[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ

OCEŃ
4.5

Turystyka na weekend: Bieszczady i Tatry

Wyruszam spod Lublina, kierując się na południe. Dokładnego planu nie mam, wiem tylko, że najpierw będą Wołosate – najbardziej na południe wysunięta miejscowość Bieszczadów, następnie skręt na zachód, w kierunku Tatr, i pętla wokół nich.

Moją Yamahę Ténéré odpalam bardzo wcześnie – gdy nocne niebo pojaśniało tylko odrobinę. Po chwili pod kaskiem pojawia się mój pierwszy, ale nie ostatni tego dnia uśmiech zadowolenia. Mija kilka godzin, zanim docieram do Ustrzyk Górnych, a następnie do Wołosatego. Tam przeciskam się między licznymi pieszymi turystami. Z siodła Ténéry z góry (ale nie z wyższością) patrzę na ludzi i przez chwilę czuję się jak pasterz popędzający owieczki. Ale to nie dla mnie – za dużo zgiełku, za mało swobody.

Drugą noc mojej bieszczadzko-tatrzańskiej wyprawy spędziłem pod namiotem nad Jeziorem Czorsztyńskim.

 

REKLAMA

Odkręcam gaz i pozwalam Ténérze gnać przez Beskid Środkowy w kierunku Tatr. Zaczyna się orgia zakrętów. Przelatuję przez Pętle Bieszczadzkie, zostawiając na każdym z zakrętów ślad w postaci czarnej krechy. Cieszę się pędem powietrza, zapachem rozgrzanego asfaltu, widokami pięknych zielonych wzgórz i ciepłem słońca. Wieczór coraz bliżej. Ścigając się z coraz dłuższym cieniem mojego motocykla dojeżdżam do Bukowiny Tatrzańskiej.

Pora zakończyć ten dzień.

Ponad 700 km na budziku i masa pozytywnych emocji powodują, że zasypiam zaraz po tym, jak przykładam ucho do poduszki w pierwszej napotkanej kwaterze. Następny dzień rozpoczynam od przejazdu drogą Oswalda Balzera. Ostre szczyty Tatr powodują, że szybko zapominam o także pięknych, ale zupełnie innych, bo łagodnych wzgórzach Bieszczadów. Piękno monumentalnych gór rośnie z każdą chwilą, w miarę jak zbliżam się do ich podnóży.

{% image id=214084align=left x=740 y=0 %}
Ta znajdująca się w Komańczy, odbudowana w 2010 r. cerkiew spowodowała, że musiałem się choć na chwilę zatrzymać.

 

Wjeżdżam na Słowację, co zauważam choćby po policyjnych radiowozach, które mijają mnie co 5 minut, i autom jadącym zgodnie z ograniczeniami prędkości. Ponieważ pada mi GPS, staram się jechać tak blisko pasma górskiego, jak to tylko możliwe. Piękne widoki atakują mnie co chwilę. Dzikie stromizny z poprzewracanymi drzewami, głębokie przepaście otwierające nasłonecznione przestrzenie, wysokie, szare zbocza górskie – właśnie po to tu przyjechałem! Aby nasycić się pięknem, zapomnieć o codziennych troskach i naładować na kolejne tygodnie. Mijane po prawej stronie pasmo górskie to zbliża się, to oddala, aż doprowadza mnie do polskiej granicy.

Deptaki tatrzańskich miast, masowo produkowane serki owcze itp. klimaty – o nie, to nie dla mnie! W Bieszczady i w Tatry pojechałem po tamtejsze krajobrazy i żeby naładować akumulator.

 

 

REKLAMA

REKLAMA

Ląduję nad Jeziorem Czorsztyńskim. 

Na jego brzegu rozbijam namiot, ciesząc oczy gładkim lustrem wody, w którym odbijają się okoliczne wzgórza. Po pewnym czasie mam nad głową miliony gwiazd mieniących się fantastycznymi kolorami. Zasypiam z tym widokiem pod powiekami. Rano wychodzę z namiotu i patrzę zdziwiony na powierzchnię wody – tam, gdzie było odbicie wzgórz, teraz jest coś, czemu bez chwili wahania nadaję nazwę „mroczne wejście do Hadesu”. Znad smolistych chmur płynących powoli w moim kierunku nieśmiało wygląda pobladłe słońce i zdaje się krzyczeć: „Uciekaj, stary!”. Jak przystało na twardziela stoję nieporuszony na krawędzi światła i mroku i czekam spokojnie, aż stado łabędzi, które właśnie nadlatuje, przepędzi gęste opary znad powierzchni jeziora.

REKLAMA

Trzeci dzień to powrót do domu. Jeszcze przez jakiś czas mam radochę z dryfowania raz pod górę, raz w dół. Jest fajnie, mimo że mam świadomość, iż zaraz te przyjemności skończą się. Wreszcie przychodzi ten smutny moment, gdy góry ostatecznie kończą się, przechodząc w nitkę autostrady i zatłoczone drogi lokalne.

Na długo w pamięci

Zanim docieram do domu, wiem, że mimo niezbyt dalekiej wyprawy wspomnienia pięknych widoków, zielonych bieszczadzkich wzgórz i skąpanych w słońcu Tatr na długo pozostaną mi w pamięci.     


Co, gdzie i dlaczego:

Długość trasy: ok. 2000 km
Czas: 3 dni

Trasa: Tym razem pojechałem w Tatry po całkowitą swobodę w wyborze kierunku jazdy i po bliski kontakt z naturą.

 

Drogi: wybierałem te podrzędne, czasem jechałem na przełaj po polnych dróżkach i szutrach, dzięki czemu przejechałem przez kilka strumyków i lekko off-roadowych szlaków.

 

Co warto zobaczyć:
- zamki w Czorsztynie i Niedzicy
- Liptovski Mikulasz
- Tatralandia
- droga Oswalda Balzera
- przepiękne tatrzańskie krajobrazy po polskiej i słowackiej stronie

 

zobacz galerię

Zobacz również:
Tak, tak, to wcale nie jest żart. 25 lat temu, w listopadzie 1994 roku, na rynku pojawił się pierwszy numer „Motocykla”. Przez tych 300 miesięcy świat przyspieszył, podobnie jak współczesne motocykle. Przez 2,5 dekady przygotowaliśmy dla Ciebie 299 numerów naszego magazynu.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij