Kierowcy nie patrzą na znaki. Yanosik zwraca uwagę na niebezpieczny trend

40 km/h na ograniczeniu do 70 km/h? Do tak kuriozalnych sytuacji dochodzi przed fotoradarami. Dane, zebrane przez operatora aplikacji Yanosik wskazują, że wielu kierowców w ogóle nie patrzy na znaki.

motocykl onboard Unsplash
  • Wielu kierowców gwałtownie hamuje przed fotoradarami, nawet tam, gdzie wcale nie muszą.
  • Rekordziści potrafią przyhamować do 40 km/h na 70.
  • W nowym taryfikatorze za stworzenie ryzyka wypadku przez takie hamowanie będzie można dostać mandat w wysokości 1500 zł. 

REKLAMA

REKLAMA

Kilka lat temu naukowiec z Tanga z London School of Economics Cheng Keat przeanalizował dane dotyczące kolizji, wypadków, rannych i ofiar śmiertelnych z obszarów leżących w pobliżu 2,5 tys. fotoradarów w Anglii, Szkocji i Walii. Wyniki badań były zaskakujące – okazało się, że spory odsetek kierowców zwalniających przed fotoradarami, natychmiast zwiększa prędkość po ich minięciu. W skali globalnej przekłada się to na ogromny wzrost ryzyka wypadku na odcinku między 500 a 1000 m od urządzenia.

Zjawisko to badacz nazwał "efektem kangura", co nawiązuje do skoków wykonywanych przez te zwierzęta. W Polsce także możemy mówić o podobnym zjawisku, jednak mechanizm zachowania kierowców jest w tym przypadku nieco odmienny. Polska firma Neptis, operator aplikacji Yanosik, przeanalizowała zachowania kierowców w okolicach fotoradaru. Pozyskane dane nie napawają optymizmem.

Okazało się, że większość kierowców zbliżając się do fotoradaru, odruchowo hamuje. Nie ma przy tym znaczenia, czy prędkość pojazdu w chwili zauważenia urządzenia mieści się w limicie, czy nie. W skrajnych, choć wcale nie tak rzadkich przypadkach, kierowcy gwałtownie wyhamowywali pojazdy do około 40 km/h! Czasem odbywało się to w miejscach, gdzie dopuszczalne było 70 km/h.

Obecnie kierowcy przy stacjonarnych miernikach prędkości, które ustawione są na drogach z ograniczeniem do 70 km/h potrafią zwolnić nawet do 40 km/h. Niestety w takich sytuacjach również gwałtownie hamują, a takie zachowanie może być przyczyną kolizji – czytamy na stronie yanosik.pl/blog.

Podobne zdarzenia drogowe, czyli nagłe hamowanie przed pojazdem bez przyczyny, często kwalifikowane jest przez sądy i policję jako wykroczenie z art. 86 par. 1 kodeksu wykroczeń:

Kto na drodze publicznej, w strefie zamieszkania lub strefie ruchu, nie zachowując należytej ostrożności, powoduje zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym, podlega karze grzywny.

Dziś za takie wykroczenie grozi mandat w wysokości 250 zł. Według nowego taryfikatora, który zacznie obowiązywać (zapewne) od grudnia tego roku, kwota ta wyniesie 1500 zł.

Przeczytaj także: nowy taryfikator - jakie mandaty w 2022 roku?

REKLAMA

Psychologowie transportu od lat alarmują, że w naszym kraju znaków drogowych jest zbyt dużo. Mózg kierowcy zwyczajnie nie jest w stanie odczytać wszystkich, co powoduje, że wiele z nich jest ignorowana, a kierujący zamiast tego stosują się do zasady społecznego dowodu słuszności, czyli, mówiąc w skrócie, obserwują to, co robią inni. Do tego zjawiska dochodzi jeszcze jedno - Polacy masowo ignorują znaki ograniczenia prędkości, ponieważ im nie wierzą - wiele z nich staje w miejscach, gdzie nie jest to niczym uzasadnione; standardową praktyką drogowców jest także pozostawianie starych znaków i uzupełnianie ich nowymi. 

Zobacz również:
Obowiązkowe okresowe badania unijnych kierowców mogą być kluczem do bezpieczeństwa – twierdzi ETSC. I apeluje o wprowadzenie takich badań na terenie Wspólnoty.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA