[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ

OCEŃ
3.5

Harley-Davidson Sportster Iron 1200 - raport z jazdy.

Kolesie z Harleya ujęli sprawę krótko: Iron 1200 emocjonująca jazda maszyną bez zbędnych dodatków. Postanowiliśmy sprawdzić ile faktycznie jest tych emocji.

Wrzućcie go do rzeki, najlepiej głębokiej i mulistej! -Tymi słowy skomentowałem Sportstera Irona 1200 po pierwszych kilometrach nawiniętych w koło Wrocławia. A gdy odstawiłem maszynę do garażu przez resztę dnia zachodziłem w głowę, co takiego dzieje się z ludzkością, że ludzie chcą kupować takie sprzęty, jeździć na nich i płacić za nie furę pieniędzy (zeny zaczynają się od 49 100 zł).

Już pal sześć wygląd bo to akurat kwestia gustu, nawet symboliczne skoki zawieszeń można wybaczyć, ale kanapa o konsystencji galarety i silnik o manierach trepa z karnej jednostki dały z siebie wszystko, byśmy się przypadkiem nie polubili.

 

Widlasty silnik lubi obroty. Najlepiej trzymać go powyżej 4000 obr/min, w przeciwnym razie szarpie jak wściekły. 

 

Każdemu odkręceniu gazu towarzyszyło ugięcie podpierającej zadek kanapy, uczucie że siedzę na czymś niestabilnym i wrażenie, że jak puszczę kierownicę to zjadę w tył po błotniku. To jednak nic w porównaniu z silnikiem. Traktując Irona 1200 jak każdy inny współczesny motocykl z którym mam do czynienia spodziewałem się względnej elastyczności i nie najgorszej dynamiki. Tymczasem w najbardziej pasującym mi zakresie obrotów, w którym wszyscy więksi kuzynie Sportstera po porostu płyną, dodanie gazu w skutkowało wibracjami wielkie "W". Wibracjami do których inne wibracje mówią "szefie" i kłaniają się z respektem.

Sporciak bowiem niezależnie od tego czy jechałem na trójce czy na piątce w zakresie od 2700 do 3500 po dodaniu gazu zamiast przyspieszać zaczynał tłuc silnikiem jak pralka pełna kamieni bębnem. Koszmar. Musiałem albo jechać wolniej albo nie spuszczać go poniżej 3500 obrotów co jakoś kłóciło mi się z wizja tej maszyny i doświadczeniami z większych modeli.

 

Mimo iż z przodu jest tylko jedna tarcza z dwutłoczkowym zaciskiem, hamulce nie dają powodów do narzekań.

 

Następnego dnia patrząc na stojącego przed garażem, prychającego, parskającego i telepiącego się jak mokry pies Irona 1200 zdałem sobie sprawę, że to maszyna z innej bajki. Że mimo wtrysku paliwa, magistrali Can i ABS-u bliżej mu do starego, palonego z kopa Knuckleheada z lat 40 niż choćby do takiego Indiana Scouta. Postanowiłem dać mu druga szansę, a on z niej skorzystał. Jako że przed praca chciałem coś załatwić w mieście nieco mi się śpieszyło.

Kanapa nadal była za miękka ale nie przeszkadzało mi to już tak bardzo. Kształt kierownicy i pozycja rąk pasowały mi już wczoraj, podobnie jak świetny widok w lusterkach, co przy mojej dość okazałej posturze nie jest regułą. Co do podnóżków, to wcześniej zdawało mi się że lepiej byłoby, gdyby ulokowano je bardziej z przodu. Śmigając po mieście doceniłem jednak ulokowanie setów na wysokości środka silnika. Dzięki temu pozycja jest bardziej aktywna co świetnie sprawdza się w  podczas jazdy w mieście. Zwłaszcza, że mimo masy 256 kg z paliwem pod korek Iron jest bardzo zwrotny i poręczny. Zawieszenia... Cóż. Są i na równej drodze nawet sobie rodzą, na dziurach jednak plomby wypadają z zębów.

 

Galaretowata kanapa to pierwsza rzecz jaka wymieniłbym po kupnie tej maszyny.

 

Potraktowany ostrzej motocykl zmienił się nie do poznania. Kręcony powyżej 4000 obr/min leciwy widlak nabrał wigoru i kusił do agresywnej jazdy, heble będące dziełem Brembo spisywały się na prawdę świetnie, a smukła sylwetka z wąskim, 12,5 litrowym bakiem zachęcała do śmigania miedzy stojącymi w korku autami. To nie ten sam motocykl - pomyślałem. Ktoś go w nocy podmienił?  Czyżbym zaczynał go lubić?

Kilka dni spędzone z Ironem 1200 całkowicie zmieniło moje spojrzenie na tę maszynę, bowiem dostarczył mi on tego czego już dawno nie doświadczyłem - czystej radości z jazdy na dwukołowej maszynie. Tu nic nie jest wygładzone, przefiltrowane ani ugrzecznione. Chciałeś wielki silnik miedzy kolanami - to masz! Ze wszystkimi konsekwencjami. A że się grzeje, telepie i parska z wydechów, że skrzynia pracuje jak przerzucana metrowa wajchą tramwajowa zwrotnica, że kiera telepie sie tak bardzo (na wolnych obrotach) że w lusterkach widzisz tylko rozmazane smugi kolorów - trudno. Ten typ tak ma. Chciałeś klasykę, tradycję i amerykańskie dziedzictwo no to masz.

 

Standardowy zegar z niewielkim wyświetlaczem jest ok, ale okryty niewielką owiewką wygląda smutno jak kopalnia cynku jesienią.

 

Zdałem sobie sprawę że Sprtster jest jak stary dobry kumpel, który robi ci siarę przy każdej okazji, wypija całe piwo z lodówki, działa na nerwy twojej żonie i nie zawaha się wlać ci butelki tabasco do zupy gdy nie patrzysz, byle twoje dzieciaki miały zabawę. Słowem, za każdym razem masz ochotę go udusić, jednak tego nie robisz, bo wiesz doskonale, że gdy będziesz miał kłopoty to na bank cię w nich nie zostawi.

I wtedy dotarło do mnie, że ten niepozorny, toporny sprzęt ukradł mi serce. Że chciałbym taką maszynę w garażu, bo przez kilka godzin spędzonych w jego siodle Iron 1200 dał mi więcej doznań niż nie jedna nowoczesna maszyna w tydzień. I nieważne że gdy mknąc autostradą do Warszawy już po godzinie jazdy miałem ochotę zabić się własna pięścią z nudów, bo jazda powyżej 120 km/h to mordęga. Że pali średnio 5,9 litra na setkę (fabryka obiecuje 5,2l) - bo jak na silnik o pojemności 1202 cm3 to nawet przyzwoity wynik. Nie szkodzi, że ma brzydkie czarne alufelgi, że ukryty w niewielkiej owiewce kokpit przypomina deskę rozdzielczą rolniczego ciągnika i aż się prosi o figurkę świętego Krzysztofa. Ten motocykl ma charyzmę i charakter. Szkoda tylko, że jest taki drogi. Ale jeszcze bardziej szkoda, że na bank wykończy go norma Euro5.

 

Harley mój to jest to....

 

zobacz galerię

Zobacz również:
Agresywne linie oraz bojowy wygląd obu nowości Hondy mogą mylić. Ich serca biją w łagodnym i przewidywalnym rytmie. To był największy atut sześćsetek z serii CB/CBF/CBR tego producenta. Czy Naked cb 650 R oraz bardziej sportowa cebeerka 650 R potrafią czymś zaskoczyć?
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (4)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij