe kluczenie poprzez kamieniste wąwozy zasłane niezliczoną ilością pni drzew, wysysało siły w zatrważającym tempie. Po przejechaniu pierwszego okrążenia uświadomiłem sobie, że odcinek super enduro zbudowany ku uciesze kibiców, tak straszący na filmikach w sieci, był w zasadzie jedynym miejscem gdzie można było odsapnąć. Pozostałe, leśne etapy to ciągła walka wśród skał.

Niesamowitym doświadczeniem było dla mnie zderzenie z inną kulturą jazdy i kibicowania, całkowicie odmienne od naszych zwyczajów. Podczas zawodów obowiązywała zasada „zero obcej pomocy”, to znaczy, że zarówno kibice jak i osoby funkcyjne nie pomagają zawodnikom w opresji. Jedyną pomoc mogą ofiarować sobie sami zawodnicy.

Pomimo bardzo trudnych elementów na trasie, gdzie czasem kilka centymetrów decydowało czy zdołasz pozostać na szczycie czy spadniesz w dół, żaden kibic nie przekroczył taśmy wyznaczającej trasę by ratować zawodników z kłopotów. Tak samo zawodnicy taśmę traktowali jak swoistą świętość. Te niezłomne zasady, które przy pierwszym kontakcie wydawałoby się szorstkie, okazały się rewelacyjne bo podniosły znacznie elitarność tej imprezy. Tu każda przeszkoda była tylko twoim sukcesem, a każde zaliczone okrążenie było małym prywatnym świętem.

Battle of Vikings to niesamowite wydarzenie. Impreza ta gromadzi tysiące kibiców. Wszędzie wokół trasy zwarty tłum dopingował każdego zawodnika, każdy zdobyty podjazd to gromkie wiwaty. Ta niesamowita atmosfera niosła zawodników niczym turbo doładowanie. Szwedzcy kibice nie czekali na twoje potknięcie, oni cieszyli się twoim sukcesem. A to niesamowite, nowe doświadczenie.

Porównując skalę trudności tych zawodów do większości imprez hard enduro, w skali 1-10 daję wikingom zasłużoną 8. To plasuje je wyżej niż Red Bull Romaniacs, Red Bull See To Sky czy nasz 111 Megawatt. Myślę, że nie jest przesadą porównanie do Red Bull Erzberg Rodeo.

W zawodach startowało ogółem 150 zawodników, w tym czteroosobowa grupa Polaków. Nasz występ nie powalił wynikiem, wszyscy uplasowaliśmy się w okolicy pięćdziesiątej pozycji. Jednak mam nadzieję, że zapoczątkuje nowy "biało-czerwony" rozdział w historii kolejnych edycji tych zawodów.

Osobiście przejechałem zaledwie dwa pełne okrążenia i to tylko dzięki pożyczonej nowej oponie. Dało to smutny wynik średniej prędkości 7km/h, podczas gdy czołowi zawodnicy utrzymywali średnią prędkość na poziomie 20km/h te dane dla wszystkich wtajemniczonych dokładnie obrazują jak wyglądał trasa z pozycji raidera.

Zawody wygrał zasłużenie Graham Jarvis. Toczył on zawzięty bój z lokalnym bożyszczem Joakimem Ljunggrenem (dwukrotnym triumfatorem tych zawodów) oraz Wadem Youngiem z Republiki Południowej Afryki.

Za plecami tej trójki  bardzo mocno napierali Lars Enöckl z Austrii i Hiszpan Xavier Leon. Niesiony mega dopingiem kibiców Joakim Ljunggren, prowadził przez większą część wyścigu. Wade Young pozostawał w pogoni za nim zaledwie kilkadziesiąt metrów.

Natomiast Jarvis, jak to ma w zwyczaju, spokojnie, bez presji, jadąc równym tempem, na podium finalnie stanął tam gdzie zazwyczaj - na pozycji No1. Joakim niestety nie wytrzymał kondycyjnie i finalnie wypadł poza podium. 2 miejsce zajął Wade Young przed Larsem Enöcklem na pozycji 3.

Podsumowując zawody w kilku słowach - warto tam być, warto startować, warto wpaść choć pokibicować. Impreza godna swej rangi i nazwy. Nic na wyrost, prawdziwie męska przygoda. Koszty udziału nie są zatrważające. Przy założeniu opcji wyjazdu grupowego, są to zawody w zasięgu większości z nas. Zapewniam, że miłośnicy hard enduro nie będą zawiedzeni.

Na koniec podziękowania dla tych, dzięki którym mogłem tam być: Rafała Luberdy z Sherco Polska, Andrzeja Bogusławskiego z Bogusławski Słupsk i dla zawodnika Artura Pawlaka za oponę, a także dla całej szwedzkiej ekipy za przyjęcie i pomoc.

PS:

Battle of Vikings FIM Europe Extreme Enduro to największa impreza z cyklu extreme enduro w Skandynawii i jedna z rund pucharu europy extreme enduro.

Marcin Spirowski jest organizatorem polskich zawodów Charlotta Enduro Extreme

zobacz galerię

Zobacz również:
Piękne dziewczyny, najnowsze maszyny, pokazy stuntu i mody motocyklowej, wywiady z podróżnikami. Za nami dziewiąta edycja targów Wrocław Motorcycle Show 2019.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij