Yamaha Giggle

Wygląda jak pralka Frania z kółkami, radziecka chłodziarka Mińsk z kierownicą lub turystyczna lodówka z reflektorem. Można powiedzieć, że Yamaha Giggle jest równocześnie piękna i brzydka, zabawna i dziwaczna, paskudna i niesamowita, na pewno jednak jest nietuzinkowa.

Mało kto przejdzie obok Giggle’a obojętnie, bo nieczęsto spotyka się na ulicy takiego oryginała. Trzeba przyznać, że biało-żółta Yamaha najczęściej przywołuje pełne sympatii uśmiechy. I nic dziwnego, bo nazwa tego rollera oznacza „chichot” (ang. giggle).

Yamaha Giggle kojarzy się z Hondą Zoomer. Od gościa na parkingu usłyszałem, że widział niedawno taki sam skuter, „...ale tamten miał dwie lampy i zdjęte plastiki z tyłu”. Cóż, podobne gabaryty, czterosuwowa pięćdziesiątka jako napęd i 10-calowe koła z bębnowymi hamulcami. Giggle jest jednak zupełnie inną konstrukcją.






Maszynka toczy się na 10-calowych kołach, obutych w grube opony. Nieobudowana kierownica, minimalna ochrona przed wiatrem oraz wielki, otwierany na bok schowek pod kanapą o pojemności 33 litrów to znaki rozpoznawcze tego skutera, którego sercem jest pierwszy czterosuwowy silnik Yamahy o pojemności 50 cm3. W głowicy pracują trzy zawory, za chłodzenie odpowiada ciecz, zasilanie powierzono wtryskowi paliwa. Pozwoliło to zaoszczędzić na spalaniu i zapewniło niską emisję spalin. Jednocylindrowa jednostka napędowa rozwija moc prawie 3,8 KM, którą przenosi na koło automatyczna przekładniaCVT. Skuter nawet pod sporych gabarytów jeźdźcem żwawo rozpędza się do 48 km/h. I na tym koniec, bo sterująca silnikiem elektronika mówi stop.

Mimo niewielkich skoków zawieszeń (przód 65 mm, tył 55 mm), maszynka bez trudu radzi sobie z nierównymi miejskimi nawierzchniami, niestraszne jej nawet drogi szutrowe. Przyzwyczajenia wymagają hamulce – dwa bębenki to zdecydowanie za mało, by jeździć bez stresu. Od biedy dają radę – przy czym tylny jest o wiele skuteczniejszy od przedniego – ale co tarcza, to tarcza. Nieco do życzenia pozostawia też bagażnik pod siodłem: co prawda 33 litry to dużo i dostęp jest dobry, jednak konia z rzędem temu, kto upcha tam nawet niedużego jeta. Producent wymyślił wprawdzie sprytny uchwyt pozwalający przypiąć kask za pasek w przekroku i zablokować go siodłem, mimo to zakupy robiłem z garnkiem pod pachą.



Początkowo brakowało mi bocznej podstawki, jednak ponieważ wystarczy lekkie naciśnięcie stopy i roller sam wskakuje na centralną podstawkę, nie jest to szczególnie uciążliwe. Kokpit – mimo iż spartański – zapewnia niezbędne informacje, a w lusterkach widać nie najgorzej. Co prawda nikt nie obraziłby się na licznik przebiegu dziennego i na zegarek, ale za oryginalność przecież się płaci.

Cena Giggle’a (8900 zł) nie poraża. W zamian do rąk nabywcy trafia solidny skuter o przyzwoitych osiągach i niebanalnym wyglądzie. Jako bonus właściciel ma świadomość, że wszędzie, gdzie się pojawi, będzie przyjmowany z bananem zadowolenia na twarzy.

REKLAMA

REKLAMA

Mało kto przejdzie obok Giggle’a obojętnie, bo nieczęsto spotyka się na ulicy takiego oryginała. Trzeba przyznać, że biało-żółta Yamaha najczęściej przywołuje pełne sympatii uśmiechy. I nic dziwnego, bo nazwa tego rollera oznacza „chichot” (ang. giggle).

Yamaha Giggle kojarzy się z Hondą Zoomer. Od gościa na parkingu usłyszałem, że widział niedawno taki sam skuter, „...ale tamten miał dwie lampy i zdjęte plastiki z tyłu”. Cóż, podobne gabaryty, czterosuwowa pięćdziesiątka jako napęd i 10-calowe koła z bębnowymi hamulcami. Giggle jest jednak zupełnie inną konstrukcją.






Maszynka toczy się na 10-calowych kołach, obutych w grube opony. Nieobudowana kierownica, minimalna ochrona przed wiatrem oraz wielki, otwierany na bok schowek pod kanapą o pojemności 33 litrów to znaki rozpoznawcze tego skutera, którego sercem jest pierwszy czterosuwowy silnik Yamahy o pojemności 50 cm3. W głowicy pracują trzy zawory, za chłodzenie odpowiada ciecz, zasilanie powierzono wtryskowi paliwa. Pozwoliło to zaoszczędzić na spalaniu i zapewniło niską emisję spalin. Jednocylindrowa jednostka napędowa rozwija moc prawie 3,8 KM, którą przenosi na koło automatyczna przekładniaCVT. Skuter nawet pod sporych gabarytów jeźdźcem żwawo rozpędza się do 48 km/h. I na tym koniec, bo sterująca silnikiem elektronika mówi stop.

Mimo niewielkich skoków zawieszeń (przód 65 mm, tył 55 mm), maszynka bez trudu radzi sobie z nierównymi miejskimi nawierzchniami, niestraszne jej nawet drogi szutrowe. Przyzwyczajenia wymagają hamulce – dwa bębenki to zdecydowanie za mało, by jeździć bez stresu. Od biedy dają radę – przy czym tylny jest o wiele skuteczniejszy od przedniego – ale co tarcza, to tarcza. Nieco do życzenia pozostawia też bagażnik pod siodłem: co prawda 33 litry to dużo i dostęp jest dobry, jednak konia z rzędem temu, kto upcha tam nawet niedużego jeta. Producent wymyślił wprawdzie sprytny uchwyt pozwalający przypiąć kask za pasek w przekroku i zablokować go siodłem, mimo to zakupy robiłem z garnkiem pod pachą.



Początkowo brakowało mi bocznej podstawki, jednak ponieważ wystarczy lekkie naciśnięcie stopy i roller sam wskakuje na centralną podstawkę, nie jest to szczególnie uciążliwe. Kokpit – mimo iż spartański – zapewnia niezbędne informacje, a w lusterkach widać nie najgorzej. Co prawda nikt nie obraziłby się na licznik przebiegu dziennego i na zegarek, ale za oryginalność przecież się płaci.

Cena Giggle’a (8900 zł) nie poraża. W zamian do rąk nabywcy trafia solidny skuter o przyzwoitych osiągach i niebanalnym wyglądzie. Jako bonus właściciel ma świadomość, że wszędzie, gdzie się pojawi, będzie przyjmowany z bananem zadowolenia na twarzy.

zobacz galerię

Zobacz również:
Motocyklowy silnik widlasty jest dla wielu najlepszym, co mogło się zdarzyć. Ponieważ jednak księgowi inaczej patrzą na świat niż my, motocykliści, dzisiaj tego typu jednostki napędowe są coraz rzadsze. Suzuki SV 650 i V-Strom 650 wydają się tym nie przejmować. czas się ich nie ima...
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA