[ X ]

Drogi Użytkowniku,

W związku z tym, że począwszy od dnia 25.05.2018 r. na terenie Polski obowiązują nowe przepisy regulujące kwestie ochrony Państwa danych osobowych, Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych), (dalej zwane RODO), Motor-Presse Polska sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu (53-238) przy ul. Ostrowskiego 7, wpisana do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS: 0000151026, NIP: 8990026326, REGON: 930327847 o kapitale zakładowym w wysokości 2.860.000,00 złotych zachęcamy do zapoznania się ze zaktualizowaną treścią "Polityki prywatności" naszych Serwisów. Znajdują się w niej szczegółowe informacje na temat zasad przetwarzania danych osobowych na naszych stronach internetowych.

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu) z wykorzystaniem domyślnych ustawień przeglądarki internetowej w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Motor-Presse Polska Sp. z o. o oraz naszych Zaufanych Partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres zmieniając ustawienia plików cookies w przeglądarce.

Kontynuuj przeglądanie

PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

W bałkańskim kotle - turystyka z Adventure Tess

Podczas 17 dni na Bałkanach w planie miałam zjechanie z utartych szlaków i nadzieję na spotkania z niezwykłymi zwykłymi ludźmi. Jako cel obrałam Serbię, Bośnię oraz Czarnogórę.

Ciśnienie podniosły mi już pierwsze metry wyprawy na Bałkany: trzy załadowane na maksa kufry + dopięta karimata spowodowały, że motocykl chwiał się. Odezwał się mój brak doświadczenia w jeździe z takim bagażem. Tuż po wjeździe na Węgry stanęłam, żeby odpocząć. Zgasiłam Aprilię, po czym odpalić już nie chciała. Nie pomogły kable ani dzwonienie po porady do znajomych. Była sobota, więc warsztaty nieczynne do poniedziałku. W tej sytuacji za zgodą właściciela zostawiłam Aprilię w kantorze, przy którym stanęłam, i stopem wróciłam 60 km do Wiednia. Postanowiłam skorzystać z okazji i zobaczyć miasto.

Robiąc zdjęcie dziwnemu motocyklowi stojącemu na chodniku, poznałam jego właściciela – Aleksa. Tak uczynnych ludzi jak on spotkałam po drodze więcej. W niedzielę rano jego pracownik odwiózł mnie z powrotem na Węgry. Miałam tam skorzystać z jego assistance. Jeśliby to się nie udało, miałam wsiąść na motocykl Aleksa i oddać sprzęta w drodze powrotnej. Na szczęście, gdy wsadziłam kluczyk do stacyjki, moja Aprilia... odpaliła.

Moto strzela focha. Tuż po wjeździe na Węgry moja Aprilia Pegaso Strada zafundowała mi dłuższy odpoczynek: nie chciała odpalić. Przyczyna – nieznana. Góry Durmitor to idealna okolica na noc w namiocie. Kempingów tam nie brakuje, a widoki o poranku – nieziemskie.

Serbia to początek Bałkanów, ale i koniec Unii Europejskiej. W Nowym Sadzie czekał na mnie Rasa – Serb, który studiował w Polsce. Od razu zabrał mnie na spacer. Wieczorem uliczki w okolicach centrum oraz deptak nad Dunajem ożywają – małe knajpki z warzonym na miejscu piwem (pivnice) oraz pijalnie wina (butelkę można tu kupić za 8 zł) wypełniają się młodymi ludźmi.

Z samego rana pojechałam do mechanika. Denci przejechał się kawałek moją Aprilią i orzekł: „To może być wszystko”. Żebym nie traciła czasu na oczekiwanie, odwiózł mnie do centrum, parę razy przejeżdżając po drodze na czerwonym. „Jeśli wszyscy w Serbii tak jeżdżą, to ja wracam do Polski” – pomyślałam, szybko jednak wczułam się w serbskie klimaty motocyklowe. Wieczorem telefon od Denciego: „Zapraszam po motocykl. Błędy zostały wykasowane. Radzę jeden dzień jazd po okolicy i mocną wiarę w Boga, bo od niego wszystko teraz zależy” – powiedział.

 

CO STRZELIŁO CI DO ŁBA?!

Gdy dojechałam do domu na przedmieściach Belgradu, jego właścicielka złapała się za głowę, później po matczynemu przytuliła mnie i po serbsku zapytała, co mi strzeliło do łba, żeby samej jechać taki kawał. Po czym – jak to mama – poczęstowała mnie ciastem i owocami. Byłam w odwiedzinach u Nemanji – serbskiego motocyklisty.

Belgrad jest duży, zakorkowany i nie ma typowego centrum. Upał dopadł mnie tam taki, że kombinezon zamieniłam na tenisówki, spodenki i top. Z motocyklowego ekwipunku zostawiłam tylko kask i rękawice. Życie nocne Belgradu toczy się wokół XVII-wiecznej twierdzy otoczonej wielkim parkiem tuż przy ujściu Sawy do Dunaju. Zacumowane tam statki to pływające kluby nocne. Nemanja zaprowadził mnie jednak nie tam, lecz 18 km za miasto do Avala Tower – 122-metrowej wieży widokowej. Tak jak całe miasto pamięta ona naloty NATO – została wtedy zniszczona i odbudowana w 2009 r. Z punktu widokowego rozciąga się panorama na Belgrad, otaczające go rzeki i wielką równinę.

„Na Bałkanach uważa się, że kobiety nie powinny jeździć na motocyklach” – ta informacja Dragany mocno mnie zaskoczyła.

Przy pożegnaniu mama, widząc mnie na obładowanym motocyklu, znów łapała się za głowę i powtarzała: „Wariatka, wariatka...”., co uznałam za komplement. Na drogę wręczyła mi ciepłe różowe skarpety oraz własnego wypieku ciastka. Na 2 dni dołączył do mnie Nemanja.

O czarnogórskim wybrzeżu słyszałam, że nie jest jeszcze tak komercyjne, że jest za to piękne, że ma piaszczysto-kamienne plaże oraz małe, pamiętające starożytny Rzym miasteczka, że przyciąga pysznym jedzeniem oraz że uczynność i serdeczność mieszkańców niekiedy wręcz onieśmiela.

Szybko przestawiłam się na górską jazdę i przestałam się dziwić, kiedy nawigacja pokazywała, że 100 km przejadę w 2–3 godziny. Za jednym z górskich zakrętów ujrzałam po lewej stronie wodę zlewającą się z niebem. Zwolniłam, by nacieszyć się tym widokiem. Mimo że morze miałam prawie na wyciągnięcie ręki, serpentyny w dół ciągnęły się jeszcze spory kawałek. W końcu zamiast kolejnego zakrętu ujrzałam przed sobą miejską ulicę ze spacerującymi turystami.

 

Atrakcje durmitoru

Nemanja zaprosił mnie do rodziny do miasteczka Harceg Novi. Wujek Nemanji pochodzi z Serbii, a ciocia z Czarnogóry, jednak żadne z nich ani razu nie wspomniało o tym, że są innych narodowości – w końcu kiedy się poznali, oboje byli Jugosłowianami. Oni nie tęsknią za upadłym krajem, bo według nich Czarnogóra bardzo zyskała na jego podziale.

Wstęp Na wyspę sveti stefan koło budvy (czarnogóra) mają tylko goście działającego na nim hotelu.

Do leżącego w górach Durmitor miasta Žabljak dojechałam o zmroku. Tę noc miałam przespać pod namiotem na kempingu tuż za miastem. W stołówce – kolacja oraz rakija i domowe wino śliwkowe. Wiedziałam, że noc będzie zimna, więc łyknęłam trochę rakiji, a wino sączyłam powoli do kolacji. Noc była tak zimna, że zasnęłam dopiero nad ranem, po chwili jednak musiałam wstawać. Czekały na mnie góry. Wybrałam się na długi spacer do trzech z osiemnastu jezior ukrytych w górach Durmitor. Ciszę przerywały tylko śpiew ptaków i szum drzew.

Piękno przecinającej Durmitor drogi prowadzącej z Žabljaka do Bośni zachwyciło mnie. Gdy wjechałam w góry, przez kilkanaście kilometrów z jednej strony miałam skały z wystającymi głazami, które – jak wskazywały ślady – co jakiś czas spadały na drogę, po drugiej przepaść i piękny widok na szczyty Durmitoru. Droga nie miała pobocza i była za wąska dla dwóch samochodów. Przez chwilę droga wiodła przez zieloną dolinę porośniętą drzewami, a po kilku kilometrach zobaczyłam, że jestem prawie na szczycie góry, tuż przy kanionie rzeki Piva. Przed zjazdem na dół czekało mnie kilkanaście skalnych tuneli. Tam skończyła się droga P14. Do granicy z Bośnią zostało 25 km. Tuż za budką graniczną nagle skończył się asfalt. „To ma być droga łącząca dwa kraje?!” – pomyślałam z niedowierzaniem.

Željko mieszka w Sarajewie, nie ma jeszcze 30 lat i właśnie kończy się drugi rok jego bezrobocia. To chyba jego Bośnia najbardziej ucierpiała na wojnie i na rozpadzie Jugosławii. Przekonałam się o tym, gdy gospodarz zabrał mnie i 10 innych podróżników, których gościł w swoim jednopokojowym mieszkaniu, na spacer po mieście.

Tęsknota. Wielu Bośniaków trzyma w domach flagę byłej Jugosławii. Traktują ją jako pamiątkę po lepszych (wg nich) czasach. Serbskie ikony. W belgradzkiej cerkwi Świętego Marka można obejrzeć m.in. kolekcję najcenniejszych XIX- i XX-wiecznych serbskich ikon.

 

Wojna żyje tam do dziś

W centrum Sarajewa, tuż obok śladów po bombach i pomnika upamiętniającego pomordowane w trakcie nalotów dzieci, postawiono nowe centrum handlowe. Obowiązuje w nim zakaz sprzedaży alkoholu, i to mimo że chrześcijan jest w Bośni więcej niż muzułmanów. Na zadbanych i czystych ulicach co kilka kroków można zatrzymać się na mocną kawę po bośniacku, wejść do baru szisza albo lokalu z lokalnymi specjałami. W jednym z nich zamówiliśmy na obiad ćevapi – ruloniki z mięsa wołowego lub baraniego podawane z cebulą oraz miękką pitą. Do popicia jogurt. Po obiedzie przyszedł czas na deser: na centralnym placu Baščaršija zjedliśmy po bakławie, którą popiliśmy obowiązkową kawą. „Dzisiaj nie mamy wojny, ale przecież kiedyś może wrócić” – powiedział w pewnym momencie Željko.

Ekskluzywna wyspa. Na wyspie Svety Stefan rozgościł się ekskluzywny 5-gwiazdkowy hotel. 5-gwiazdkowy jest nawet parking przed wyspą – 2 euro za każdą rozpoczętą godzinę. Kawa po bośniacku. W tego typu tygielkach (džezva) przygotowuje się w Bośni kawę. Jest czarna, gęsta i mocna.

„Na Bałkanach uważa się, że kobiety nie powinny jeździć na motocyklach. Ja się z tym nie zgadzam i wiem, że kiedyś kupię motocykl” – powiedziała Dragana, u której gościłam w Banja Luce. Dziewczyna zabrała mnie na wystawę swojego przyjaciela. Jednym z eksponatów były betonowe jajka. Autor zachęcał, aby goście wernisażu zabrali je ze sobą. Stwierdził, że zwykłe jajka rzucone w ramach protestu to nic. Betonowe natomiast będą krzykiem sprzeciwu, ale także czymś, czego nie da się tak łatwo zapomnieć. Dzieło artysty jako argument w sporze... Można i tak!

Motocyklowa rodzina

„Zabiorę cię jeszcze w jedno miejsce” – powiedziała Dragana. Pojechałyśmy do klubu motocyklowego. Na tarasie, mimo chłodu, kilkunastu chłopa. Dragana: „To moja motocyklowa rodzina”. Po kolei poznałam wszystkich. Każdy z nich – albo po angielsku, albo mieszanką wszystkich języków, łącznie z migowym – starał się opowiedzieć mi swoją motohistorię. To była wisienka na torcie mojej bałkańskiej wyprawy, bo przez chwilę poczułam się jak w domu…

W 17 dni przejechałam 3494 km. Na Bałkanach spotkałam ludzi, którzy mimo że mieszkają tuż obok siebie, żyją w całkiem odmiennych kulturach i religiach. Mimo to nieraz słyszałam: „My jesteśmy braćmi, to politycy wmawiają nam, że jest inaczej”. W bałkańskim kotle wciąż buzuje…

 

 

Im więcej wiesz tym lepiej

Zakwaterowanie Noclegi gównie u miejscowych, znale-
zione na portalu couchsurfing. Kempingi można znaleźć praktycznie wszędzie. Wiele z nich jest biker friendly. Cena: ok. 4 euro za jeźdźca i motocykl.
Jedzenie Mięso, mięso, mięso… Spróbuj baraniny opiekanej na rożnie. Na deser obowiązkowo bakława z kawą.
Winiety dla motocykli Czechy – free, Austria: 4,6 euro/10 dni, Bośnia: płatna tylko autostrada A1, Serbia: płatna tylko autostrada (jedynie gotówką), Czarnogóra – free, Słowenia: 7,5 euro/7 dni (można ominąć bocznymi drogami z równie malowniczymi krajobrazami), Chorwacja – płatna autostrada.
Najpiękniejsza trasa P14. Rozpoczyna się tuż za Žabljakiem, a kończy w Plužine. Wąskie serpentyny przecinają Durmitor – najwyższe pasmo górskie na Bałkanach. P14 ma długość ok. 70 km, ale dalsza droga w kierunku Sarajewa jest równie malownicza. Uwaga! Na asfalcie gdzieniegdzie leżą kamienie i żwir. Jest kilka stromych podjazdów i zjazdów.
Bezpieczeństwo Bałkany są bezpieczne, a miejscowi przyjaźnie nastawieni do motocyklistów. Chętnie częstują domowym winem i wdają się w pogawędki, które zawsze schodzą na opowieści wojenne.

 

zobacz galerię

Zobacz również:
Fajni ludzie, fajny tor i fajna pogoda, a do tego sześć testowych Dominarów 400 - trudno o lepsze warunki by doskonalić technikę jazdy. Tymczasem w takich właśnie okolicznościach, 6 maja na Torze Łódź odbyła się kolejna edycja szkoleń Motocykl Action Team.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ