REKLAMA

Raport z jazdy Zero S 2009

Wygląd daje po gałach, natomiast napęd jest prawie niezauważalny. Dzięki elektrycznemu silnikowi w czasie jazdy słyszysz jedynie gwizd opon, szum powietrza i własne myśli.

Pytam Johna Lloyda, szefa działu sprzedaży firmy Zero Motorcycles (wytwórni elektrobike’ów Zero z Santa Cruz), co Amerykanie sądzą o tych nietypowych motocyklach. Ten uśmiecha się szeroko: „To łatwe jak sprzedawanie dzieciom słodyczy, tyle że te dzieciaki są trochę starsze i mają więcej pieniędzy”. Rodacy Myszki Miki i Baracka Obamy ustawiają się w kolejkach po elektryczne supermoto.

W USA Zero może już legalnie śmigać po drogach. Europejska homologacja ma być gotowa lada dzień. Na początku sprzedaż będzie szła przez internet (www. zeromotorcycles.com). Najbliższa sieć dealerów ma powstać w Niemczech.

Neal Seiki, twórca i właściciel Zero Motorcycles, poważnie traktuje ekologię: wszystkie elementy, z których powstają Zero S i Zero X (crossówka bez homologacji szosowej) poddają się recyclingowi. Nie trzeba jednak być ekologiem, aby docenić zalety napędu elektrycznego: żadnych spalin, minimum hałasu, bezobsługowy silnik. Trzeba jedynie czasem pomyśleć o łańcuchu, hamulcach i oponach.

Zero S: oryginalna stylistyka i ergonomia. Akumulatory wymuszają szerokie rozstawienie kolan.  
 
zero-s-2009-01.jpg
 
zero-s-2009-02.jpg
Zielona lampka. Info, że pora na zmianę biegu? Kontrolka luzu? Nie! To sygnalizacja gotowości do jazdy.  Gdzie się podział silnik? Jest, jest, tyle że trudno go dostrzec między akumulatorem a wahaczem. 


Przyjemność z jazdy? Owszem, ale z zastrzeżeniami: siodła na wysokości 900 mm nie pochwalą bikerzy średniego wzrostu, kanapa jest twarda jak deska, siedzi się blisko kierownicy, a podnóżki zamontowano za daleko z tyłu. Dalej: miękkiemu widelcowi upside-down rodem z crossówki dla małolatów towarzyszy twardy amortyzator niczym z rowera do downhillu – to nie do zaakceptowania. Hamulce wymagają dużej siły, a na domiar złego ich skuteczność jest taka sobie.

Ludzie z Zero wyjaśnili, że podstawione do jazd próbnych egzemplarze były prototypami i że sztuki seryjne będą lepsze. Warto przy okazji zlikwidować szarpanie silnika, które od czasu do czasu pojawia się przy jeździe ze stałą prędkością.

Zero (jak to elektryk) doskonale startuje i chętnie rozpędza się, osiągając nieco ponad 100 km/h. To ważna liczba, bo oznacza również zasięg sprzęcika. Później trzeba go na prawie 4 godziny podłączyć do gniazdka. W tym czasie można zdecydować, czy jazda na fazie jest warta 9900 euro (tyle za Zero S trzeba zapłacić w Niemczech).

REKLAMA

REKLAMA

Pytam Johna Lloyda, szefa działu sprzedaży firmy Zero Motorcycles (wytwórni elektrobike’ów Zero z Santa Cruz), co Amerykanie sądzą o tych nietypowych motocyklach. Ten uśmiecha się szeroko: „To łatwe jak sprzedawanie dzieciom słodyczy, tyle że te dzieciaki są trochę starsze i mają więcej pieniędzy”. Rodacy Myszki Miki i Baracka Obamy ustawiają się w kolejkach po elektryczne supermoto.

W USA Zero może już legalnie śmigać po drogach. Europejska homologacja ma być gotowa lada dzień. Na początku sprzedaż będzie szła przez internet (www. zeromotorcycles.com). Najbliższa sieć dealerów ma powstać w Niemczech.

Neal Seiki, twórca i właściciel Zero Motorcycles, poważnie traktuje ekologię: wszystkie elementy, z których powstają Zero S i Zero X (crossówka bez homologacji szosowej) poddają się recyclingowi. Nie trzeba jednak być ekologiem, aby docenić zalety napędu elektrycznego: żadnych spalin, minimum hałasu, bezobsługowy silnik. Trzeba jedynie czasem pomyśleć o łańcuchu, hamulcach i oponach.

Zero S: oryginalna stylistyka i ergonomia. Akumulatory wymuszają szerokie rozstawienie kolan.  
 
zero-s-2009-01.jpg
 
zero-s-2009-02.jpg
Zielona lampka. Info, że pora na zmianę biegu? Kontrolka luzu? Nie! To sygnalizacja gotowości do jazdy.  Gdzie się podział silnik? Jest, jest, tyle że trudno go dostrzec między akumulatorem a wahaczem. 


Przyjemność z jazdy? Owszem, ale z zastrzeżeniami: siodła na wysokości 900 mm nie pochwalą bikerzy średniego wzrostu, kanapa jest twarda jak deska, siedzi się blisko kierownicy, a podnóżki zamontowano za daleko z tyłu. Dalej: miękkiemu widelcowi upside-down rodem z crossówki dla małolatów towarzyszy twardy amortyzator niczym z rowera do downhillu – to nie do zaakceptowania. Hamulce wymagają dużej siły, a na domiar złego ich skuteczność jest taka sobie.

Ludzie z Zero wyjaśnili, że podstawione do jazd próbnych egzemplarze były prototypami i że sztuki seryjne będą lepsze. Warto przy okazji zlikwidować szarpanie silnika, które od czasu do czasu pojawia się przy jeździe ze stałą prędkością.

Zero (jak to elektryk) doskonale startuje i chętnie rozpędza się, osiągając nieco ponad 100 km/h. To ważna liczba, bo oznacza również zasięg sprzęcika. Później trzeba go na prawie 4 godziny podłączyć do gniazdka. W tym czasie można zdecydować, czy jazda na fazie jest warta 9900 euro (tyle za Zero S trzeba zapłacić w Niemczech).

zobacz galerię

Zobacz również:
Drogi, jakimi podążają, nie mogą być bardziej różne, ale na ich końcu mamy ten sam efekt. Po raz pierwszy bitwę stoczą dwa 200-konne nakedy – Kawasaki Z H2 i Ducati Streetfighter V4 S.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA