REKLAMA

Turystyka motocyklowa: Islandia - Motórhjól, czyli wyprawa po islandzku

Pipol ni z tego, ni z owego wypalił kiedyś: „To co? Jedziemy na Islandię?”. Cooba, kolega z pracy Pipola, już od dawna był gotowy na wyprawę tego typu. Ja także. Jako czwarty wpisał się Lopez.

Motocyklowa wyprawa na Islandię Pipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Ta wyprawa odróżniała się od innych naszych tym, że zaplanowaliśmy wiele przejazdów brodami przez rzeki i spore odcinki bez możliwości tankowania. Ja, Robson, jadę Africą Twin RD7. Jest przygotowana do brodzenia, ale na okoliczność przewrotki w wodzie wyprowadziłem odmę do liczników. Pipolowi (BMW 1200 GS) zamontowałem snorkel z rury od odkurzacza. GS 1150 Lopeza również go dostał. Cooba swojej Super Ténéré nic nie dodał, bo przygotowywał się sam. Spotkaliśmy się z nim niedaleko duńskiej granicy.

Jeden z 85 dni w roku

Trasę Gęsiniec (ok. 40 km na południe od Wrocławia) – Hirtshals w Danii, czyli 1200 km, machnęliśmy na jeden strzał. Tam – już we czterech – wpakowaliśmy się na prom i po 33 godzinach byliśmy na Wyspach Owczych. Przypłynęliśmy tam wieczorem, więc od razu poszukaliśmy miejsca na obóz. Rano przywitała nas piękna, słoneczna pogoda, której autochtoni nam gratulowali, bo jak się okazało dni bez deszczu Wyspy mają tylko około 85 w roku. Następnego dnia było już normalnie, tzn. od rana rzęsiście padało. Mimo wilgoci w powietrzu oraz w naszych ciuchach (moja Venturka po raz pierwszy, ale na szczęście i ostatni, przepuściła wtedy H2O), Wyspy Owcze na tyle rozbudziły nasze apetyty, że zdecydowaliśmy zahaczyć o nie w drodze powrotnej.

Po trzech dniach na Wyspach znów zaokrętowaliśmy się na promie, aby po 14 godzinach 18 czerwca zjechać na islandzką ziemię w Seydisfjórdur. Było wcześnie rano, więc od razu wystartowaliśmy. Pocisnęliśmy asfaltową jedynką, żeby od południowej strony objechać największy w Europie lodowiec Vatnajókull. Po drodze spotkaliśmy Tomasza, od 20 lat mieszkającego na Islandii, który potwierdził trafność naszego wyboru miejsc do odwiedzenia.

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Ostaniec stojący jak wielki pomnik przy drodze nr 1 na południu Islandii.

REKLAMA

REKLAMA

Jasno jak w nocy

Potem zjechaliśmy na drogę szutrową prowadzącą do wioski Brekka nad zatoką Mjóifjórdur, którą jeszcze w kwietniu odkopywano spod śniegu. W czerwcu było cieplutko, bo aż +8O C (Polska smażyła się w tym czasie w +30O C). Po drodze zachwycaliśmy się kosmicznymi widokami: z roślinności jedynie mchy i porosty, góry wysokości Tatr, ale o zboczach stromych jak w hałdach. Jechaliśmy po nocy, ale nie po ciemku (białe noce). Namioty rozbiliśmy w okolicy Hoffell.

Następnego dnia oglądaliśmy okolice jeziora Jókulsarlón (Lodowa Laguna). Na jego zamarzniętej tafli kręcono sceny do przygód Jamesa Bonda pt. „Śmierć nadejdzie jutro”. My musieliśmy zadowolić się oglądaniem fok pluskających się w jeziorze. Ruszyliśmy dalej. Gdy po pewnym czasie mieliśmy wrażenie, że widzieliśmy już wszystkie rodzaje islandzkiego krajobrazu, za kolejnym fiordem wyłoniła się ogromna czarna plaża. Tej okazji wielkiej jazdy po piachu nie mogliśmy zmarnować. Pipolowi i Lopezowi udało się wcisnąć cylindry beemek do piachu. Naderwany kufer Pipola to inny wynik tego fristajlu.

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Jezioro Jókulsarlón i jego spływające do morza fragmenty lodowca. Tu kręcono Jamesa Bonda.

Kolejny dzień na Islandii przywitał nas słońcem. Lodowce topiły się na całego, tworząc rwące rzeki. W takich warunkach mieliśmy dostać się do lodowca Myrdalsjókull i okrążyć wulkan Eyjafjallajókull, przejeżdżając po drodze trzy brody. W realu okazało się, że było ich dziesięć. Na jednym z pierwszych, ale trudniejszym ze względu na głazy na dnie, Lopez położył sprzęta. Na szczęście snorkel dał radę. Kolejne głębokie brody o silnym nurcie, gdzie woda była na tyle wysoka, że przelewała się ponad cylindrami beemek, udało się pokonać bez problemów.

Na pustyni popiołów

Dojechaliśmy do jęzora lodowca, gdzie woda utworzyła lodową jaskinię. Ja i Lopez zagrzebaliśmy się w niej w szlace wulkanicznej, z tym że ja w drodze powrotnej. Zostałem sam. Gestami wołałem chłopaków z daleka, żeby mi pomogli, ale oni myśleli, że ich pozdrawiam, więc odmachali mi i pojechali. Trochę trwało, zanim w końcu doczekałem się pomocy.

Islandia: warto wiedzieć

Paliwo. Niemcy 6,2 zł/l (gdy 1 euro = 4,29 zł), Dania 6,88 zł/l (gdy 1 DKK – duńska korona = 0,57 zł), Wyspy Owcze 5,69 zł/l (gdy 1 DKK = 0,57 zł), Islandia 6,7 zł/l (gdy 1 ISK – islandzka korona = 0,03 zł). Spore odległości między stacjami benzynowymi, zwłaszcza w środku wyspy, więc kanister to podstawa. Wszystkie stacje są samoobsługowe i zdarza się, że nie współpracują. Warto więc mieć kartę prepaid ważną w najpopularniejszej sieci stacji. 

Wydatki. Prom: 1940 euro za cztery bilety z motocyklami. Te bilety, benzyna i zapasy jedzenia (kupione w sklepie internetowym kilogramowe puszki z zupami, gulaszem itp. ; 300 zł/osoba) to były właściwie jedyne nasze wydatki. Spanie, drogi i zwiedzanie – za zero. Niektóre baseny termalne płatne, ale to nas nie interesowało. 

Noclegi. Namioty na Islandii i Wyspach Owczych można na jedną noc rozbijać za darmo.

Pogoda. Wyspy Owcze – nie ma co liczyć na coś innego niż deszcz. Islandia – wszystkie rodzaje pogody. Gdy temperatura przekracza +10O C – jest super.

Bądź porządny. Całkowity zakaz palenia ognisk; śledzenie również ze śmigłowca – wysokie kary. Lepiej przestrzegać zakazów wjazdu na tereny zamknięte (surowe mandaty). 

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Rzymskokatolicka bazylika katedralna pw. Chrystusa Króla w Reykjavíku.

REKLAMA

Wjeżdżaliśmy w kolejne drogi: F206, F208, F210, ale wszystkie po kilkudziesięciu kilometrach okazywały się zamknięte. Tutaj drogi zamyka się, gdy wielkie terenówki – icetraki – nie są w stanie pokonać brodów. Mimo zakazów ja z Lopezem wjechaliśmy kilkanaście kilometrów. Przez pustynię popiołów i bomb wulkanicznych wielkości busa jechaliśmy do słynnego wodospadu Hekla. Mieliśmy do pokonania ponad 50 km, ale zawróciliśmy wcześniej. Cały czas jakoś dziwnie czuliśmy się po wjechaniu pod zakaz. Później dowiedzieliśmy się, że złamanie zakazu jest surowo karana, a akcja ratunkowa kosztuje kosmiczne pieniądze, przy czym nie ma co liczyć na ubezpieczenie.

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Gejzer Stokkur wyrzuca wodę na wysokość 30 m.

Następnym miejscem było pole gejzerów. Największy z nich – Strokkur – wyrzuca gorącą wodę na 30 m z taką dokładnością, że można według niego ustawiać zegarki. Zwiedzanie wypadło około północy, dzięki temu prawie nie było turystów. W drodze do Reykjaviku zahaczyliśmy o historyczne miejsce: Pingvellir nad Pingvallavatn – największym jeziorem Islandii. Od 930 r. do XVIII wieku działał tam najstarszy parlament świata – Althing. Inną ciekawostką tego miejsca jest to, że spotykają się tu dwie płyty tektoniczne: euroazjatycka i północnoamerykańska, tworząc obszar aktywny sejsmicznie.

W Reykjaviku odnaleźliśmy Michała, z urodzenia wałbrzyszanina. Dzięki jego gościnności mogliśmy się trochę ogarnąć. Następnego dnia, wyjeżdżając z ciasnej bramy, wyskoczyłem po schodach i prawie wpadłem na kolesia, który okazał się holenderskim motocyklistą poznanym na promie. Wymieniliśmy się namiarami na ciekawe miejsca; my daliśmy Holendrowi na te z południa, a on nam – z północy.

Szybko się okazało, że za każdym zakrętem pojawiały się niesamowite krajobrazy, wprawiające nas w niekłamany zachwyt. Cisnęliśmy drogą 54, objeżdżając ośnieżony szczyt Snaefellsjokull (1416 m n.p.m.). Na nocleg rozbiliśmy się na łące pełnej kwitnącego na fioletowo łubinu.

17 km na oparach

Rano wróciliśmy na szlak. W północno-wschodnim (w centralnym zresztą też) rejonie wyspy wszystkie drogi są szutrowe. Raj dla endurowców! Jechaliśmy w sporych odstępach, bo motocykle podnosiły tumany kurzu, ale i tak wyglądaliśmy jak budowlańcy, którym pękł worek z cementem. Na wysoko położonych odcinkach dróg znajdują się schrony na sześć osób, linami zakotwiczone do podłoża, wyposażone w piecyki gazowe i CB-radia. Tylko jedno miejsce w schronie było zajęte przez rowerzystę, ale my mieliśmy inne plany na nocleg, więc pojechaliśmy dalej. Wraz ze wzrostem wysokości warunki drastycznie zmieniały się. Przy drodze 63 leżał śnieg, a nad nią nisko świeciło słońce, rażąc w oczy, mimo że była już północ.

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Wodospad Skógafoss. To trzeba zobaczyć!

REKLAMA

REKLAMA

Dotarliśmy na pole namiotowe polecone przez Holendra z promu. Pole i ba-
sen termalny – darmowe. Nie odmówiliśmy sobie piwka w basenie. Ale wypas! Nie ma jak życie ponad stan! Nazajutrz dalej drogą nr 60 pomknęliśmy w stronę Fajllofoss. Staraliśmy się tankować na wszystkich stacjach, bo nie wiedzieliśmy, jak daleko będzie następna. W Reykjanes nie udało się wlać wachy. Wszystkie stacje na wyspie są bezobsługowe, więc nie było się komu poskarżyć na bezduszność maszyny. Na szczyt między fiordami wjechaliśmy na oparach. Na górze nie mieliśmy już paliwa w bakach, ale ustaliliśmy, że póki silniki nie zgasną, nie sięgniemy po żelazny zapas. Dookoła pustkowie, zimny wiatr od strony Grenlandii oddalonej od nas o niespełna 300 km.

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Malachitowe jeziorko oraz prująca z hukiem spod kamienia gorąca para. Do tego zapach siarki i już mamy namiastkę piekła.

Temperatura powietrza -5O C, odczuwalna: cholernie zimno. Z wyłączonymi silnikami zjeżdżaliśmy jakieś 17 km. Na rozpędzie wjechaliśmy do Hólmavik, a tam do stacji, która na szczęście działała. Hura, udało się!
Drewno jest na Islandii na tyle cenne, że obowiązuje zasada, iż na czyją ziemię morze wyrzuci kłodę, do niego ta kłoda należy. Nie zdziwiło nas więc, że obowiązuje całkowity zakaz palenia ognisk.

Zawsze z flagą

Kolejnego dnia dotarliśmy do Dalvik. Tam podbiegła do nas czwórka dzieci, krzyczących po polsku: „Dajcie się przejechać!”. Po chwili od dziewczyny na rowerze usłyszeliśmy: „Cześć!”. To Polacy witali nas na widok biało-czerwonej. Flaga zawsze jeździ z nami za granicę. To nasza metoda przedstawiania się. Przełamujemy bariery, zachęcając do kontaktu. Zawsze znajdzie się osoba, niezależnie od narodowości, która nas zagadnie. I tak przestajemy być anonimowi, choć na chwilę stajemy się częścią społeczności.

Restaurację Gregor’s Pub polecił nam Tomasz – pierwszy krajan, którego napotkaliśmy na początku wyprawy na drugim końcu wyspy. U Grzegorza zjedliśmy pyszny obiad, poznaliśmy właściciela, a zarazem szefa kuchni, jego żonę prowadzącą bar i córkę w roli kelnerki. Przekazaliśmy pozdrowienia od Tomasza i ruszyliśmy dalej. Po drodze wpadliśmy do Husavik, stąd wyruszały wyprawy wielorybnicze. Teraz są to bezkrwawe wyprawy turystyczne.

Okolice Reyjahlid to wrota piekieł. Wszędzie unosił się zapach siarki. W dziurach w ziemi gotowało się błoto, a powierzchnia malachitowego jeziorka pluła gorącą wodą i parą. Wodospady Dettifoss i Selfoss są ogromne, trudno dostępne, na odludziu, więc nieodwiedzane masowo przez turystów. Przez wiele kilometrów tylko pola zastygłej lawy. Istna pustynia biologiczna lub krajobraz księżycowy – jak kto woli. Nic dziwnego, że astronauci ćwiczyli tutaj przed misją Apollo.

Motocyklowa wyprawa na IslandięPipol, Cooba, Lopez, shutterstock.com
Motocyklowa wyprawa na Islandię: Motórhjól - Pipol, Cooba i Lopez

Upalanie sprzętów na piaszczystych falach wielkiej czarnej plaży było frajdą nie do opisania!

300 km w pochyleniu

Pogoda zaczęła się załamywać. W deszczu i przy bardzo silnym wietrze cisnęliśmy do zatoczki w cichej dolinie, od której zaczęliśmy zachwyt nad widokami Islandii, żeby tam doczekać do promu. Ostatnie 300 km jechaliśmy pochyleni, kontrując boczny wiatr. Nazajutrz Islandia żegnała nas słońcem.
Nasze kurtki i spodnie przetrwały całą wyprawę bez uszkodzeń: z kompletem zamków, zatrzasków i rzepów. Podczas krótszych opadów deszczu wilgoć łapała tylko zewnętrzna warstwa, która schła na wietrze, a membrana nie dopuszczała wilgoci do podpinki.  

***

Wkrótce po powrocie zaczęliśmy planować następną wyprawę. W pewnym momencie Pipol zagadnął: „A może by tak na Alaskę?”. Nie mówię „nie”, bo lubię północne klimaty.

Więcej zdjęć i film na Facebooku „Podróże po świecie”:
www.facebook.com/motocyklemna/

zobacz galerię

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA