Turystyka po Dolnym Śląsku z Triumphem Tigerem 1200

W tym odcinku zabieram Was razem z nowym Triumphem Tigerem 1200, w podróż po drogach magicznego Dolnego Śląska.

Oprócz niesamowitych zabytków, przepięknych pałaców i tajemniczych miejsc, Dolny Śląsk jest warty odwiedzenia  z jeszcze jednego powodu. Cały ten region usiany jest drogami prowadzącymi przez najpiękniejsze jego zakątki, które w ostatnich latach zostały wyremontowane i wręcz proszą się by pojawić się na ich motocyklem. Wybierając się na Dolny Śląsk z dalszych części Polski nie będziecie mieli najmniejszego problemu ze znalezieniem noclegu. Baza jest ogromna, począwszy hoteli zapewniających dowolny poziom obsługi, poprzez prywatne kwatery, na miejscach tak zaskakujących jak na przykład nocleg w mongolskiej jurcie.

Nasza trasa ma niecałe 200 km długości, zatem pokonanie jej wraz ze zwiedzaniem powinno zająć  jeden dzień. Na ten wyjazd proponuję zabrać ze sobą dokumenty (dowody: osobisty i rejestracyjny), ponieważ spora jej część prowadzić będzie drogami po czeskiej stronie Karkonoszy. W naszej podróży towarzyszyć mi będzie nowy Triumph Tiger 1200, którego turystyczne zalety szybko doceniliśmy podczas kilku miesięcznego testu.

Ruszam z Jeleniej Góry a pierwszym punktem na mapie jest Góra Szybowcowa tam, gdzie dzisiaj swoją siedzibę ma Aeroklub Jeleniogórski. Do lotniska można dojechać kierując się najpierw drogą na Jeżów Sudecki, a następnie ostatni kawałek trasy pokonać wąskimi asfaltami kończącymi się pod budynkiem aeroklubu. Stąd roztacza się przepiękny widok na Kotlinę Jeleniogórską, z górującym nad nią najwyższym szczytem - Śnieżką. Zaskakująca jest historia tego miejsca. Przed laty nosiło ono nazwę Góry Szubienicznej. Czy nie wspominałem już, że na Dolnym Śląsku nawet najbardziej oczywiste miejsce potrafi zaskoczyć swoją historią?

 

Turystyka Dolny Śląsk Jacek Ociepko

Widok na Koltlinę Jeleniogórską z Góry Szybowcowej 

 

Pierwsza szkoła dla pilotów szybowców została założona w roku 1924, a pomysł jej postania narodził się… w karczmie piwnej, w której weterani I Wojny Światowej spędzali wolny czas. Opróżniając kolejne kufle piwa, doszli do wniosku że okolice Jeleniej Góry idealnie nadają się na tego typu miejsce. Na korzyść przemawiały bardzo sprzyjające warunki. To właśnie w tym miejscu tworzą się silne prądy wznoszące, ułatwiające latanie szybowcem na tzw. „fali”. O tym jak mocne są zjawiska niech świadczy fakt, że w roku 1956 Józef Kurpiela lecąc nad Karkonoszami wzbił się na wysokość 10 460 metrów nad poziomem morza, zapisując się tym samym w historii szybownictwa jako pierwszy Polak, który wzbił się na wysokość ponad 10 kilometrów. Dla porównania, obecnie na takiej wysokości latają samoloty pasażerskie, a temperatura poza klimatyzowaną kabiną spada grubo poniżej 0 stopni Celsjusza.

Aeroklub Jeleniogórski wychował wielu polskich pilotów, i to nie tylko szybowcowych. W leżącym nieopodal Jeżowie Sudeckim znajdowały się także zakłady produkujące szybowce, najpierw te drewniane a później laminatowe. Choć Aeroklub Jeleniogórski działa do rzadziej widziane na niebie. Zakłady produkujące je zbankrutowały w latach 90. a hale i wyposażenie trafiły w prywatne ręce. Wizyta w tym miejscu jest moim zdaniem obowiązkową.

Z Góry Szybowcowej trasa prowadzi wąskimi drogami do kolejnego punktu, Jeziora Pilchowickiego, którego brzegi spina kamienna Zapora Pilchowicka. To jeden z wielu zabytków techniki znajdujących się w tym regionie, który mimo ponad 110 lat historii nadal jest w znakomitej kondycji, chroniąc okoliczne tereny przez powodziami i nieustannie produkując prąd. Choć z poziomu drogi prowadzącej przez koronę zapory nie widać ogromu tej konstrukcji to musicie wiedzieć, że jej długość u szczytu wynosi 290 metrów, a wysokość to 62 metry. Te wartości czynią z niej największą zaporę kamienną i łukową, oraz drugą co do wielkości bezwzględnej (po Solinie) zaporę wodną w Polsce. W momencie otwarcia, w 1912 zapora ta była też największą tego typu budowlą kamienno-betonową w Europie. Gdy zatrzymacie na chwilę na szczycie warto wychylić się przez barierę i zerknąć w kierunku jej podstawy, skąd zobaczycie budynek elektrowni wodnej, działającej nieprzerwanie od lat momentu otwarcia, przed którym wystawione są elementy turbin.

 

Turystyka Dolny Śląsk Jacek Ociepko

Zapora na jeziorze Pilchowickim. 

 

Będąc w tym miejscu proponuję szybko zmienić ustawienia nawigacji tak, by dalszą trasę prowadziła ona bocznymi i najbardziej pokręconymi jak to tylko możliwe drogami. Część z nich może nie będzie najlepszej jakości, ale to bez znaczenia. Jadąc w wzdłuż zalewu, warto choć na chwilę zatrzymać się przy budynku starej drewnianej stacji oraz przy wiszącym moście kolejowym. To on łączył brzegi jeziora prowadząc pociągi na linii kolejowej Jelenia Góra-Żagań. Choć w dobrej kondycji przetrwał okres niemal całej drugiej wojny światowej, to jednak został wysadzony przez uciekające wojsko na miesiąc przed kapitulacją. Odbudowany, służył do roku 2016, kiedy z powodu złego stanu został zamknięty. Kratownicowy most ponownie został zauważony kilka lat później przez scenarzystów filmu „Mission Impossible 7”. W jeden ze scen miał on zostać wysadzony w powietrze wraz z jadącym po nim pociągiem. Na szczęście sprzeciw mieszkańców przy wsparciu konserwatora zabytków spowodował, że o pomyśle szybko zapomniano, a przepiękny most nadal spina brzegi jeziora. Jeśli nie boisz się ciemności, możesz spróbować przejść przez tunel na nieczynnej linii kolejowej w kierunku Wlenia. Uważaj tylko, bo latem jeżdżą tędy drezyny, przewożące turystów właśnie ze stacji Wleń.

 

Turystyka Dolny Śląsk Jacek Ociepko

Stalowy most na rzece Bóbr, niedaleko zapory na jeziorze Pilchowickim.

 

Kolejnym przystankiem na trasie jest Pławna Dolna. Ta mała wieś zaskoczy was niesamowitym Zamkiem Legend Śląskich. W tym miejscu baśniowy świat miesza się z rzeczywistością, a baśniowe historie opowiadają postaci wielkości dorosłego człowieka. Kilka kroków od parkingu, stoi najprawdziwszy gród rycerski, nad którym góruje sylwetka drewnianego… konia trojańskiego. W Pławnej takie rzeczy dziwią już tylko turystów. Nieco dalej na wzgórzu nieopodal kościoła, natkniesz się na drewnianą Arka Noego, a w niej eksponaty związane z biblijnym potopem i Starym Sakramentem. W tym miejscu warto zrobić sobie chwilę przerwy, zatrzymać się na kawę, całkiem niezłego hamurgera. Zrobienie sobie zdjęcia w głowie ogromnego krasnoluda jest udanym zakończeniem wizyty w tym miejscu. Gdy już skończycie się fotografować się w tej bajkowo-surrealistycznej scenerii wybierzcie kierunek naszego kolejnego postoju – Lubomierza.

Lubomierz jest jednym z najmniejszych ale i najstarszych miast na Dolnym Śląsku. Jego historia sięga trzynastego wieku, kiedy to uzyskał prawa miejskie. Do dzisiaj zachował się średniowieczny układ urbanistyczny z charakterystycznym podłużnym rynkiem i budynkami z podcieniami. Dynamiczny rozwój Lubomierza był spowodowany jego położeniem. Miasto znajdowało się na ważnym szlaku handlowym łączącym Zgorzelec z Pragą. Jednak swą popularność zyskał dzięki nakręceniu w tym miejscu scen z kultowej komedii Sylwestra Chęcińskiego „Sami swoi”. By upamiętnić to wydarzenie w Lubomierzu powstało Muzeum Kargula i Pawlaka. Zostały w nim zgromadzone pamiątki związane z tą kultową komedią, jak również rekwizyty wykorzystane podczas kręcenia filmu. W muzeum znajduje się pierwsza także kopia z 1967 roku. 

Z Lubomierza droga prowadzi przez Mirsk, Krobice w kierunku przejścia granicznego i znajdującego się tu po czeskiej stronie granicy Nové Město pod Smrkem. Dalej kierujcie się w kierunku Hejnic by ostatecznie wjechać na drogę nr 290, by ostatecznie dojechać do Harrahova. O ile środkowy odcinek tej trasy budzi najmniej emocji – równy asfalt, proste i długie odcinki, o tyle początkowa i końcowa części pełne zakrętów powinny zrekompensować niedogodności.

Naszym kolejnym punktem na mapie jest Harrahov z kompleksem pięciu skoczni narciarskich, wśród których znajduje się także ta mamucia. Obecnie na świecie znajduje się tylko sześć obiektów tej klasy, w których zawodnicy uzyskują wyniki rzędu 250 metrów. Historię skoczni w Harrahovie pisali również Polacy. To właśnie w tym miejscu Robert Mateja jako pierwszy białoczerwony w historii pokonał barierę 200 metrów, a Adam Małysz dwukrotnie zwyciężał na tym obiekcie. Dziś kompleks powoli upada w ruinę. Podobno Czesi chcieli sprzedać Polskiemu Związkowi Narciarskiemu skocznię za symboliczną złotówkę, jednak oraz ogromne koszty remontu oraz niepewny stan prawny obiektu spowodowały, że ostatecznie nie doszło do transakcji. A szkoda.

 

Turystyka Dolny Śląsk Jacek Ociepko

Jedna ze skoczni narciarskich w Harrahovie.

 

Dalszą część trasy możecie pokonać na dwa sposoby. Pierwszy z nich do przejazd na polską stronę i przetestowanie drogi prowadzącej do Szklarskiej Poręby, by następnie dojechać do Przełęczy Kowarskiej i ostatecznie zawitać na przełęczy Okraj. Jak najbardziej polecam wizytę na winklach po polskiej stronie, tuż za Polaną Jakuszycką. Asfalt jest w tym miejscu znakomity, równy i przyczepny. Gdy zawitacie tu wiosną będziecie mieli gwarancję zrobienia sobie zdjęć utrzymanych w alpejskim stylu ze śniegiem w tle. Ja jednak polecam zaliczenie wspomnianych winkli i powrót na czeską stronę. Od tego miejsca każda droga prowadząca w kierunku Malej Úpy jest dobra. Im bardziej boczna będzie to droga tym lepiej. Po drodze możecie zawitać na obiad w Szpindlerowym Młynie, Pecu pod Sněžkou albo każdej innej dowolnie napotkanej restauracji. Przyjazne czeskie ceny już dawno ustąpiły miejsca tym europejskim i są zbliżone do tych panujących w Polsce. Od kilku lat wjazd na Przełęcz Karkonoską jest zamknięty. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest wykupienie noclegu w jednym ze schronisk lub hoteli zbudowanych na przełęczy. Ponieważ przełęcz leży na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego, nie radzę udawać przed policjantami, że nie widzieliście znaków zakazu wjazdu. Oni tego nie kupią, a zabawa może się skończyć bardzo kosztownie.

Ostatnie kilka kilometrów prowadzące do Małej Upy to droga przypominająca alpejskie trasy, a asfalt pnie się do góry doliną otoczoną stromymi zboczami. Od strumienia dzielić was będą jedynie kamienne słupki połączone liną. Najwyższym punktem tej trasy jest przełęcz Okraj. To właśnie w tym miejscu znajduje się również najwyższe drogowe przejście graniczne w Polsce (1046 m.n.p.m.). Latem mała czeska wieś Malá Úpa jest oazą spokoju, do której przyjeżdżają całe rzesze motocyklistów. Za to pod koniec roku wioska zamienia się w popularne wśród turystów centrum sportów zimowych.

Będąc w tym miejscu proponuję odwiedzić znajdujący się rzut beretem od granicy browar Trautenberk. Został on założony stosunkowo niedawno, bo w roku w 2015, w zabytkowej górskiej chacie. Położenie na wysokości 1045 m n.p.m., czyni go jednym z najwyżej położonych w całej Republice Czeskiej. Na miejscu produkuje się cztery główne rodzaje piwa – jasne, półciemne, APA oraz ALE, a także piwa sezonowe. Jestem pewien, że po pierwszej wizycie w tym miejscu dość szybko zapragniecie w nie powrócić!

Z Przełeczy Okraj już tylko kilometrów świetnego i pełnego winkli asfaltu dzieli was od Kowar i kolejnych kilku od Jeleniej Góry skąd zaczynaliśmy nasz wyjazd. Ta trasa choć ma długość 200 kilometrów pokazała zaledwie maleńki kawałek Dolnego Śląska. Żeby poznać go ciut lepiej trzeba powrócić tu co najmniej kilka razy.