[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA

SYM Wolf SB 250 Ni - tańczący z wilkami

Dobra ćwiartka nie jest zła. Jaką ćwiartką jest SYM Wolf SB 250 Ni? W trudnych czasach i przy sporej konkurencji ten Wilczek pokazuje ostre ząbki. Oto kawał porządnej dwieściepięćdziesiątki.

Po latach dominacji „dorosłych” motocykli wraca moda na ćwiartki. W tym świecie od zawsze górą jest japońska wielka czwórka. Czasy się jednak zmieniają, a najlepszym na to przykładem jest Wolf od tajwańskiego SYM-a. Gdy trafi ł do redakcji, zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Wygląd motocykla bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a paru mniej ogarniętych kumpli nawet pomyliło go z Hornetem. To na pewno komplement dla SYM-a. O tym, że pozory czasem mylą i że wygląd to nie wszystko, przekonałem się przy okazji testów chińskich „250”, więc do Wolfa podszedłem z pewną ostrożnością. Sprzęt jest niewielki, choć jak na „250” nie ma większych powodów do narzekań. Silnik jest ładnie zabudowany owiewkami, jakość plastików niezła, a matowy szary lakier wygląda fajnie. Ostre linie przedniej lampy z niewielką owiewką i tył na diodach LED też mogą się podobać. Sprzęt sprawia wrażenie, jakby pochodził z Kraju Kwitnącej Wiśni, więc wstydu nie ma.

Kręci trochę za wysoko

Dość o wyglądzie. Siadam za sterami. Siedzenie, choć nieco twarde, jest dobrze wykonane i wyprofilowane. Kierę zamontowano w dobrej odległości, więc nie wymusza niewygodnej pozycji. Sprzęt odpala bez protestów, chociaż obroty na biegu jałowym od początku utrzymują się powyżej 2000/min. Tłumaczę sobie, że jak się zagrzeje, to spadną, jednak po rozgrzaniu singiel wciąż kręci około 1700 obr/min. Trochę za dużo, a pokrętła regulacji obrotów brak.

Czas ruszać. Sprzęgło chodzi łagodnie, skrzynia biegów pracuje lekko, reakcja na gaz miło zaskakuje. Jest coraz lepiej. Sprzęt przyspiesza żwawo, chociaż wiezie sporego gościa – 95 kg to więcej niż typowy nastolatek, którego ma przyciągnąć Wolf. Zawieszenia też sobie radzą: dobrze wybierają nierówności, a tylny amorek jest w stanie zapobiec cierpieniom pleców. Wkurza natomiast siermiężność klamek i podnóżków, które mogłyby być bardziej subtelne. To w ramach małego koncertu życzeń. Dość wysoko zamontowane sety wymuszają mocne ugięcie nóg, ale taka jest cena za mój wzrost (193 cm). Niżsi nie będą mieć z tym problemu.

Wolf w mieście to przyjemność

Starty spod świateł zostawiają wszystkie puszki w tyle, a hamowanie przed następnymi to świetna zabawa – stoppie albo blokowanie tyłu to łatwizna i frajda. Czasem zdarza się, że po ostrym starcie i wędrówce po biegach dwójka lubi wyskoczyć, a przy redukcji zejście z dwójki na luz jest prawie niemożliwe. Niemniej Wolf sprawdził się w betonowym lesie. Teraz czas wyjechać za miasto i trochę przycisnąć. Podczas pokonywania szybkich winkli okazuje się, że widelec jest za miękki, co wprowadza sporo nerwowości, zwłaszcza gdy na zakręcie pojawią się dziury. Niestety, nie ma możliwości regulacji i to, co było zaletą w mieście, nie pomaga poza nim. Na bank spory udział mają w tym opony Maxxis Promaxx Street, które nawet mimo ostrzejszej jazdy były zimne jak kamień. Mimo to świetna poręczność SYM-a daje sporo frajdy, a dość elastyczny i kulturalny singielek nie narzuca ciągłego mieszania w skrzyni.


Ostre ząbki na autostradzie

Wjeżdżam na autostradę, by tam sprawdzić maksymalne możliwości Wilczka. Nie jest maruderem: od razu pokazuje ostre ząbki. Szybko wkręca się na obroty, a kręcenie pod czerwone pole (9000 obr/ min) to dla niego pestka – nie wyje przy tym, jakby zaraz miał wyzionąć ducha. Prędkościomierz dość szybko pokazuje 100, później 120 km/h. Wtedy czuć lekką zadyszkę, a do osiągnięcia maksymalnych licznikowych 145 km/h sprzęcik potrzebuje dłuższej chwili. Wibracje nie dokuczają tak bardzo, przynajmniej do 7500 obr/ /min. Jest tak dzięki wałkowi wyrównoważającemu, który spokojnie panuje nad tym, żeby silnik nie masował za mocno. Później jest nieco gorzej. Teraz zjazd z autostrady i wycieczka po lokalnych drogach. Bawię się tak świetnie, że dopiero po chwili kapnąłem się, że przejechałem ponad 150 km. Niby czas wracać do domu, ale taniec z Wilkiem daje tyle frajdy, że pozwalam sobie na jeszcze. Tym bardziej że 14-litrowy zbiornik pozwala przejechać prawie 300 km.

"Wilczy bilet" trochę kosztuje

REKLAMA

REKLAMA

SYM to świetny kompan na trasę, choć jego prawdziwym żywiołem jest miasto. Tam Wolf pokazuje wszystkie swoje zalety i udowadnia, że dobra ćwiartka nie musi pochodzić z Japonii. I za to trzeba pochwalić producenta. Niestety, Wolf jest świadom swojej wartości, więc „wilczy bilet” kosztuje 15 500 zł. To tylko trochę mniej niż trzeba wyłożyć choćby za Hondę CBR 250 R (17 400 zł).

Podnóżki oraz klamki mogłyby być bardziej subtelne.

Zegar ma fajne niebieskie podświetlenie.

Zgrabne tylne światło na diodach LED – to się musi podobać.


Wkurzająca rzecz : klapka we wlewie paliwa


REKLAMA

Po latach dominacji „dorosłych” motocykli wraca moda na ćwiartki. W tym świecie od zawsze górą jest japońska wielka czwórka. Czasy się jednak zmieniają, a najlepszym na to przykładem jest Wolf od tajwańskiego SYM-a. Gdy trafi ł do redakcji, zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Wygląd motocykla bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a paru mniej ogarniętych kumpli nawet pomyliło go z Hornetem. To na pewno komplement dla SYM-a. O tym, że pozory czasem mylą i że wygląd to nie wszystko, przekonałem się przy okazji testów chińskich „250”, więc do Wolfa podszedłem z pewną ostrożnością. Sprzęt jest niewielki, choć jak na „250” nie ma większych powodów do narzekań. Silnik jest ładnie zabudowany owiewkami, jakość plastików niezła, a matowy szary lakier wygląda fajnie. Ostre linie przedniej lampy z niewielką owiewką i tył na diodach LED też mogą się podobać. Sprzęt sprawia wrażenie, jakby pochodził z Kraju Kwitnącej Wiśni, więc wstydu nie ma.

Kręci trochę za wysoko

Dość o wyglądzie. Siadam za sterami. Siedzenie, choć nieco twarde, jest dobrze wykonane i wyprofilowane. Kierę zamontowano w dobrej odległości, więc nie wymusza niewygodnej pozycji. Sprzęt odpala bez protestów, chociaż obroty na biegu jałowym od początku utrzymują się powyżej 2000/min. Tłumaczę sobie, że jak się zagrzeje, to spadną, jednak po rozgrzaniu singiel wciąż kręci około 1700 obr/min. Trochę za dużo, a pokrętła regulacji obrotów brak.

Czas ruszać. Sprzęgło chodzi łagodnie, skrzynia biegów pracuje lekko, reakcja na gaz miło zaskakuje. Jest coraz lepiej. Sprzęt przyspiesza żwawo, chociaż wiezie sporego gościa – 95 kg to więcej niż typowy nastolatek, którego ma przyciągnąć Wolf. Zawieszenia też sobie radzą: dobrze wybierają nierówności, a tylny amorek jest w stanie zapobiec cierpieniom pleców. Wkurza natomiast siermiężność klamek i podnóżków, które mogłyby być bardziej subtelne. To w ramach małego koncertu życzeń. Dość wysoko zamontowane sety wymuszają mocne ugięcie nóg, ale taka jest cena za mój wzrost (193 cm). Niżsi nie będą mieć z tym problemu.

Wolf w mieście to przyjemność

Starty spod świateł zostawiają wszystkie puszki w tyle, a hamowanie przed następnymi to świetna zabawa – stoppie albo blokowanie tyłu to łatwizna i frajda. Czasem zdarza się, że po ostrym starcie i wędrówce po biegach dwójka lubi wyskoczyć, a przy redukcji zejście z dwójki na luz jest prawie niemożliwe. Niemniej Wolf sprawdził się w betonowym lesie. Teraz czas wyjechać za miasto i trochę przycisnąć. Podczas pokonywania szybkich winkli okazuje się, że widelec jest za miękki, co wprowadza sporo nerwowości, zwłaszcza gdy na zakręcie pojawią się dziury. Niestety, nie ma możliwości regulacji i to, co było zaletą w mieście, nie pomaga poza nim. Na bank spory udział mają w tym opony Maxxis Promaxx Street, które nawet mimo ostrzejszej jazdy były zimne jak kamień. Mimo to świetna poręczność SYM-a daje sporo frajdy, a dość elastyczny i kulturalny singielek nie narzuca ciągłego mieszania w skrzyni.


Ostre ząbki na autostradzie

Wjeżdżam na autostradę, by tam sprawdzić maksymalne możliwości Wilczka. Nie jest maruderem: od razu pokazuje ostre ząbki. Szybko wkręca się na obroty, a kręcenie pod czerwone pole (9000 obr/ min) to dla niego pestka – nie wyje przy tym, jakby zaraz miał wyzionąć ducha. Prędkościomierz dość szybko pokazuje 100, później 120 km/h. Wtedy czuć lekką zadyszkę, a do osiągnięcia maksymalnych licznikowych 145 km/h sprzęcik potrzebuje dłuższej chwili. Wibracje nie dokuczają tak bardzo, przynajmniej do 7500 obr/ /min. Jest tak dzięki wałkowi wyrównoważającemu, który spokojnie panuje nad tym, żeby silnik nie masował za mocno. Później jest nieco gorzej. Teraz zjazd z autostrady i wycieczka po lokalnych drogach. Bawię się tak świetnie, że dopiero po chwili kapnąłem się, że przejechałem ponad 150 km. Niby czas wracać do domu, ale taniec z Wilkiem daje tyle frajdy, że pozwalam sobie na jeszcze. Tym bardziej że 14-litrowy zbiornik pozwala przejechać prawie 300 km.

"Wilczy bilet" trochę kosztuje

zobacz galerię

Zobacz również:
Husqvarna Svartpilen 701 i Yamaha XSR 700 Xtribute robią wrażenie - nie przejdziesz obok nich obojętnie. Silniki testowanych maszyn zdążyły ostygnąć, a my nadal stoimy obok i dzielimy się wrażeniami.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA