[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ

Maciej Giemza: przy życiu trzyma mnie adrenalina, motorsport oraz... pizza

Z Maćkiem Giemzą - zawodnikiem ORLEN Team - rozmawiamy o uzależnieniach. Czy lepiej z nimi walczyć, czy wykorzystać je do własnych celów? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Kiedyś powiedziałeś, że jesteś uzależniony...
MG: Oj, jestem [śmiech] i to ciężko. Adrenalina, motorsport i... pizza. To moje największe nałogi.

Nie ma co – ciekawe połączenie. A jak się to właściwie zaczęło?
MG: Jak to z uzależnieniami niewinnie – mój wujek (Łukasz Bartos) ścigał się w Mistrzostwach Polski Enduro. Pamiętam, jak z moim tatą przywieźli mi z Włoch pierwszy motocykl – miałem wtedy 6 lat. Lubiłem na nim jeździć, ale jak mi coś nie wychodziło, to się na niego obrażałem [śmiech]. Do tego zawsze ciągnęło mnie do motoryzacji – kręciły mnie wyścigi samochodowe, Formuła 1...

Jak to się właściwie stało, że zostałeś zawodnikiem?
MG: Długo pracowałem w tej sprawie nad moimi rodzicami i w końcu udało mi się ich namówić – pozwolili mi na start w zawodach. Miałem wtedy 13 lat i u mnie, w Piekoszowie, stanąłem na starcie pierwszej rundy Pucharu Polski Enduro. Tak się złożyło, że wygrałem [śmiech] i jakoś tak zostałem na dłużej.

Rodzina się przekonała?
MG: Tata i wujek dawali mi mnóstwo rad. Słuchałem uważnie, ale musiałem to przemyśleć i ostatecznie robiłem po swojemu.

Chyba nikt nie narzekał – szybko zdobyłeś szczyt i zagrzałeś tam miejsce na dłużej.
MG: Udało mi się zdobyć kilka tytułów, ale nie zamierzałem spoczywać na laurach. W 2013 roku usłyszałem, że ruszył nabór do Akademii Orlen Team. Nie zastanawiałem się długo i wysłałem zgłoszenie.

Coś jak CV?
MG: Mniej więcej. Zawsze powtarzam, że w sporcie oprócz umiejętności, trzeba mieć też trochę szczęścia. Nie mogę narzekać – w 2014 roku rozpocząłem profesjonalne treningi z Akademią Orlen Team, a w 2017 roku zaliczyłem debiut w pierwszym długim rajdzie (Abu Dhabi Desert Challenge). Zrozumiałem, że to jest to, co chciałbym robić.

Nie da się ukryć, że trening to podstawa!

To wyjaśnia uzależnienie od adrenaliny. A jak wspominasz pierwszy w swoim życiu Dakar z 2018 r.?
MG: Byłem strasznie zajarany, ale powtarzałem sobie, że to kolejny rajd, tylko taki trochę dłuższy. Moim najważniejszym celem było dotarcie do mety, rywalizacja zeszła na drugi plan. Wiele się nauczyłem, a doświadczenie w przypadku rajdów tego typu jest jednym z kluczy do sukcesu. Drugim jest nawigacja – jeśli pomylisz drogę i stracisz godzinę, to nie nadgonisz tego prędkością. W tym temacie bardzo mi pomógł Jacek Czachor.

W debiucie wywalczyłeś 24. miejsce – to bardzo dobry wynik. Gratulacje!
MG: Dziękuję, ale zamierzam iść do przodu. Rok temu musiałem się wycofać z powodu awarii silnika w motocyklu [miała ona miejsce na trasie 8. etapu – red.], ale w tym sezonie ciężko trenowałem i mam nadzieję, że to zaprocentuje już w styczniu.

Rozumiem, że nie byłeś w stanie przywrócić silnik do życia.
MG: Trudno samodzielnie przeprowadzić remont silnika na środku pustyni. Co prawda zawsze mam przy sobie jakieś narzędzia, ale nie ma opcji. Można by to ogarnąć, bo zawsze wieziemy drugi motocykl w częściach, ale awaria musiałaby nastąpić w bardziej dostępnym miejscu – takim, żebym jakoś mógł dotrzeć do mety. Co prawda wymiana silnika oznacza 15-minutową karę, ale jedziesz dalej.

Trening to podstawa! We własnym garażu urządziłem minisiłownię. Mam tutaj wszystko, czego potrzebuję, czyli ergowiosła, rower i drążek. Trenuję codziennie, choć czasem mam dość i trudno mi się zmusić. Ale wówczas myślę o Dakarze i to mnie motywuje. W 2018 r. w czasie rajdu schudłem o 7 kg, rok temu tylko o 2 kg, więc różnica jest wyraźna. Oprócz tego – w ramach treningu – jeżdżę na motocyklu, kiedy tylko się da. W garażu mam również crossówkę i enduro. Bardzo ważne są dla mnie starty w rajdach Pucharu Świata Cross Country, bo tam dodatkowo zdobywa się bezcenne doświadczenie – tak Maciek Giemza podsumował temat treningu.

Na Dakarze życie ma trochę inny wymiar. Jak po zakończeniu rajdu odnajdujesz się w codziennej rzeczywistości?
MG: Idzie to powoli [śmiech]. Najczęściej trwa to 2–3 tygodnie. Muszę odespać i nacieszyć się obecnością najbliższych. Robię również wszystko to, na co zazwyczaj nie mam czasu. Dopiero potem wracam do regularnego treningu i planuję sezon.

Zdradź, jak wygląda Twój trening?
MG: Przede wszystkim, kiedy tylko się da, jeżdżę na motocyklu – dzięki temu łączę trening z dobrą zabawą. Nie odpuszczam również swojej garażowej siłowni. Nie zależy mi na budowaniu muskulatury, bardziej na wytrzymałości i sile mięśni.

Masz jakiegoś trenera? Kogoś, kto Cię motywuje?
MG: Mam wystarczająco mocną motywację. Chcę się ścigać ze światową czołówką, a tego nie da się dokonać jednym skokiem. Tu działa wyłącznie metoda małych kroków. Jednym z nich jest trening.

A kolejnym pewnie dieta. Co z nią?
MG: Tu dochodzimy do mojego kolejnego uzależnienia – pizza. Mógłbym ją jeść codziennie, ale staram się ograniczać. W grę wchodzi jedna w tygodniu [śmiech]. Staram się nie jeść śmieciowego jedzenia ani nie przesadzać z tłuszczem.

Podsumowując – masz sporo nałogów...
MG: Na szczęście w większości wyszły mi one na zdrowie. Właściwie dzięki nim robię w życiu to, co kocham.

Zwyczajny dzień na Dakarze
Dakar to moim zdaniem szkoła życia. Przede wszystkim przez dwa tygodnie jesteś skazany na siebie. Musisz być ogarnięty i pamiętać o wielu rzeczach. Żeby daleko nie szukać – jeśli zapomnisz o zatyczkach do uszu, to masz gwarantowany ból głowy. Na trasę trzeba zabrać zapas żeli energetycz­nych/batonów i wody oraz tabletki przeciwbólowe. Rano warto wyjechać trochę wcześniej, żeby nie spóźnić się na start. Po przyjeździe na metę odcinka zdaję motocykl mechanikowi, mówię co trzeba zrobić/poprawić, jem coś i wchodzę pod prysznic. Potem masaż (jest ze mną fizjoterapeuta) i, jeśli się uda, czas dla siebie. Wtedy mogę zadzwonić do dziewczyny, do rodziców, posłuchać muzyki czy poleżeć i pograć na telefonie. Staram się spać po 6 godzin na dobę, żeby zregenerować siły.

Maciek Giemza chwycił byka za rogi i nie zamierza odpuszczać. rajdy długodystansowe wciągnęły go już na dobre.

Mimo że przygodę z off-roadowym ściganiem zaczął dość późno (w wieku 13 lat), szybko odnalazł się na trasach enduro i w tej dyscyplinie zagrzał miejsce na dłużej. Świadczy o tym kilka tytułów mistrza Polski enduro i cross country oraz złoty medal Drużynowych Mistrzostw Świata Enduro z 2012 roku.

W 2014 r. trafił pod skrzydła Akademii Orlen Team, a po trzech latach intensywnego treningu w 2017 roku zadebiutował w barwach ORLEN Team w rajdzie Abu Dhabi Desert Challenge. Sezon 2017 zakończył zdobyciem Pucharu Świata Cross Country w kategorii juniorów. Ten sukces powtórzył w 2018 roku. W tych latach równolegle zdobywał mistrzostwo Polski enduro w klasie E1.
Początek 2019 roku był dla niego niezbyt łaskawy: z powodu awarii silnika motocykla musiał wycofać się z Dakaru. Nie załamało go to. Wręcz przeciwnie – rzucił się w wir treningów.

Cykl startów w Pucharze Świata Cross Country (4. miejsce), rajdy Baja (4. miejsce), a na deser starty w Mistrzostwach Europy Enduro (3. miejsce). Jak widać, zawodnik nie mógł narzekać na nudę. Do tego trzeba pamiętać o treningach kondycyjnych oraz o treningach na motocyklu. Na tle tego wszystkiego jazda Subaru Imprezą STI wygląda na czysty relaks.

zobacz galerię

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij